http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dokument, czyli co?

Paweł T. Felis
2010-05-29, ostatnia aktualizacja 2010-05-28 19:42

W poniedziałek początek 50. edycji Krakowskiego Festiwalu Filmowego - najstarszej imprezy filmowej w Polsce, która w tym roku stawia mocne pytanie: czy "czysty" dokument w ogóle istnieje?

Szpital w Mielcu, w którym przebywa Polka chora zarażona wirudem A/H1N1
Fot. Franciszek Mazur / AG
Szpital w Mielcu, w którym przebywa Polka chora zarażona wirudem A/H1N1
ZOBACZ TAKŻE


W związku z jubileuszem pojawi się w Krakowie dwadzieścia najlepszych, nagrodzonych na festiwalu filmów w sekcji Top Ten Kraków. Z Polski obrazy mistrzów, jak "Tango" Rybczyńskiego, "Siedem kobiet w różnym wieku" Kieślowskiego czy "Muzykanci" Karabasza. Z filmów zagranicznych m.in. "Dzień dostawy chleba" Dworcewoja czy wyróżniona Oscarem "Osa" Andrei Arnold, reżyserki "Fish Tank".

Sporo zresztą w tym wyborze tytułów, które nie dają się sklasyfikować: "Upadek domu Usherów" Svankmajera to coś więcej niż tylko surrealistyczna, animowana adaptacja Poego, "Rapojady" Sveraka to nie tylko parodia naukowego pseudodokumentu, ale rodzaj zabawy na temat fikcyjności i dokumentalności w kinie. Nawet "Wszystko może się przytrafić" Łozińskiego opiera się na zasadzie "zagęszczania rzeczywistości", które jest czymś więcej niż zwykłą rejestracją.

Być może "czysty" dokument zawsze istniał tylko w teorii, ale gra z tradycyjnym modelem dokumentalnej formy przenosi się ostatnio coraz mocniej do samych filmów - o tym rozmawiać będą w Krakowie reżyserzy podczas panelu "Czy jeszcze dokument, czy już fikcja?". Ale pytanie to przebijać też będzie w festiwalowych filmach.

Fikcja i niefikcja

Choćby w konkursowym "Na północ od Kalabrii" Marcina Sautera, który do Chełmska Śląskiego zaprosił kilku bohaterów aktorów: Thierry uczy miejscowe panie pieczenia pizzy i przygotowywania ślimaków ("A co to, w Chełmsku gotować nie potrafią?"), Hanka organizuje z mieszkańcami teatralny spektakl. Udawany jest ksiądz, udawani są trzej młodzi amatorzy, którzy szykują swój film - komedię absurdów. Być może udawana jest wyprawa na jagody miejscowej starszej pani, która szuka towarzysza życia, a nawet młodzież, która dyskutuje o śmierci.

Cały film nie jest ani fabułą, ani dokumentem - przypomina raczej efektowny performance, dzięki któremu autentyczni mieszkańcy Chełmska mają okazję znaleźć się w świecie rozkosznej prowincji, gdzie podczas wspólnego gotowania śpiewa się "Za borem", a w urokliwym lesie rozmawia o sprawach najważniejszych. To miejsce, ta wspólnota jest fikcją i niefikcją zarazem, bo choć miejscowi grają, to grają siebie. Ile z tej gry jest choćby w "Marysinej polanie" Grzegorza Zaricznego o pasących owce juhasach, którzy rozmawiają o miłości, kobietach i zdradzie?

Rodzinne narracje

"Co czułeś, czy było ci żal? A może myślałeś tylko o tym, jak to wyjdzie na ekranie?" - pyta w "Ucieknijmy od niej" Marcina Koszałki siostra reżysera. W swoim najnowszym dokumencie - swego rodzaju kontynuacji "Takiego pięknego syna urodziłam" i "Jakoś to będzie" - Koszałka patrzy na siebie i nieżyjących już rodziców przez innych: przez siostrę, która wypowiada się wprost do kamery, i przez obcych ludzi, których obserwuje w ośrodku paliatywnym. Rodziców, jak mówi siostra, trzeba "stworzyć sobie na nowo" - dopiero teraz są inni, bliżsi, oswojeni.

Za naturalistycznymi, z pozoru ekshibicjonistycznymi dokumentami Koszałki kryje się oczywiście forma - w "Ucieknijmy od niej" rządzi ona w sposób oczywisty. W poprzednich filmach o własnej rodzinie Koszałka bezceremonialnie podpatrywał, tym razem chce zbudować rodzinną narrację. Jej elementem stają się wspomnienia zabaw w dzieciństwie i opowieści o tym, jak umierali rodzice, ciało, które żyje, i ciało, które umarło.

Skarb, którego nie ma

Samo szukanie jest zresztą najważniejsze - jak w filmie Jerzego Śladkowskiego "Dwa Rembrandty w ogrodzie", w którym w Łodzi, przy Gdańskiej 39, młody bohater, którego matka zabrała w 1939 roku do Londynu, szuka śladów dziadka. A właściwie skarbu, który dziadek rzekomo tu ukrył - przed wojną był współwłaścicielem fabryki wyrobów gumowych, produkował prezerwatywy, piłki i czepki kąpielowe, a w czasie wojny zakopał wszystkie kosztowności pod ziemią. Na temat tego, co dokładnie, wersje są różne - może złoto, może srebro, a może dwa obrazy Rembrandta?

Do kamienicy nie można się jednak dostać - dziś urzęduje tam wojsko. Prezydent miasta Jerzy Kropiwnicki obiecuje przed kamerą pomoc. Zamiast chodzić po sądach, potomek Żydów z Łotwy zaczyna jednak kopać w wojskowym ogrodzie nielegalnie. I zostaje wyproszony. Czy skarb w ogóle istnieje? "Gdybym wierzyła we wszystkie skarby, które podobno ukryte są w Łodzi, byłabym dziś na Hawajach" - mówi urzędniczka.

Odwrotną perspektywę przyjmuje twórca izraelskiej "Najgorszej firmy świata" Regeva Contesa - tu rodzinny biznes nie jest żyłą złota, ale systematyczną drogą do bankructwa. Ojciec reżysera prowadzi firmę ubezpieczeniową razem z bratem i zasypiającym wszędzie przyjacielem - "całymi dniami ta trójka robi to, co sekretarka zrobiłaby w pięć minut". Nawet kot, który ma przynieść firmie szczęście, umiera na raka skóry.

Cały ten błyskotliwie zabawny film podszyty jest zresztą czymś więcej - strachem syna, który nie chce być, jak przestrzegała go kiedyś matka, podobny do ojca. Bo nie chce skończyć jak nieudacznik. W finale patrzy jednak na starego ojca inaczej - jak na kogoś, kto ma w sobie niedzisiejszą mądrość, bo żadnego sukcesu nie potrzebuje.

Traumy nie tylko osobiste

W konkursie głównym, w którym po raz pierwszy znalazły się w tym roku dokumenty średnio- i długometrażowe, perspektywa osobista staje się oczywiście punktem wyjścia do opowieści o świecie przeszłym i współczesnym. Jak w "Czarnej liście" z Paragwaju, w której młoda reżyserka Renate Costa próbuje rozplątać tajemnicę wuja prześladowanego i torturowanego w latach 80. z powodu swojego homoseksualizmu. Czy we "Wrogach publicznych" z Kambodży - reżyser Thet Sambeth chce znaleźć Czerwonych Khmerów, którzy wymordowali mu rodzinę.

Ciekawie zderzają się też dwa filmy o religii. W izraelskim "Jestem Lilith" matka 14-latki, która powiesiła się na drzewie, chce skremować jej zwłoki - musi jednak stoczyć walkę z mieszkańcami, miejscowymi dziennikarzami i pilnującą żydowskich obrządków pogrzebowych organizacją Zaka, której członkowie oskarżają kobietę, że "wstąpił w nią zły duch". W amerykańskim "Islam jest cool" Jennifer Maytoreny Taylor walka toczy się o coś przeciwnego - o uznanie, że muzułmańska religia nie musi oznaczać fundamentalizmu. Chce to udowodnić główny bohater Hamza Perez, były członek gangu aresztowany za handel narkotykami, który teraz nawraca społeczność na islam przez hip-hop.

Wydarzeniem specjalnym festiwalu, oprócz konkursu głównego, konkursu filmów krótkometrażowych oraz polskich, będzie przegląd najnowszych ośmiu filmów z Izraela, który - co pokazują też zeszłoroczne nagrody - wyrasta na dokumentalną potęgę. W ramach sekcji "Dźwięki muzyki" zobaczyć będzie można m.in. "Red Hot Chili Peppers: Untitled Documentary" o kulisach realizowania trzech teledysków grupy. Swoją retrospektywę będzie miał też mistrz amerykańskiej awangardy filmowej i gość specjalny imprezy Jonas Mekas.



Festiwal potrwa do 6 czerwca. Szczegóły: www.kff.com.pl

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':