http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wolność, Tomku

Donata Subbotko
2010-06-15, ostatnia aktualizacja 2010-06-14 19:42

Tomasz Stańko
Tomasz Stańko
Fot. Mateusz Skwarczek / AG

Do kieszeni wrzucałem grudy haszyszu - luzem, fajki, amfetaminę, pastylki też luzem. Flaszkę. Wszystkie środki miałem w kieszeni. Zakładałem chustę na głowę. Wiązałem pod szyją, jak wiejska baba. Na to kapelusz, tak jak kładły peruwiańskie kobiety. Byłem Peruwianką. Tak mówiłem: "Peruwianka jestem!"

''Desperado Tomasz Stańko'', rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków
''Desperado Tomasz Stańko'', rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie...
ZOBACZ TAKŻE
"Jestem Tomasz Stańko. Istnienie Poszczególne. Jestem niepowtarzalnym zbiorem atomów, nie ma drugiego takiego na świecie, w kosmosie. Idę. Przylepiają się do mnie różni ludzie, różne kobiety, różne sytuacje, znajomi" - streszcza swój "trip" najbardziej charyzmatyczny polski jazzman Rafałowi Księżykowi w autobiografii "Desperado".

Pierwszy raz zagrał na trąbce sygnałówce jako harcerz. Wcześniej w szkole muzycznej uczył się grać na fortepianie i skrzypcach. Ojciec był niespełnionym muzykiem, który został prawnikiem, ale całe życie trzymał pod ręką skrzypce. Siostrę - utalentowaną pianistkę - w drodze na wielkie sceny zatrzymała trema. Matka pracowała w bibliotece szkoły muzycznej. Artystą został tylko on. "My rodzinnie byliśmy nerwowi, zestresowani. A ja, pamiętam jak dziś, napiłem się wina, zapaliłem papierosa, wszedłem na scenę i grałem. I gram do tej pory".

W życiu, jak mówi, trzeba trafić na siebie. Stańko trafił. "Nie wystarczy być muzykalnym, trzeba wyczuć rytm życia". W domu żyli razem, ale osobno: "Cała rodzina uprawiała pojedynczość. Może stąd moje skłonności do monadyzmu Witkacego. Lubię mówić, że jestem IP. Istnienie Poszczególne".

W dzieciństwie nieśmiałość dystansowała go od kontaktów towarzyskich. Nie za bardzo realizował się jako harcerz, nie lepiej w roli ministranta. Odżył w liceum, kiedy zaprzyjaźnił się z Jackiem Ostaszewskim, z którym w '62 założy swój pierwszy ważny zespół (Jazz Darings). Razem weszli w świat sztuki, filozofii, egzystencjalizmu i Kafki. Słuchał amerykańskich audycji Willisa Conovera - a w nich Cheta Bakera, Milesa Davisa, Modern Jazz Quartet, poznawał logikę improwizowania, spisując z radia nuty utworów Coltrane'a, potem przyszedł free jazz i Ornette Coleman, który został "ojcem jego muzyki".

Ze względu na anarchistyczny jazz zdecydował się w szkole na trąbkę: "Jazz był opozycją szkoły, stabilizacji i mieszczaństwa, który dał mi rodzinny dom". Pierwszy quasi-jazz - na pochodzie pierwszomajowym, pierwsze występy - na zabawach tanecznych ("O Boże, Stańko jest. Koniec zabawy" - biadolili uczestnicy potańcówek), pierwsza w życiu trasa - z Michałem Urbaniakiem. "O mnie poszła wtedy fama, że jestem nowoczesnym trębaczem, który gra mad muzykę". Zaczął go szukać Krzysztof Komeda, najważniejszy wtedy człowiek w polskim jazzie. Podszedł więc do niego na Jazz Jamboree '63 i powiedział: "Dzień dobry panu, nazywam się Tomasz Stańko".

Na pierwszym wspólnym koncercie trąbił w pożyczonych, związanych sznurkiem spodniach, które podczas koncertu zaczęły mu spadać. "Stałem się nadwornym trębaczem Komedy" - wspomina. Już w kwintecie Komedy "robiłem te rzeczy, które robię przez cały czas do tej pory - bardzo melodyjne, proste motywy grałem brudnym tonem i chropowatą techniką, co pogłębiało tę muzykę, odcukierkowywało melodyjność, która wtedy mogła być już zbyt tradycyjna". O Komedzie mówi, że miał "mozartową lekkość", "tę nieprawdopodobną łatwość pisania przebojów. Ja nie muszę mieć takich zgrabnych utworów, wystarczy głębia, posępność".

Na festiwalu w Antwerpii w '64, dokąd pojechał z zespołem Andrzeja Trzaskowskiego, pierwszy raz zapalił haszysz: "To jest, kurwa, coś dla mnie. Będę palił do końca życia" - stwierdził krótko. Wódka też lała się strumieniami: "W Krakowie mówiło się, że dobrzy muzycy na jam session nie grają, tylko piją, gorsi muzycy grają. No to ja piłem". Używki pomagały, ale jako substancja odurzająca, dająca ukojenie, nie zaś jako natchnienie do twórczości: "Pomysł, że jeśli zapalę fajkę, to moja sztuka będzie genialna, wydawał mi się absurdalny. Może to mnie potem odsuwało od hipisów, że oni z tego oszołomienia robili filozofię. Ja nie robiłem z haszyszu psychodelicznego zjawiska. Bliżej mi było do filozofii czarnych, dla których to po prostu party time". I dodaje: "Czarni artyści mają specyficzne podejście do czasu. Ich czas jest kołyszący (..) bo cóż to jest pulsująca muzyka? To kwestia percepcji czasu, która polega na falowaniu, regularności".

Nigdy nie grał tradycyjnego jazzu - wolał rzeczy "brudniejsze, mniej scholastyczne". Jako dwudziestoparolatek był już nie tylko "pierwszą trąbką" w Polsce, ale uplasował się w czołówce muzyków europejskich, pisano, że to "pierwszy europejski trębacz, która gra free". Czy odbiła mu woda sodowa? "Jakoś nie. Miałem o sobie dobre mniemanie, ale ze względu na moje muzyczne pretensje byłem dla siebie też niezwykle krytyczny. Nigdy nie lubiłem słuchać swoich nagrań, bo nie podobałem się sobie".

W '68 założył własny kwintet i przeniósł się z Krakowa do Warszawy. "Byliśmy pierwszymi jazzmanami, którzy nie nosili garniturów, ale ubierali się jak hipisi". Pierwszą koszulę w kwiatki kupił sobie w Wiedniu, w Malmö - buty beatlesówki. Długie płaszcze przywiózł z Hamburga. Do tego falujące kapelusze o dużych rondach. Miał też ulubiony, ludowo zdobiony kożuszek bez rękawów.

W latach 70. grał już więcej na Zachodzie niż w Polsce: „To były piękne czasy. Haszysz i wino. Dokładnie, można powiedzieć, Baudelaire”. Pod koniec lat 70. zaczął się jego „okres diabelski”: „Byłem upierdolony non stop. () Do kieszeni wrzucałem, pamiętam, grudy haszyszu - luzem, fajki, amfetaminę, pastylki też luzem. Flaszkę. Wszystkie środki miałem w kieszeni. Zakładałem chustę na głowę. Wiązałem pod szyją, jak wiejska baba. Na to kapelusz, tak jak kładły peruwiańskie kobiety. Byłem Peruwianką. Tak mówiłem: » Peruwianka jestem «!”. „Tak chodziłem po tej szalonej krainie. Nosiłem ze sobą tasaki. Nóż wystawał mi z kieszeni. Raz wyszedłem z dzidą ”.

Brał leki ("im starszy lek, tym lepszy"), pił denaturat ("szedłem wtedy desperackim tripem") i uprawiał z pijaczkami braterstwo na dnie ("chuj z tego, że ja jestem wielki trębacz, a oni są nikim. Jesteśmy tacy sami!"). W końcu lat 80. sięgnął po heroinę ("żeby się dobić"). Co go pociągało w tym świecie? "Szaleństwo. Szaleństwo. No pierdolec! Odlot!". Wybrał "życie desperados. Na granicy. Tuż przy śmierci. Inny jest wtedy trip. Inaczej się myśli". Uprawiał pogoń za "pewnego typu iluminacją". Czytał książki popularnonaukowe o teorii wielości wszechświatów i zbierał egzotyczne ptaki - papużki, australijskie wróbelki, japońskie przepiórki, śpiewał mu też jakiś kos. "Fajka, lekka bania, troszkę amfy, a tu piękne ptaki ". Oraz kobiety. Pojawiają się w tytułach utworów oraz płyt: jest "Leosia" (matka), "A i J" (córka Anna i żona Joanna), "Piosenka dla Ani" (córka), ale także inne: "Buszka", "Lady Go", "Mademoiselle K". "Miles powiedział, że jeśli na koncertach nie ma pięknych dziewczyn, to lepiej przestać grać". Raczej to one jego podrywały, on się łaskawie zgadzał: "To zwykle były silne suki, bo nie lubię słabych kobiet". Bywały zazdrosne o świat, do którego nie miały wstępu. "Kobiety przeszkadzają na trasie - mówi Stańko. - Wpierdalają się, oceniają, jaki był koncert, rozumie pan".

Z heroiny postanowił wyjść, gdy usłyszał o AIDS. Paradoksalnie, odezwał się w nim zew wolności, niechęć do uzależnienia od czegokolwiek („ja nie lubię, jak coś muszę”). W terapii używki personifikował: „Wyobrażałem sobie, że alkohol to diabeł, a ja mu wyłamuję rękami rogi! (..) A marihuana to były te mchy, obślizgłe liny, które oplatały nogi Maldorora. I też to wyrywałem”. Nie złamał się, nawet kiedy przeżył dramat - wypadły mu zęby, co dla trębacza mogło oznaczać koniec. „Powiedziałem: Bardzo dobrze. Jak tak, to wzmocnię mięśnie i będę grał. Jestem lotnik Mariesjew!”, ten z radzieckiej „Opowieści o prawdziwym człowieku”. Zęby sobie wstawił, złote. Odżywiał się makrobiotycznie, jeździł po świecie z kuchenką do gotowania, pił dobre herbaty, brał masaże uciskowe, ćwiczył jogę i ponad dziesięć lat biegał („po bieganiu miałem takie haje, że powstała wtedy jedna z moich lepszych kompozycji » Morning Heavy Song «”). W latach 90. skończył z nałogami, ale mówi, że diabeł „cały czas jest we mnie, tylko coraz mniejszy”. Z perspektywy czasu widzi, że bez używek by nie przeżył, jak szedł po wertepach, to musiał się znieczulać: „nie byłoby współczesnej medycyny bez środków znieczulających, nie byłoby dziewięćdziesięciu procent operacji. Z narkotykami to samo - zwykłe znieczulenie bólu, również bólu istnienia. Tylko strasznie łatwo przedawkować. Wiemy, jak trudną nauką jest anestezjologia”. Dzisiaj, kiedy jest już wolny od nałogu, życie jest trochę uboższe, ale sztuka idzie mu jak nigdy. „Idę po tej pierdolonej, cieniutkiej linie i całe życie będę po niej szedł. Nie ma tak, że gdzieś dojdę. Nigdzie nie dojdę. Jest tylko ta droga. Ale naokoło jest nieziemsko przepiękny pejzaż, tak piękny, że aż dech zapiera”.

Jak mówi, muzyka to porządek, który nie istnieje w przyrodzie, ułożony przez nas w dźwięku. A on ma skłonności do rzeczy, które nie istnieją. Jego kompozycje nabierają siły, gdy oddaje im swój depresyjny ton ("jest związany dokładnie z życiem. Jak pan ma płytkie życie, to ma pan płaski ton"). Technika nie jest aż tak ważna: "Sztuka karleje, gdy perfekcja przeważa nad korzeniami, brudem i intuicją". Komponując, układa program, szyfr, który potem będzie improwizował. Dzięki improwizacji można więcej osiągnąć. "Więcej, bo człowiek idzie przypadkiem. A przypadek to jestem ja". Kreatywność bierze się z pomyłek. "Zastanawiam się czasami, dlaczego jestem tak ceniony, mimo tylu ułomności, błędów, które mam".

Grywał z tuzami gatunku. Dzięki słynnej wytwórni ECM (gdzie nagrał m.in. "Matkę Joannę od Aniołów", "Leosię" i "Litanię") stał się nazwiskiem światowym, od lat plasuje się w pierwszej dziesiątce trębaczy w ankiecie "Down Beatu". Odwiedza muzea, chodzi do opery, gimnastykuje wyobraźnię. Lubi Faulknera ("narracja tak piękna, taka jazzowa, jakby się trochę kiwała"), Joyce'a ("te chwiejące się frazy łączą mi się z graniem"), Witkacego, Lautreamonta, Burroughsa, Lowry'ego. "Świat jest coraz bardziej skomplikowany i wszyscy musimy być coraz doskonalsi. (...) Kiedyś dojdzie do tego, że jak będzie dwóch bokserów tak dobrych jak Tyson, to jeśli jeden będzie czytał Prousta, a drugi nie, zwycięży ten, który czytał Prousta" - tłumaczy.

Równie ważny jest styl. Dbanie o swój image jest szacunkiem dla publiczności. Kiedyś na noc zawijał włosy w ołówek i obwiązywał głowę, żeby mieć bikiniarski lok, dziś lubi - jak Davis - kapelusze. Kupił mieszkanie na Manhattanie "kilka przecznic za domem Milesa". "Wydaje mi się, że będę tam aklimatyzował się z rok czasu - zapowiada - i dopiero wtedy ruszę, kurwa, ostatni raz w życiu. Nie będę się spieszył".

W "Desperado", blisko 500-stronicowym wywiadzie-rzece Rafała Księżyka, Stańko mówi tak, jak gra. Frazuje, trochę brudząc, ale szczerze i przejmująco. Fascynująca spowiedź jednego z największych polskich artystów.

''Desperado Tomasz Stańko'', rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':