"Jest pan lekarzem, doktorze Komeda!" - wykrzykuje niemiecki dziennikarz do Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego. Siostra kompozytora Irena Orłowska opowiada, że brat najpierw chciał być ortopedą, bo sam utykał od ósmego roku życia, a potem wybrał laryngologię, bo związana była z muzyką, foniatrią. "Szmery, dzwony, tramwaje, kroki, stosunek tego do siebie, do obrazu - to wszystko jest muzyka" - opowiada sam Komeda.
W filmie bliscy i przyjaciele wspominają zmarłego w 1969 r. pianistę jazzowego, genialnego kompozytora muzyki filmowej. Wypowiedzi ilustrują archiwalne nagrania, zdjęcia i fragmenty filmów, do których muzykę skomponował. "Mam w zespole trębacza z Krakowa. Gra jak Ornette Coleman" - opowiada, mając na myśli młodziutkiego Tomasza Stańkę. "Miałem szczęście, że to z nim zaczynałem swoją pracę zawodową" - opowiada Stańko. Jazzman wspomina, że dla Komedy niezwykle ważna była w muzyce prostota: "Oznaczała, że z trzech nut można zbudować bogaty i długi utwór muzyczny. Był mistrzem w zastosowaniu lejtmotywów w filmach". "Obaj byliśmy onieśmieleni" - mówi Roman Polański, wspominając, jak poprosił Komedę, wschodzącą wówczas gwiazdę modern jazzu, by spróbował napisać dla niego muzykę filmową. Najpierw do krótkiego filmu "Dwaj ludzie z szafą" (1958), później do następnych krótkometrażówek, a potem do pierwszej fabuły "Nóż w wodzie" (1962). "Ja byłam kucharką, ja byłam niańką, fryzjerką, wszystko mu załatwiałam, on nie znał numeru swojego kołnierzyka, numeru buta, od tego wszystkiego byłam ja" - opowiada w filmie żona Komedy Zofia Komedowa Trzcińska (to jej ostatni telewizyjny wywiad przed śmiercią w sierpniu ub.r.).
Pracował z czołówką młodego polskiego kina tamtego czasu. "Podczas projekcji Komeda kazał mi wydawać różne dźwięki, które mi przychodziły do głowy i sugerowały emocje danej sceny. Więc był ekran, my, a ja wydawałem z siebie dziwne dźwięki. Słuchał tego bardzo, bardzo uważnie" - opowiada Jerzy Skolimowski, któremu Komeda napisał muzykę m.in. do filmów: "Bariera", "Start", "Ręce do góry". "Najważniejsza funkcja muzyki wypełnia się wtedy, kiedy dany obraz bez muzyki nie mógłby istnieć. Sama
muzyka jest drugą wartością, dopiero synteza muzyki z tym obrazem stwarza całość" - tłumaczy Komeda. "Miał coś takiego w sobie, że słuchał obrazu. Potrafił z ciszy zrobić utwór muzyczny" - wspomina operator Witold Sobociński. Polański, dla którego Komeda napisał muzykę do "Dziecka Rosemary", "Matni" czy "Nieustraszonych pogromców wampirów", o początkach w
Hollywood: "Zaprosiłem go, mieszkał u mnie, żył moim życiem aż do chwili, gdy sam zaczął sobie organizować życie w Hollywood. Tego chciał".
W Ameryce był wolny. Zastanawiał się, czy zostać. Roman Polański i kołysanka z "Dziecka Rosemary" otworzyli mu drzwi do fabryki snów. "Kochał się w Mii Farrow. A właściwie w muzyce, którą dla niej tworzył i która był piękniejsza, niż mógł sobie wyobrazić" - opowiada pisarz Henryk Grynberg. A żona? "Zofia była silną osobowością. Chciała być nie tylko częścią jego muzyki, ale chciała być Komedą. A on nie chciał być Zosią. To powodowało zgrzyty" - wspomina jeden z ich przyjaciół. "Zofia jest w Polsce. Z nami już chyba koniec. Powinienem być playboyem, ale mam tu dziewczynę i nowy kłopot. Bywam samotny" - pisał Komeda do duńskiego reżysera Henninga Carlsena (któremu napisał muzykę m.in. do filmów: "Co z nami?", "Głód", "Ludzie się spotykają"). W Hollywood pojawił się Hłasko, którego Komeda uwielbiał. "W Polsce Marek był królem, w LA biedakiem. Był uważany za najlepszego polskiego pisarza emigracyjnego dla polskich czytelników. A Roman zdobył światową sławę. Krzysztof był dokładnie pośrodku" - wspomina producent Andrzej Krakowski.
Komeda zmarł na skutek krwiaka mózgu, w wyniku upadku podczas pijackiej przepychanki z Markiem Hłaską, kilka dni po przewiezieniu do Polski z Beverly Hills.
38 lat. 65 filmów. Podsumowanie jednego z przyjaciół: "To reżyserzy pracowali dla Komedy, a nie Komeda dla reżyserów".
"Komeda - muzyczne ścieżki życia" -
TVP 2, sobota 29 maja, godz.16.30