Co przywiązało wielomilionową, wielopokoleniową, wieloetniczną żeńską publiczność do serialu czterech trzydziestoparoletnich przyjaciółek z NYC? Moda, błyskotki, kluby Manhattanu, glamour, aspekt rozrywkowy - to także. Przede wszystkim jednak nadzieja, że w którymś odcinku dziewczyny podzielą się w końcu nie tylko refleksjami na temat orgazmów i obsługi technicznej męskiego ciała, ale ustalą nareszcie: Jak żyć?. Co robić? Jakie są zasady? Co robimy nie tak? Gdzie spotkać tego jednego jedynego, jak go wychować i zatrzymać?
Emitowany od 1998 roku serial przez sześć sezonów skutecznie podtrzymywał tę nadzieję. Część pierwsza "Sex and the City: The Movie" przekreśliła ją całkowicie. W kiczowatym filmie - bez żenady zmontowanym jak fabularyzowany pokaz mody - po kilku wymuszonych, tanich perypetiach każda z bohaterek dostaje w końcu, czego pragnie.
Carrie (Sarah Jessica Parker) - faceta, którego próbowała zdobyć od początku cyklu, Charlotte (Kristin Davies) - dziecko, Miranda (Cynthia Nixon) - równowagę między karierą a rodziną, Samatha (Kim Cattrall) - nieograniczoną swobodę seksualną.
Druga część to trzy filmy w jednym. Pierwszy jest sponsorowanym klipem reklamowym, stanowiącym obrazę dla inteligencji, smaku i kilku konwencji przeciw rasizmowi i dyskryminacji. Panie zabierają swoje bezdenne szafy do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, dziwiąc się, że ci śmieszni, ciemni ludzie, mają taką śmieszną, ciemną mentalność.
Z tych właśnie względów zachodni krytycy, pisali swoje popremierowe teksty bardziej jak donosy do organizacji ochrony praw człowieka niż jak recenzje. Obok montażu metek i stereotypów rasowych mieści się w części 2. klasyczny, nieświeży dramat małżeński z wyższych sfer.
"W
Hollywood wszystko gra" - mówi Carrie, po czym dostaje spazmów, gdy wyśniony, a teraz nawet poślubiony Mr. Big (Chris Noth) rozwala się ciężko na kanapie. Gdzie iskra? Gdzie szczęście? Gdzie człowiek, którego tak kochałam? W tej niezbyt oryginalnej litanii narzekań tli się zaczątek tego trzeciego filmu - filmu, który powinien był powstać zamiast antysemickiego, antyarabskiego, mizoginistycznego show na wielbłądach.
Człowiek, którego kochała Carrie, był nieuchwytnym singlem. Ona sama - sfrustrowaną, luksusową singielką. Silną, niezależną kobietą, która nauczyła się mężczyzn nie potrzebować. Nad takimi rolami pracowali przez lata, pod tym kątem organizowali swoje życie, rozwijali nawyki i systemy wsparcia. W SATC2 widać cień intencji, by opowiedzieć o ponoszeniu konsekwencji za te wybory. Czy da się to wszystko zachować w związku? Ten czar, spontaniczność, niezależność, a przede wszystkim - przyjaciółki, z którymi przyzwyczaiłyśmy się dzielić całą intymność.
"Seks w wielkim mieście" nauczył kobiety rozmawiać. Usankcjonował plotkowanie jako niezbędny element budowania więzi, jako źródło zapośredniczonej autorefleksji, terapii, szansy na samorozwój, porównywanie doświadczeń i ochronę przed samotnością. W ostatnim przedśmiertnym podrygu wydaje się przemycać ostrzeżenie: Nie stańcie się zakładniczkami tego, czego uczyliśmy was przez lata. Żadne relacje nie muszą trwać wiecznie w niezmienionej formie. Niezależnie od tego, co mówią projektanci i pisma z poradami: Nie musicie być takie same, nie musicie mieć takich samych potrzeb. Przyjaciółki to nie sąd ostateczny. One też nie znają zasad.
Dlatego dojrzejcie. Uspokójcie się. Odpuśćcie. Wybierajcie same. I czekajcie cierpliwie na jesienną kolekcję Diora..