Gwiazdą inauguracyjnego koncertu w Sali Kongresowej będzie saksofonista Pharoah Sanders - legenda amerykańskiego free jazzu i czarnej awangardy, niegdysiejszy współpracownik Johna Coltrane'a, Dona Cherry'ego i Sun Ra Arkestra. Tego samego wieczoru wystąpi młody, nujazzowy Portico Quartet z Londynu oraz kapitalny nowojorski zespół Mostly Other People Do The Killing, w którego twórczości nowoczesny jazz miesza się z muzyką disco, smooth jazzem i tradycyjnym swingiem.
Dzień później w Kongresowej zagra idol jazzowej gitary Pat Metheny. Nie będzie promował swego najnowszego projektu "Orchestrion", ale klasyczny skład
Pat Metheny Group, z mistrzem instrumentów klawiszowych Lyle'em Maysem oraz Steve'em Rodbym na basie i Antonio Sanchezem za perkusją. Support zagra Pink Freud, promujący swój najnowszy studyjny album "Monster of Jazz".
Podczas koncertu Crimson Garden (3 lipca, Sala Kongresowa) w trzech różnych projektach wystąpią niemal wszyscy członkowie ostatnich składów legendarnej grupy King Crimson (Adrian Belew, Trey Gunn, Pat Mastelotto i Tony Levin). - Pracowałem nad tym pomysłem trzy lata, aż wreszcie błogosławieństwo dał nam Robert Fripp, który być może też się pojawi w Warszawie - zdradza Mariusz Adamiak, szef WSJD. W pierwszej części koncertu zagra nowojorski pianista hinduskiego pochodzenia Vijay Iyer.
Nocą 3 lipca w parku Rydza-Śmigłego w takt muzyki ambientowej i elektronicznej zagrają: Krzysztof Orluk, Nmls, Kim_Nasung (KR39), Bionulor, Gold Plated Face. W niedzielę w tym samym miejscu wystąpi znakomita, dziewięcioosobowa orkiestra austriackiego puzonisty Paula Zaunera, włoska kapela SpraChsPiel Quintet oraz słowacki David Hodek Band.
Bohaterem koncertu finałowego (4 lipca, Sala Kongresowa) będzie zmarły przed trzynastoma laty perkusista Tonny Williams, współpracownik Milesa Davisa. Muzyczny hołd legendzie amerykańskiego jazzu złożą: perkusistka Cindy Blackman, basista Feliks Pastorius (syn giganta gitary basowej Jaco Pastoriusa) oraz Vernon Reid (gitara) i Marc Cary (instrumenty klawiszowe).
Tego samego wieczoru w Kongresowej wystąpią: pochodzący z Nowego Jorku hinduski saksofonista Rudresh Mahanthappa oraz obsypany nagrodami Grammy chicagowski wokalista Kurt Elling, z programem poświęconym twórczości Johna Coltrane'a.
Więcej na www.adamiakjazz.pl
Rozmowa z Moppą Elliotem* *basista, lider i założyciel formacji Mostly Other People Do The Killing, który zagra podczas inauguracji Warsaw Summer Jazz Days Tomasz Handzik: Czy wasza muzyka to jeszcze jazz? Moppa Elliot: To próba połączenia wszelkich nagranych dotąd jazzowych wątków w muzyce. Chcemy niczym muzyczni archeolodzy wyciągać co ciekawsze style, przywracać je do życia i łączyć. Nie słyszałem, aby od czasu hip-hopu powstał jakiś nowy gatunek. Wszyscy wracają do korzeni, wyciągają coś i mieszają z elementami innych epok.
W disco też grzebiecie? - Tak, ale z całym bagażem gatunkowym. Bo disco wypłynęło z muzyki rozrywkowej lat 70. i początków 80. Często gram linię basu z piosenek Kool and the Gang, tego, co wyprodukowała w tamtych czasach wytwórnia ABC Records,
przeboje Bee Gees i wielu, wielu innych. Nie chodzi o to, że bardziej kocham Michaela Jacksona od Milesa Davisa. Chodzi o to, żeby pokazać całą historię muzyki za jednym zamachem.
Miles Davis wpadł na ten sam pomysł 40 lat temu. - On zmierzał do fuzji małymi kroczkami. A my nie łączymy elementów w sposób organiczny - dodając instrumenty, zmiany rytmu itp. Wyrywamy fragmenty z kontekstu i wrzucamy je do innego wora. To klasyczny produkt ery cyfrowej. Za dotknięciem guzika możemy przesłuchać wszystko, co dotąd nagrano, urywając po kawałku frazy Paula Whitemana z lat 20., mieszając je z fragmentem hiphopowego kawałka Kanye Westa i dorzucając do tego wszystkiego motyw z filmu "Przeminęło z wiatrem". W 2010 roku to nie jest dziwne. To jest sensowne!
Pewnie dlatego krytycy mówią, że wasza muzyka bardziej nadaje się do cyrku niż na jazzową scenę? - To była aluzja pod moim adresem? Rzeczywiście kilka lat temu grałem w nowojorskim Big
Apple Circus. To była świetna zabawa. Tyle że to, co dziś robię, dalekie jest od cyrkowych wygłupów. Jestem zachwycony, że niektórym się to podoba.
I wasza płyta "This is our Moosic" to nie był zgryw? - Bo przekręcała tytuł legendarnego nagrania kwartetu Ornette'a Colemana? Nie ma w tym ironii, to wyraz uznania. MOPDTK zbudowany jest tak samo jak band Ornette'a. W tym, co gramy, da się wyczuć wpływy jego harmonii, stylu improwizacji, niezwykłego powiązania sekcji rytmicznej. Oczywiste różnimy się stylem, językiem muzyki. Jego był bardzo intymny, osobisty. Nasz jest kolażem tego, co znamy.