Tadeusz Sobolewski: "Sanatorium Pod klepsydrą", arcydzieło Wojciecha Hasa z 1973 roku - adaptacja prozy Brunona Schulza - to unikalna w światowym kinie realizacja snu, podróż do świata, w którym umarli rodzice nadal żyją jakimś prowizorycznym życiem, dzięki iluzji. Myślałem, że znam ten film na pamięć. Teraz, po cyfrowej odnowie, jakbym zobaczył "Sanatorium..." na nowo. Witold Sobociński: Sam jestem zdumiony rezultatem. Na dawnych ORWO-wskich kopiach schulzowskie miasteczko było całe zatopione w mroku.
Każda kopia miała inny odcień. Teraz jakby ktoś przetarł brudną szybę. Można wędrować wzrokiem w głąb dekoracji szpitala, miasteczka, sklepu. - Dekoracja ożyła. To jest powrót do oryginału, którego nigdy nie mogliśmy w pełni zobaczyć. Kolory zostały spotęgowane do barw właściwych. Taśma ORWO "widziała" ledwie połowę tego, co było w negatywie. Teraz dopiero wydobyłem to wszystko, co wymyślił Has i co wymyśliłem ja.
Były dwie różne koncepcje, reżysera i operatora? - Nie, to bardziej skomplikowane. Musiałem stworzyć klucz plastyczny do Schulza, pożenić jednego wielkiego wizjonera z drugim - Hasa z Schulzem. Klucz polegał na uszeregowaniu czasów, które występują w filmie. Historia ramowa jest prosta: młody człowiek przyjeżdża odwiedzić ojca, który wprawdzie już nie żyje, ale przebywa w sanatorium, gdzie "cofnięto czas". Powroty Józefa (Jana Nowickiego) do dzieciństwa podzieliłem na strefy barwne. Nimi określałem czas.
To nie było zapisane w scenopisie Hasa? - Nie było tam nic o kolorach! Czytałem scenopis niesamowicie dokładny, wymagający absolutnego trzymania się. Zamykałem więc oczy i otwierałem je na Schulza. Studiowałem jego teksty, rysunki. Postanowiłem dać format cinemascopowy, ale z olbrzymią głębią ostrości, którą dopiero teraz widać. Pracowaliśmy w prymitywnych warunkach technicznych, bez żadnych efektów specjalnych, wszystko ręcznie. Nie było nawet tych kolorowych folii, jakie się zakłada na lampy - dostawaliśmy cynfolię z fabryki cukierków. Takimi sposobami uzyskiwałem kakofonię barw, która rozbłyskuje w momencie, gdy matka otwiera drzwi pracowni ojca, tej jego ptaszarni na strychu. Kiedy ojciec w końcu umiera i następuje wspomnienie pogromu, do filmu wkracza zieleń.
Dlaczego zieleń? - Myślałem: co może być wyrazem starości, przemijania? Kluczem była śniedź - zielona siedź na krytych miedzią kopułach. W cały film wkładałem akcenty zielone, z początku maleńkie, a kończyło się wejściem zieleni w scenie cmentarnej. Tę żonglerkę barwną musiałem przyporządkować Hasowskim ujęciom, bo on ma - miał, ale wciąż mówię o nim w czasie teraźniejszym - własny sposób inscenizowania: długie ujęcia poprzecinane zbliżeniami. Tego nie mogłem zmienić.
Zgadzał się na pana propozycje? - Nie był świadomy, dokąd zmierzam. Nie chciałem mu mówić, że każdy czas ma inną strukturę barwną, bo sam tego nie rozumiałem do końca. To powstawało w biegu, równolegle: budowa dekoracji, światło, barwa. Jerzy Skarżyński, scenograf, narysował swoją wizję na papierze i poszedł. Trzeba było to wszystko wymierzyć, zbudować, pomalować, oświetlić, wprowadzić aktora. Zaufanie między reżyserem, operatorem, scenografem było pełne. Kiedy Has zobaczył zmontowany film, powiedział, że teraz wie, jak się robi filmy barwne. "Sanatorium..." - po którym niestety musiał zamilknąć na lata - było punktem zwrotnym w jego twórczości. Szykował się do tego filmu, kiedy kręcił "Szyfry". Ja tam prowadziłem kamerę. Lubi pan ten film?
Bardzo. Mam w domu DVD, kupione ostatnio w Paryżu, gdzie wyszedł "Has integral". - Są tam wizje grottgerowskie - wchodzenie w rzeczywistość nadrealną, senną. Te wizje są nasze wspólne. To już jest zaczątek "Sanatorium...". Po tym filmie Has powiedział mi, że rozumiem jego styl.
Pan maluje? - Nie, ale robię to na ekranie.
Has mówił, że ma niezwykle wyraźne sny. A pan? - Sny? Mam. Po śmierci żony rozmawiałem z nią we śnie przez parę lat i dopiero, jak dotykałem łóżka, ona znikała, ja się wtedy budziłem. Mam szaloną wyobraźnię senną. I lekki sposób łapania tajemnic zawartych w scenariuszu. Zobaczyłem wreszcie na ekranie to, o czym myślałem wtedy, 37 lat temu. Byłem młody, odważny, pełen wigoru, ale zawsze wierny temu, co jest napisane w scenariuszu i w scenopisie. Nie wypada tego zmieniać, można tylko w czymś pomóc. Taka w kinie jest rola prawdziwego dżentelmena zajmującego się fotografią.
Być wiernym, a równocześnie wnosić siebie? - Nie raniąc reżysera. Na planie "Sanatorium..." były małe spięcia, ale one są zawsze przy filmie, a Has był wyjątkowo stanowczy, ostry.