Ekran kontrolny
Jacek Dehnel
Biuro Literackie, Wrocław
Skaterzy przed bazyliką Saint-Denis, miejscem pochówku królów Francji, wykonują swoje ewolucje jeszcze nieświadomi, że tak samo jak dawno zmarłych władców dotyczy ich czas i przemijalność. Dwuletni Piotruś, trzymając za rękę mamę i tatę, zwiedza świat nieświadomy, że czekają na niego "potliwe strachy i potkliwy korzeń, / i krzemień ostry i osty cierniste".
W "Ekranie kontrolnym" Jacka Dehnela mówi mężczyzna, który właśnie przestał być chłopcem, i poeta, który wie, że dostępna jest mu tylko postawa elegijna - w stosunku do własnego życia, w którym coś nieuchronnie się skończyło, i w stosunku do samej poezji, pisanej z brzegu doświadczenia i świadomości, a nie niewinności. Na tym brzegu nieosiągalne są już poczucie pierwotnej pełni, mocy i niczym nieskażonej potencjalności. Dostępne są ironia i czułość wobec wszystkich, którzy jeszcze - i już - są po tamtej stronie.
Elegijność nie prowadzi do nieodwracalnego zasklepienia w przeszłości, zamknięcia w wieży z kości słoniowej. Większość wierszy Dehnela "dzieje się" w naszym wulgarnym tu i teraz, wprawdzie ocienionym poczuciem utraty, ale tworzącym też rzeczywistość wielokształtną, wciągającą, fascynującą. To rzeczywistość dzisiejszej Warszawy - sieciowej restauracji szybkiej obsługi, internetowego portalu gejowskiego oferującego paradę ciał do wyboru do koloru, koncertu rockowego, podczas którego tłum słuchaczy - posługujący się światełkami telefonów komórkowych zamiast staroświeckich zapalniczek - zostaje "jakoś" zbawiony nie przez obcowanie z pięknem, ale przez samo staranie "by odczuć i by zapamiętać coś pięknego".
Kiedyś poeci pisali wiersze o cierpieniu swoim i najbliższych istot. Tom wierszy Jacka Dehnela wziął tytuł od zamykającego go cyklu dwunastu błyskotliwych formalnie sonetów (każdy z nich zaczyna się od wersu, którym skończył się poprzedni, razem tworzą kolistą strukturę) opowiadających o bólu, z którym wszyscy stykamy się na co dzień - zużytym i zbanalizowanym przez telewizyjne widowiska śmierci - który nas nudzi i irytuje, bo nie jesteśmy go w stanie empatycznie wchłonąć, choć możemy go dokładnie (a nawet pięknie) opowiedzieć.
Czy to nie paradoks, że kiedyś, stykając się z prywatnym cierpieniem, poezja była w stanie budować przekonujące obrazy wszechcierpienia - człowieka, przyrody, świata, a teraz obrazy cierpienia zostają podane na tacy, brakuje nam słów, które mogłyby ich dotknąć? Wirtuozerskie w formie wiersze Dehnela tematyzują ograniczenia poezji, która nie jest tym, czym być powinna. Ale życie też nigdy nie jest takie, jakie być powinno. Wszystko się zgadza.
Juliusz Kurkiewicz: Pamięta pan chwilę, kiedy zrozumiał, że przestał być dzieckiem?
Jacek Dehnel: Miałem może ze 13 lat, kiedy zrozumiałem, że mimo rodziny i przyjaciół jestem całkiem osobny. I że jest to sprawa powszechna. Ale dzieciństwa nie odcinamy nigdy jednym ruchem. Znam ojców rodzin, którzy zamieniają się w małych chłopców, kiedy dorwą się do elektrycznej kolejki albo symulatora lotów, i dojrzałe kobiety, które zachowują się jak małe dziewczynki, bo czymś się zachwyciły albo na coś rozgniewały.
Dziecko siedzi w nas przypięte mocnymi kotwicami i co jakiś czas wyłazi, co nie znaczy, że proces dojrzewania nie przebiegł. Przebiegł i dzięki niemu możemy być odpowiedzialni, przyjąć rozczarowania dorosłości, stanąć oko w oko z całą rozpaczą, zawsze związaną z życiem.
Czego żałuje 30-letni poeta?
- Obiegowa mądrość mówi, że szczęście pisze białym atramentem, literatura w ogóle żyje raczej z cierpienia niż z radości. Nie sądzę też, żeby ta elegijność była związana z wiekiem. Lampedusa bardzo pięknie pisał, że każdy twórca ma tylko kilka istotnych dla siebie tematów, które męczą go aż do śmierci i które próbuje na rozliczne sposoby podejść. A one - dodam - nieustannie mu się wymykają.
A dla pana te tematy to...
- Na pewno nie żal za jakąś straconą okazją. Raczej trwała niezgoda na podstawowe skazy egzystencji: okrucieństwo samego życia i ludzi, powszechne przemijanie (czyli słynna "art of loosing" z wiersza Bishop), bezbronność jednostki wobec zmasowanych sił otaczającego ją wszechświata.
Cykl "Ekran kontrolny" mówi o cierpieniu, z którym stykamy się codziennie za pośrednictwem telewizji. Tego zbanalizowanego nie jesteśmy w stanie przyswoić. Gdzie tkwi wina? W nas? W mediach?
- Trochę po to się pisze poemat złożony z 12 sonetów, żeby nie odpowiadać wprost na takie pytania. Zwłaszcza że nie da się łatwo wskazać winnych. Globalizacja zalewa nas falą cierpienia, którego nie jesteśmy w stanie przepracować w zgodzie z dawnymi regułami żałoby. Równocześnie kiedy strata czy krzywda spotyka nas osobiście, przeżywamy je z pełną dotkliwością. Rozziew pomiędzy bólem własnym a cudzym był kiedyś mniejszy, bo docierały do nas tylko echa cierpień nieodległych, w granicach dzwonów jednej parafii. Ale jedną z podstaw etyki i ogólniej człowieczeństwa jest empatia, która wymaga ciągłych ćwiczeń. Nie widzę tu żadnych możliwych rozwiązań.
Jednocześnie opowiada pan o tym cierpieniu w kunsztownej formie. Czy w ten sposób nie oddala go jeszcze bardziej od czytelnika?
- Po pierwsze, forma zawsze powinna mieć sens. Ten cykl, zbliżony nieco do wieńca sonetowego, również w całości kończy się wersem, którym się rozpoczyna. Można więc, gdyby komuś się chciało, czytać go w kółko, co pokazuje, że jest to dylemat bez wyjęcia; można podnosić kolejne argumenty za tym, by być empatycznym wobec cierpienia dalekiego i by nie być empatycznym, a nie przybliża to nas ani trochę do rozwiązania. Czy forma oddala od czytelnika? Powiedziałbym, że jest przeciwnie: teksty rymowane są bliższe pracy naszych mózgów, skoro dają się łatwiej zapamiętać; podobnie jak w przypadku harmonijnych akordów, rymy, jeśli się je rzetelnie składa, raczej czytelnikowi idą na rękę. Czy raczej - na zwoje. I dzięki temu doskonalej mogą wsączać w głowę sensy.
Książka do kupienia na stronie www.kulturalnysklep.pl
Źródło: Gazeta Wyborcza