Pasja
Ewa Mazierska
Ha!art, Kraków
Wizerunek "
papieża kina" jest bardziej znany niż jego filmy. Ciemne okulary; twarz w kłębach dymu z cygara, korona zmierzwionych włosów. Takiego widziałem go kiedyś w Cannes, gdy mówił, że kino jest stare, wywodzi się z wieku XIX, który żegnamy razem z wiekiem XX, wkraczając w coś zupełnie nowego. Godard w filmie "JLG" mówi o sobie: "Jestem legendą. Nie zostało ze mnie nic, tylko człowiek, któremu jest zimno, i ten człowiek należy do wszystkich".
W kinie nie ma żadnych zasad! "Uchodzi za największego żyjącego reżysera" - tak rozpoczyna Ewa Mazierska monografię Jeana-Luca Godarda, który w tym roku kończy 80 lat. Z ponad stu jego filmów - wliczając w to także kroniki strajkowe z maja '68, filmy eseje w rodzaju "Wiedzy radosnej", najnowsze filmowe poematy, jak "Nasza muzyka" - właściwie tylko jeden film Godarda wszedł u nas do szerszego obiegu: jego genialny debiut "Do utraty tchu", nonszalancka imitacja amerykańskiego filmu noir. Konkurencją dla sensacyjnej akcji i najbardziej przykuwającą częścią filmu jest tam zwykła rozmowa kochanków, wciąż pulsująca życiem, mogąca służyć za manifest Nowej Fali.
"W kinie nie ma żadnych zasad!" - woła reżyser w "Pasji" Godarda (1982). Godard wyjmuje film spod praw gatunku, ostentacyjnie łamie reguły opowiadania obowiązujące w mediach. Żadna prawda nie zostaje podana na tacy, żaden morał nie jest ostateczny. Widz zostaje zmuszony do kontrolowania swego odbioru. Kiedy ogląda się jego film, ma się wrażenie, że to wersja robocza - jakby dopiero rodził się na oczach widza. Godard nie zostawia mnie ze swoim filmem sam na sam, jest wciąż obecny pomiędzy mną i ekranem, wtrąca się, zwraca na siebie uwagę. "Dopiero filmując - mówi Godard - odkrywa się rzeczy, które koniecznie trzeba sfilmować. Tak jak w malarstwie, trzeba położyć najpierw ten, potem inny kolor. Jedyny sposób - nie robić w ogóle scenopisu".
Ewa Mazierska napisaną na zamówienie festiwalu Era Nowe Horyzonty monografią przywraca nam reżysera prawie nieobecnego w polskim filmoznawstwie, a przecież wywierającego silny wpływ, swego czasu na Jerzego Skolimowskiego, później zwłaszcza na Piotra Szulkina, a z młodszych - na Przemysława Wojcieszka.
Tam gdzieś są prawdziwi bojownicy, ty masz swoje cztery minuty wśród fleszy Wiedza o Godardzie zatrzymała się u nas na jego filmach z lat 60. Po entuzjastycznej książce Konrada Eberhardta z 1970 r. nasza krytyka ogłuchła na Godarda, straciła do niego klucz w momencie, gdy wdał się w "służbę rewolucji". W kraju, gdzie "robotnicza" władza strzelała do robotników, nie było ani warunków, ani odpowiedniego języka, by polemizować z reżyserem-maoistą. Tam, gdzie marksizm stosowano jako ideologiczną pałkę, z politowaniem traktowano polityczną ślepotę reżysera, który w dokumentalnej "Prawdzie", realizowanej tuż po inwazji na Czechosłowację, krytykował "w imię marksizmu-leninizmu" upodobanie Czechów do zachodnich wzorców życia, coca-coli i "Playboya". Wierny swojej utopii zapominał - co wytyka mu Mazierska - że "obywatele Czechosłowacji w 1968 walczyli o podstawowe swobody demokratyczne, a nie o czystość socjalizmu".
Godard obrywał wówczas cięgi również od swoich przyjaciół. W wydanej właśnei we Francji 900-stronicowej monografii Godarda Antoine de Baecque przytacza list François Truffauta do autora "Alphaville": "Między twoim zainteresowaniem masami a twoim narcyzmem nie ma miejsca na nic ani na nikogo. Musisz grać swoją szacowną rolę... Tam gdzieś są prawdziwi bojownicy, ty masz swoje cztery minuty wśród fleszy, jak Ursula Andress, dwa, trzy zaskakujące zdania - i znikasz...". Truffaut, jego towarzysz z "Cahiers du cinéma", pisał to do Godarda w 1973 r. Nie spotkali się nigdy więcej.
Z perspektywy półwiecza patrzy się na tamte barykady bez ideologicznego zacietrzewienia. Zostały filmy - dokumenty zrewoltowanego umysłu, bynajmniej nie jednoznaczne. Mazierska nie feruje moralnych czy ideowych wyroków, potrafi bronić nawet "Prawdy", widząc w niej proroczą krytykę czeskiej stagnacji lat 70., gdy za pomocą dóbr materialnych władza kupiła uległość obywateli - podobną diagnozę stawiał Havel. Godard nie jest przedstawiony ani jako skrachowany ideolog, ani jako moralista, który zszedł na manowce. To tragiczny ironista. Nie wiadomo, czy traktuje swoich bohaterów serio, czy bawi się ich kosztem. Wydobywa sprzeczności naszego świata i usiłuje je przekroczyć.
Dziś dopiero możemy docenić, jak dalece Godard wyłamał się spod dyktatu medialnych standardów, jak wiele zawdzięczali mu Lynch, Tarantino, von Trier, ale także Tarkowski. I dziś 80-letni Godard wybiega w przyszłość - jego "Film Socjalizm" pierwsze pokazy miał na YouTube.
Żyjąc w XXI wieku, w cieniu nowych zagrożeń, inaczej traktuje się rewolucyjny okres Godarda z lat 1969-73, jego przygodę z Grupą Dzigi Wiertowa. Mazierska znajduje klucz do myślenia Godarda nie u Marksa, ale w filozofii postmodernistycznej, którą wyprzedzał. "Słowa, za pomocą których opisujemy siebie, są przygodne" - zmienne, pozbawione wartości absolutnej. "Chinka" z 1967 r. nie tyle wyraża ideologię maoistowską, ile obnaża myślenie młodych, "zapowiada wydarzenia majowe i przewiduje główną słabość tego ruchu".