Jubileuszowej pompy - choćby z racji kryzysu, który wpłynął na rozmach wielu kulturalnych imprez w Polsce - nie będzie. I nie jest ona potrzebna: wrocławski festiwal rokrocznie potwierdza swoją markę i konsekwentnie imponuje bogactwem programu. Liczących się imprez filmowych w Polsce jest kilka, ale ENH ma wśród nich status wyjątkowy. I to z co najmniej trzech powodów.
To właśnie we Wrocławiu zobaczyć można zestaw najlepszych tytułów z całego świata - tu pojawiają się najnowsze filmy nagradzane i docenione przez krytyków, głośne nazwiska reżyserów, a wreszcie świetnie pomyślane retrospektywy, które co roku przyciągają tłumy.
To właśnie do Wrocławia przyjeżdża konsekwentnie wierna festiwalowi publiczność "wychowana" przez kolejne edycje festiwalu - widzowie złaknieni oryginalnego kina, które w większości przypadków nie trafi później do polskiej dystrybucji, kinofile świetnie orientujący się w nowych trendach, otwarci na filmowy eksperyment, ale też często wobec najbardziej ryzykownych propozycji bezlitośni.
Przede wszystkim jednak to właśnie wrocławski festiwal, za którym stoi wyrazisty gust Romana Gutka, oswoił polską publiczność z kinem, które wcześniej było u nas nieznane - bo skupił się na filmach niszowych, nawet w światowym obiegu festiwalowym z trudem przebijających się na plan pierwszy. Dzięki temu wrocławski widz świetnie zna nazwiska Tsai Ming-Lianga i Aleksandra Sokurowa, Catherine Breillat i Ulricha Seidla, Bruno Dimonta i Carlosa Reygadasa - to oni są we Wrocławiu gwiazdami.
Od czasu pierwszych edycji w Sanoku i Cieszynie Era Nowe Horyzonty rozwinęły się zresztą tak bardzo, że dziś to już właściwie nie jeden, ale kilka festiwali jednocześnie.
Jedni przyjeżdżają do Wrocławia z powodu oryginalnie pomyślanego konkursu głównego, inni śledzą najbardziej znane nazwiska z Panoramy, jeszcze inni pojawiają się tu z powodu retrospektyw (jak rok temu Anna Jadowska, która przyjechała na filmy Tsai Ming-Lianga) albo licznych wydarzeń muzycznych. Bo nie sposób we Wrocławiu obejrzeć i posłuchać wszystkiego - trzeba szukać własnej ścieżki, przedzierać się przez filmowy labirynt na własną rękę. Czasem coś odkryć, na czymś się zawieść, ale w poczuciu, że kino wciąż żyje, wciąż może tworzyć wokół siebie wspólnotę. I atmosferę filmowego święta, która jest na ENH wciąż niepodrabialna.
Zmorą poprzednich edycji festiwalu były gigantyczne kolejki pod kinami i stały problem: czy uda się wejść na film, czy nie? Rozwiązać ma to wprowadzona w tym roku po raz pierwszy rezerwacja biletów - posiadacze karnetów będą mogli z jednodniowym wyprzedzeniem zarezerwować miejsce na wybranym seansie (w ciągu całego festiwalu można wejść na 55 filmów). Kto jednak zarezerwuje miejsce, powinien pojawić się w kinie (i to na czas) - gdy zacznie się seans, wszystkie niewykorzystane rezerwacje zostaną anulowane, a ci, którzy ich nie wykorzystali, będą "ukarani": od przyznanego limitu zostanie odliczone pięć wejść. Wszystkie rezerwacje można anulować w każdym kinie najpóźniej 15 minut przed rozpoczęciem seansu.
Trzeba się jednak spieszyć: system rezerwacji dotyczy posiadaczy karnetów, których sprzedaż kończy się 30 czerwca. Lub wcześniej, jeśli skończy się ich pula (w tym roku mocno ograniczona). Cena jednego karnetu - 300 zł.
Więcej szczegółowych informacji na www.enh.pl.
Źródło: Gazeta Wyborcza