http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Łzy mojego ojca i inne opowiadania, Updike, John

Wojciech Orliński
2010-06-29, ostatnia aktualizacja 2010-06-29 00:14

John Updike
John Updike
Fot. CALEB JONES AP

To już ostatnia okazja, żeby kupić nową książkę Johna Updike'a - przynajmniej na tym świecie, bo jeśli istnieje jakakolwiek forma życia pozagrobowego, z pewnością Updike w nim nadal tworzy

ZOBACZ TAKŻE
"Łzy mojego ojca i inne opowiadania", John Updike
przeł. Jerzy Kozłowski, Rebis, Poznań


Od jego śmierci minęło półtora roku, Updike'owi wystarczyłoby to na machnięcie kilku arcydzieł. Utrzymywał takie tempo przez pół wieku bardzo aktywnego życia. Skoro starość nie spowodowała spadku jego formy, tym bardziej nie mógł tego zrobić taki drobiazg jak śmierć.

17 opowiadań w tym zbiorku powstawało przez ostatnie dwie dekady życia pisarza, tylko jedno pochodzi aż z 1979 roku. Jednak w odróżnieniu od jego ostatniej powieści ("Wdowy z Eastwick", kontynuacja bestsellerowych "Czarownic") to nie jest książka o starości. To raczej książka o spojrzeniu na młodość z punktu widzenia starszego człowieka. Tytułowe opowiadanie zbiorku tak jak wiele innych opisuje przecież młodość głównego bohatera. W tym wypadku można powiedzieć "autora", bo to właściwie nie tyle opowiadanie, co wspomnienie. Tytułowymi łzami ojciec żegnał go w 1950 roku, gdy ten wyjeżdżał studiować na Harvardzie. Nie rozumiał tych łez - dla niego jako młodego człowieka ten wyjazd oznaczał spełnienie młodzieńczych ambicji, a przy tym także edukacyjnych nadziei ojca. Dopiero na starość bohater zrozumiał, co opłakiwał ojciec.

Na różny sposób to samo opisują dosłownie wszystkie opowiadania zawarte w tym tomiku. Ich bohaterami są ludzie z amerykańskiej wyższej klasy średniej (nie umiem opanować lekkiego ukłucia zazdrości, czytając, jak beztrosko ludzie w tym opowiadaniu kupują sobie kolejne nieruchomości i swobodnie podróżują po całym świecie).

Strasznym dopełnieniem zbiorku jest opowiadanie "Różne odmiany doświadczenia religijnego", jedna z najlepszych literackich reakcji na 11 września. Pokazuje Amerykanów właśnie tych dobrze ustawionych - lecących pierwszą klasą, pracujących w poważnych instytucjach finansowych, mających apartament z widokiem na Manhattan. Często pokazani są w ostatnich minutach ich życia.

Ojciec Updike'a nie widział walących się nowojorskich wieżowców, ale widział ludzi skaczących z ich okien. Pochodził z pokolenia, którego plany i nadzieje pokrzyżował Wielki Kryzys. Pozycja zawodowa, wykształcenie, majątek, konto w banku - wszystko to nagle okazało się wtedy warte mniej niż świadczące o tym świstki papieru. Amerykański sen zakończył się brutalnym przebudzeniem. Ojciec Updike'a musiał porzucić marzenia o dostatnim życiu na przedmieściach Nowego Jorku (z widokiem na wieżowce), bo jedyną szansą na pracę był kiepsko płatny etat prowincjonalnego nauczyciela.

Gdy 20 lat później jego syn jechał na studia na Harvardzie, cykl się dopełnił, a amerykański sen znów kusił zapachem nowego samochodu i pięknym widokiem giełdowej krzywej wznoszącej się ku niebiosom. I tylko ojciec głównego bohatera wiedział to, czego jeszcze nie mógł zrozumieć jego syn - że amerykański sen to tylko sen, a prawdziwe życie przeżywa się na jawie. Prawdziwe życie to nie są te wszystkie papierki, które byle kryzys może uczynić makulaturą, tylko nasze relacje z najbliższymi.

W przejmującej scenie "Różnych odmian doświadczenia religijnego" jedna z postaci rozmawia przez telefon z żoną o pożarze, który wybuchł na niższych piętrach World Trade Center. Rozmawia w sposób spokojny i opanowany, właśnie zimnej krwi oczekujemy przecież po kimś, kto szybko podejmuje decyzje o miliardowych giełdowych inwestycjach. Najpierw bagatelizuje zagrożenie i mówi, że zaraz uda się na dach WTC, by tam spokojnie czekać na ewakuację helikopterem (nikt nie powiedział pracownikom, że schody na dach zamknięto w 1993 r. z obawy, że wykorzystają je terroryści). Potem uświadamia sobie sytuację, ale nie mówi tego żonie wprost. Zamiast tego zmienia temat, przechodząc znowu na papiery wartościowe, wokół których krążyło dotąd całe jego życie: tu masz taką polisę, tam masz takie konto. Dopiero w ostatnich minutach życia ten majątek dla niego nabrał wreszcie wartości - nie takiej, którą odmierzają giełdowe indeksy, tylko takiej, która przekłada się na bezpieczeństwo najbliższych osób.

Ojciec Updike'a, choć finansowo nie udało mu się odrobić strat z Wielkiego Kryzysu, zgromadził majątek. Stworzył bezpieczną i udaną rodzinę, w cieple której przyszły geniusz literatury mógł rozwinąć skrzydła. I odfrunąć - w stronę Harvardu, Oksfordu i Manhattanu. Ale gdy już odfrunie, co będzie nadawać wartość skromnemu majątkowi prowincjonalnego nauczyciela? W tym sensie ojciec Updike'a zrujnowany był podwójnie - najpierw przez kryzys, a potem przez powojenną prosperity podkręcającą karierę jego syna.

Amerykanie takie doświadczenia skłonni są rozpatrywać w kategoriach religijnych. "Różne odmiany doświadczenia religijnego" - to byłby bardzo trafny tytuł tego zbiorku. Na upartego mógłby to być też niezły tytuł książki opisującej amerykańskie społeczeństwo. Kluczowym słowem są tu "różne". Żyjąc w kraju, w którym ludzie dzielą się na "wierzących i niewierzących" - bo jak ktoś wierzy, to już nie trzeba dodawać, w co konkretnie - mamy czasem problem z wyobrażeniem sobie społeczeństwa od zarania żyjącego w atmosferze religijnego pluralizmu. U nas małżeństwo dwojga osób różnego wyznania przeważnie kończy się kapitulacją jednej ze stron. W Ameryce obie rodziny wypracowują ceremoniał umożliwiający połączenie dwóch różnych religijnych rytuałów tak, aby małżeństwo jednocześnie pobłogosławili np. rabin i katolicki ksiądz. Prowadzi to do sytuacji, w której wierzący człowiek rozpatrujący jakieś wydarzenie jako "znak od Boga" musi też zadać sobie pytanie: "Ale od którego?". Od wiecznie niezadowolonego Boga luteran, który cokolwiek robisz, zawsze uważa, że się za mało starasz? Od katolickiego surowego sędziego, dla którego zawsze będziesz wszystkiemu winny, ale za to rzadko wymierzy ci karę surowszą od klepnięcia kilku zdrowasiek? A może od dyskretnie uprzejmego Boga unitarian, który jako dżentelmen z Nowej Anglii jest gotów nawet nie istnieć, jeśli jego obecność przynosiłaby komuś dyskomfort?

Updike wychowany był po luterańsku, po rozwodzie i kryzysie wiary zbliżył się do pozycji unitariańskich, studiując europejską historię dokładnie też poznał katolicyzm, potrafi więc opisywać to, jak tę samą sytuację analizowaliby wyznawcy różnych religii monoteistycznych. Nawet ci, którzy wierzą w Boga ceniącego sobie porywanie samolotów w celu wbicia ich w wieżowiec.

Bohaterowie Updike'a są zwykle u kresu swojej drogi życiowej. Zastanawiają się nad sensem tego wszystkiego, co ich spotkało w życiu - jeśli wierzą w Boga, czyli jakiegoś nadprzyrodzonego scenarzystę lub reżysera tej opowieści, to kim On był? Dlaczego wyswatał mnie z tą kobietą, a nie z tamtą? Dlaczego zaprowadził mnie na ten samolot, a nie na ten, który odlatywał pół godziny później?

Los bohaterów Updike'a na szczęście nie leżał w rękach żadnego z monoteistycznych bogów, tylko w rękach znakomitego prozaika. Jego bohaterowie u kresu życia mogą więc dostąpić przywileju, który rzadko dostępny jest nam - widzą w tym wszystkim jakiś wyższy sens.

Może dlatego właśnie tytułowe łzy pochodzą od jedynej postaci w tej książce, która jest rzeczywista, a nie wymyślona - jej ten sens dostrzec znacznie trudniej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy