http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Psychoterapia z kamerą

Paweł T. Felis, Kraków
2010-06-07, ostatnia aktualizacja 2010-06-06 20:06

Złoty Smok dla ''Poza zasięgiem''. Film Jakuba Stożka wygrał wśród krótkich dokumentów. Opowiada o dwóch nastoletnich siostrach i bliskiej relacji, która rozwija się między nimi, gdy próbują odszukać matkę. Matka przed laty je porzuciła, okazuje się, że mieszka w Paryżu i zaprasza córki do siebie. Ale przed kamerą do spotkania nie dojdzie - matka się wymyka, jest ''poza zasięgiem''
Złoty Smok dla ''Poza zasięgiem''. Film Jakuba Stożka wygrał wśród krótkich dokumentów. Opowiada o dwóch nastoletnich siostrach i bliskiej relacji, która rozwija się między nimi, gdy próbują odszukać matkę. Matka przed laty je porzuciła, okazuje się, że mieszka w Paryżu i zaprasza córki do siebie. Ale przed kamerą do spotkania nie dojdzie - matka się wymyka, jest ''poza zasięgiem''
Materiały organizatorów

Zakończony wczoraj 50. Krakowski Festiwal Filmowy zdominowały intymne opowieści o pokaleczonych rodzinach - wygrały dwie najlepsze: szwajcarski film "Życie jest gdzieś indziej" i polski "Poza zasięgiem"

Plakat festiwalu
Plakat festiwalu
ZOBACZ TAKŻE
KFF to jedna z najstarszych w Europie imprez poświęconych filmom dokumentalnym, animowanym oraz krótkim fabułom. W tym roku przez siedem dni pokazano w Krakowie ok. 250 filmów z Polski i ze świata.

- Żadne wideo nie ma tej energii, którą daje światło kinowego projektora - mówił w Krakowie Jonas Mekas, urodzony na Litwie wybitny poeta i dokumentalista (choć sam tego określenia nie lubi), który przyjechał z Nowego Jorku odebrać specjalną nagrodę Smok Smoków. - Akwarele niech pozostaną akwarelami, obrazy olejne - obrazami olejnymi, a kino kinem.

Jeszcze ostrzej zabrzmiał drugi minimanifest, który podczas panelu dyskusyjnego "Czy jeszcze dokument, czy już fikcja?" wygłosił w Krakowie Marcin Koszałka. - Dzięki technologii cyfrowej dokument nurza się w ścieku. Zgubiliśmy warstwę obrazu i oryginalne myślenie o formie. Sam od lat w tym uczestniczę, bo kamery cyfrowej używam przecież często.

Koszałka pokazał jednak w konkursie polskim znakomitą, zrealizowaną na tradycyjnej taśmie "Deklarację nieśmiertelności" (przyznana przez jury Nagroda SFP) - film o Piotrze "Szalonym" Korczaku, legendzie wspinaczki, ale przede wszystkim o iluzji, która - jak mówi Korczak - jest warta tyle samo co rzeczywistość, o starości, której nie sposób zaakceptować, wreszcie o samym akcie filmowania, które "pozbawia intymności" i wygląda jak specyficzna walka między reżyserem (który sam kiedyś się wspinał) a bohaterem. Starcie coraz bliższej śmierci ("Skąd wiesz, że nie miałbym odwagi się zabić?") z kinem, kamerą i formą - gdy Korczak wścieka się, że reżyser upokarza go, bo filmuje jego głowę bez włosów, Koszałka odpowiada z offu: "Pięknie się światło układa".

Z tezą Koszałki o wulgaryzacji dokumentu zgodziliby się pewnie organizatorzy Krakowskiego Festiwalu Filmowego, którzy na margines spychają filmy reportażowo doraźne, wojujące, chwytliwe pod względem tematu, ale wizualnie płaskie. Tym bardziej zdziwiła więc nagroda dla "Warszawy do wzięcia" Karoliny Bielawskiej i Julii Ruszkiewicz (Złoty Lajkonik dla najlepszego dokumentu polskiego) - mocno publicystycznej, powierzchownej historii trzech szukających pracy w Warszawie dziewczyn z prowincji, wobec których reżyserki przyjmującą postawę niepokojącą, bo protekcjonalno-ironiczną.

Nie widać jej za to w "Sanii i Wróblu" Rosjanina Andrieja Griazewa (Złoty Róg dla filmu średniometrażowego), choć pomysł filmu jest podobny - to obserwacja dwóch niewykształconych robotników z Moskwy, którzy śmieją się, kłócą i piją przed kamerą, jakby zawieszeni byli w jakimś bezczasie, w nieokreślonym miejscu ("Nie wiem, czy to Moskwa, czy wcale nie"), w wiecznej prowizorce, z której nie ma ucieczki.

Jednym z mocniejszych punktów głównego konkursu (w tym roku po raz pierwszy połączono w nim długie i średnie metraże) okazał się przeszywający obraz Roba Lemkina i Theta Sambatha "Wrogowie publiczni" (Srebrny Róg dla pełnometrażowego dokumentu). Sambath, reżyser i zarazem bohater, przez 10 lat próbował zbliżyć się do Nuona Chea, najbliższego współpracownika Pol Pota, z którym dowodzili Czerwonymi Khmerami. Z początku nieufny "brat numer dwa" coraz bardziej się otwiera, opowiada o rewolucji, której przeszkodzili "sabotujący wrogowie", przyznaje wreszcie przed kamerą, że jedynym wyjściem w latach 70. było "likwidowanie" niepokornych.

Wtedy właśnie Sambath stracił całą rodzinę. W swoim filmie nie rozlicza jednak, ale pyta - głównie zwykłych mieszkańców Kambodży, którzy na zlecenie dowódców zabijali setki osób, po czym wrzucali je do masowych grobów. Niektórzy mówią o tym wprost, inni zaprzeczają ("Zabiłem tylko jedną osobę"), ktoś pokazuje nawet plastikowym nożem, w jaki sposób podrzynał gardła. Zanim Chea zostanie aresztowany, Sambath opowie mu wreszcie, jak stracił najbliższych. Chea wydusi z siebie: "Muszę powiedzieć, że jest mi bardzo przykro".

Ton tegorocznemu festiwalowi nadawały osobiste, intymne opowieści o pokaleczonych rodzinach - izraelskie "Najgorsza firma na świecie" i "Ostatni z Krasuckich", amerykańska "Tajemnice domu Mosherów", polska "Ucieknijmy od niej". Wygrały dwa filmy z tej grupy najlepsze - "Poza zasięgiem" Jakuba Stożka (Złoty Smok za krótki metraż) i "Życie jest gdzie indziej" Kaleo La Belle (Złoty Róg za długi metraż).

Dwie młode dziewczyny z dokumentu Stożka - siostry 18-letnia Karolina i 16-letnia Klaudia - opowiadają o laurce, którą wiele lat temu przygotowały dla "najlepszego taty na świecie". Ojca jednak nie widać, bo w ostatniej chwili wycofał zgodę na film - słychać tylko jego wściekły głos w słuchawce telefonu. Błyskotliwe nastolatki na własną rękę próbują więc odnaleźć matkę, która zostawiła ich wiele lat temu - podobno kiedyś kradła, podobno była aresztowana i deportowana. Okazuje się, że dziś mieszka w Paryżu i zaprasza córki do siebie. Jedzie tam Karolina, ale przed kamerą do spotkania nie dojdzie.

Czy dojdzie w ogóle, nie wiadomo - matka zachowuje się bowiem jak fantom, który pojawia się i znika. Jest "poza zasięgiem". Ważniejsze jest spotkanie, które obserwujemy mimochodem - spotkanie dwóch sióstr, które w rodzinnym piekle tworzą tandem nienaruszalny. Bliskość, która wydaje się niemal cudem.

"Życie jest gdzie indziej" zaczyna się tam, gdzie film Stożka się kończy - bohater (i reżyser) znajduje ojca, z którym przez kilkanaście lat nie miał kontaktu. Razem jadą w rowerową podróż. Szybko okazuje się jednak, że o pogodzenie z ojcem niełatwo - Kaleo pyta o odpowiedzialność, o powody, dla których ojciec przez całe lata przysyłał mu tylko kartki i listy. Ale słyszy same frazesy: "Nieważne, czy jestem dobrym ojcem, czy złym - nasze zachowanie to tylko konsekwencja okoliczności", albo "Życie to przygoda, zabawa, taniec i wolność, dla mnie zawsze najważniejsza".

Kaleo jak przez mgłę pamięta hippisowską komunę na Hawajach, w której się urodził. Spotyka jej dawnych członków: większość z hippisowskich marzeń dawno wyrosła. Ale nie ojciec, Cloud Rock, który z dumą mówi, że "od 40 lat jest na haju". Z uporem powtarza, że żyje tak, jak chce. I że jest szczęśliwy.

W "Życiu jest gdzie indziej" nie chodzi o rozliczenie hippisowskich mrzonek, ale o autoterapię. Reżyser spotyka m.in. swojego przyrodniego brata, który żyje na ulicy, zamknięty w swoim świecie - wydaje się cieniem ojca, z którym w wieku 14 lat próbował pierwszy raz LSD. Ale ten sam ojciec słusznie przestrzega Kaleo, by nie patrzył na siebie jak na ofiarę. Rowerowa podróż staje się okazją do spojrzenia na siebie bez balastu przeszłości, odcięcia niewidocznej pępowiny łączącej z ojcem, którego nigdy nie było i nigdy nie będzie.

Co ciekawe, również w kategorii krótkich filmów fabularnych wygrał obraz o rodzinie pękniętej - o ojcu, który nie dorasta do miłości swojej córki, i o dziecku, które widzi więcej i zachowuje czystość w świecie obserwowanym jak zza kraty. Twórca "Ciemnego pokoju nie trzeba się bać" Kuba Czekaj (Srebrny Lajkonik) to zresztą jeden z najlepiej zapowiadających się młodych polskich reżyserów.

Ale były też na festiwalu obrazy, w których rodzina to oaza budowana z banalnych, codziennych czynności, z rutyny, która wcale nie drażni - jak w uroczym "Konstantinie i Elenie" (sekcja Gdzieś w Europie) o wciąż młodzieńczo zakochanym małżeństwie dwojga starych ludzi na rumuńskiej prowincji czy w "Kocham moje nudne życie" Jana Gogoli (nagroda FIPRESCI) prowadzonym przez zapiski z dziennika pewnej Czeszki, która przejmuje wszystko, co słyszy w radiu albo widzi w telewizji, ale nigdy nie narzeka.

Pojawiły się też intrygujące eksperymenty - choćby świetna, szwedzka animacja "Tussilago" (otrzymała na festiwalu nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej), w której dawna narzeczona jednego z liderów Frakcji Czerwonej Armii opowiada o tym, jak wplątała się w działalność terrorystyczną, napadała na banki, ale też z powodu grzechów młodości i więzienia zmarnowała swoje życie. Na tle telewizyjnych reportaży jak eksperyment ogląda się też najnowszy, klasyczny przecież film Pawła Łozińskiego "Inwentaryzacja" o odkopywaniu nagrobków na cmentarzu żydowskim przy Okopowej w Warszawie: niezwykły, dziewięciominutowy esej o mieście, którego nie ma, o wskrzeszaniu pamięci, która powraca na chwilę, gdy udaje się odkryć kolejne nazwisko na grobie.

KFF to jednak nie tylko pokazy, ale też spotkania i dyskusje, coraz prężniej działające Krakowskie Targi Filmowe, oraz Dragon Forum, w ramach którego przedstawiane są projekty nowych filmów. Być może efektem tegorocznej imprezy będą koprodukcje polsko-izraelskie - na festiwalu pojawiła liczna grupa reżyserów i producentów z Izraela, a spośród wielu izraelskich dokumentów szczególnie ciepło przyjęto "Dezinformację" - śledztwo w poszukiwaniu antysemityzmu, którego reżyser Yoav Shamir szuka m.in. w Polsce, podczas wizyty młodych Izraelczyków w obozach koncentracyjnych. Wprawdzie go nie znajduje, ale pokauje, w jaki sposób antysemityzm wciąż bywa świetną pożywką dla polityki.

Nagrody 50 KFF

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kto się wstydzi krzyża?

Pewnej nocy ktoś wywiercił dziury i przykręcił krzyże katolickie. A kolejnej ktoś ukradł krzyż prawosławny... Matka sołtysa wpada do izby i krzyczy: - LEPIEJ NIC IM NIE GADAĆ!

Dlaczego wierzę. Do Krzysztofa Vargi

Napisał pan, że wiara jest deską ratunku, ale nabitą gwoździami. Tak, można się na drodze wiary mocno poranić. Ale my, chrześcijanie, wierzymy, że u kresu tej drogi będzie na nas czekać coś wspaniałego