Uściślijmy - pierwsza nagrana oficjalnie, w studiu w pełni profesjonalnym, no i wydana w Polsce. Bo Kryzys ma już przecież na swoim koncie inny album - "Kryzys" z 1981 r. Tyle że tamta płyta ukazała się we Francji nakładem małej niezależnej wytwórni Blitzkrieg Records. To bardziej amatorski dokument prezentujący amatorskie wersje piosenek grupy niż pełnoprawny zapis tego, co wówczas grał Kryzys. Płyta ukazała się bez wiedzy zespołu, który zdecydowanie odcinał się od tego wydawnictwa. Ale co z tego. Czasy były takie, że każdy nowy album młodej polskiej kapeli był wydarzeniem, które niemal natychmiast obrastało własną legendą. W tym wypadku o legendę było tym łatwiej, że wydawnictwo dostrzegła również - nie oszukujmy się, pomogła trwająca właśnie rewolta "Solidarności", która na chwilę sprawiła, że wszystko, co kojarzyło się z Polską, stawało się szczególnie atrakcyjne - anglosaska prasa muzyczna. A ponadto zdobycie francuskiego "Kryzysu" w Polsce graniczyło z cudem, więc kto miał ten album, stawiając go na swojej półce z płytami na początku lat 80., zyskiwał przepustkę do sukcesów w życiu towarzyskim oraz sercowych podbojów.
Kryzys był bardziej mitem niż realnym zespołem. Zniknął z polskiej sceny bardzo szybko - powstał w 1978 r. jako The Boors, rok później zmienił nazwę na Kryzys, zaliczył kilka zmian w składzie, aby ostatecznie przestać istnieć jesienią 1981 r. Okazał się jednak prawdziwym jajem węża. Nie tylko pod względem personalnym, choć tu także - filarami wszystkich składów grupy byli przecież i są nimi też dzisiaj Robert Brylewski i Maciej Góralski, aktywni do dziś nie tylko na scenie muzycznej (Góralski od lat pracuje w Muzeum Azji i Pacyfiku). Przez zespół przewinęli się również instrumentaliści, którzy później pojawili się w składach takich kapel jak Tilt, Deuter czy Kult.
Kryzys był jednak przede wszystkim katalizatorem przemian muzycznych. Grupa swobodnie mieszająca w swoich piosenkach
punk, nową falę,
reggae oraz elementy popu uchodzić może zarówno za jednego z pionierów punkowej rewolucji na polskiej scenie muzycznej, jak i prekursora nadwiślańskiego reggae, które zdobyło ogromną popularność w połowie lat 80.
Znaczenie Kryzysu nie jest jednak tylko czysto historyczne. Proste, trwające po trzy minuty, grane bez aranżacyjnego i wirtuozerskiego zadęcia piosenki grupy znakomicie bronią się i dzisiaj.
- Chcieliśmy reanimować zamordowaną przez dyskotekę młodzieżową kulturę muzyczną - deklarowali w latach 80. muzycy grupy. Tak było 30 lat temu, gdy młody polski underground rodził się w kontrze do telewizyjnej rozrywki epoki Gierka, w której królowały musicalowe schody i girlaski w kostiumach z pawimi piórami. Tak samo może być i teraz. To funkcjonująca trochę poza czasem kapitalna odtrutka na wszelkie wydumane mody, snobizmy i medialne trendy.
Piosenki takie jak "Telewizja", "Mam dość", "Wojny gwiezdne" czy "Małe psy", choć ubrane w nowofalowy sztafaż, to po prostu świetne popowe
przeboje. Wnoszą też do polskiej muzyki coś bardzo w niej rzadkiego i cennego - dystans i poczucie humoru. Trudno przecież wyobrazić sobie jakąkolwiek inną polską grupę punkową, która potrafiłaby wykonać tak przewrotną wersję słynnej pościelówki "Je t'aime, moi non plus" jak ta, którą znaleźć można wśród archiwalnych nagrań Kryzysu.
Nowa płyta grupy tylko to potwierdza. Nie może być inaczej, bo "Kryzys komunizmu" to powrót do legendarnych piosenek sprzed trzech dekad. Tyle że zagranych na nowo.
Brylewski i Góralski - otoczeni dziś zupełnie nowymi muzykami - przypominają swoje najsłynniejsze piosenki, ale też utwory mniej znane i zupełnie zapomniane. Ten staro-nowy Kryzys brzmi dziś może trochę potężniej, bardziej profesjonalnie, może trochę pozbawiony jest tej pierwotnej urzekającej nieporadności. Ale przede wszystkim nie traci wiele z aktualności. Jego teksty - pisane z pozoru banalnym, wręcz naiwnym językiem, ale zawsze skrywające jakieś przewrotne drugie dno - sprawdzają się równie dobrze jako komentarz do absurdalnego świata komunizmu jak do współczesnej rzeczywistości opanowanej przez wielkie korporacje. Po latach Kryzys wciąż jest ikoną polskiego rocka. Ale, paradoksalnie, jest również zespołem jak najbardziej żywym.
Kryzys komunizmu
Kryzys
Songood House
Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem Autorem oprawy graficznej do "Kryzysu komunizmu" jest Wilhelm Sasnal. To nie pierwsze spotkanie głośnego polskiego malarza z muzyką grupy. Kilka lat temu Sasnal wykonał również grafiki do dwupłytowego wydawnictwa "Tribute to Kryzys", na którym ponad 40 polskich wykonawców reprezentujących różne muzyczne style i gatunki po swojemu interpretowało piosenki grupy. To być może także spotkanie nie ostatnie. - Mamy też nadzieję, że Wili namaluje coś na okładkę naszej następnej płyty, nazwanej już "Kryzys kapitalizmu" - pisze we wkładce do albumu Maciej Góralski.
Robert Sankowski: Dlaczego Kryzys? Wilhelm Sasnal: Bo jestem fanem tego zespołu i bardzo go lubię. Uważam, że nie mieliśmy na polskiej scenie rockowej muzyka ważniejszego niż Robert Brylewski. Wszystko, w czym maczał palce także po Kryzysie - czy to
Izrael, czy Falarek - jest równie ważne.
Co sprawia, że Kryzys broni się po latach? Te piosenki są ponadczasowe. Np. "Święty szczyt". To może być o Pałacu Kultury. Ale równie dobrze może to być też o jakimś współczesnym warszawskim wieżowcu. Mogę mówić o tym zespole tylko jako słuchacz, fan. I z takiej pozycji powiem, że ta muzyka i ten zespół po prostu wciąż działa.
Kryzys to niejedyny pana flirt z rockową popkulturą. Kiedyś tematem swoich obrazów uczynił pan okładki płyt. Świadomie rozgraniczam to, co jest obrazem, od tego, co jest ilustracją. Okładka "Kryzysu komunizmu" to właśnie ilustracja. Natomiast rzeczywiście kiedyś przemalowywałem okładki płyt. Brało się to z tego, że dla mnie są one tak samo ważne jak obrazy wiszące w muzeach.
Gdy brałem do ręki kieszonkę na płytę formatu 31 na 31 centymetrów, działała na mnie tak, jakbym miał w ręce dzieło sztuki. Moim zdaniem muzyka oraz cały ten towarzyszący jej graficzny entourage były i są ważne tak samo jak wiedza o tej sztuce, która jest pokazywana w galeriach czy muzeach.
Ilustracja do "Kryzysu komunizmu" to bardziej komentarz do tytułu płyty niż zawartej na nim muzyki? Do muzyki również. Starałem się na tej okładce znaleźć jakąś dwuznaczną, abstrakcyjną formę, która jest obecna w ponadczasowych tekstach zespołu. Ale kołatał mi się również bardzo konkretny tytuł: "Kryzys komunizmu". Nie chciałem jednak traktować tej okładki na podobnej zasadzie jak wcześniej ilustracje na płycie "Tribute to Kryzys". Tam podchodziłem do muzyki bardzo bezpośrednio. Poszczególne obrazy były prostymi ilustracjami konkretnych cytatów z piosenek. Tym razem nic nie miało być komentarzem wprost. Tutaj tak samo jak teksty utworów w sposób abstrakcyjny odnoszą się do rzeczywistości, tak samo moje ilustracje w sposób metaforyczny odnoszą się do muzyki. Może nawet do całego klimatu, jaki towarzyszy tej grupie.
rozmawiał Robert Sankowski