http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze, Bonowicz, Wojciech; Rozmowy z dziećmi. Kazania niecodzienne, Tischner, Józef

Katarzyna Wiśniewska
2010-05-25, ostatnia aktualizacja 2010-05-24 17:38

Kariera "Kwiatków Jana Pawła II" pokazuje, że dykteryjki z życia wielkich są towarem pożądanym. Ale książka Bonowicza to nie tylko "gawędy". To także odpowiedź na pytanie, dlaczego ks. Józef Tischner tak bardzo nie przystawał do rodzimego katolicyzmu. I dlaczego w niektórych kręgach traktowano go jako ciało obce, niemal profana

Ks. Józef Tischner
Fot. WOJCIECH SURDZIEL/AGENCJA GAZETA
Ks. Józef Tischner
ZOBACZ TAKŻE
Ze względu na jego cięte sądy - na temat polskości, Kościoła - nie mogło być inaczej. Bonowicz, autor obszernej biografii Tischnera, ma rękę do wynajdywania perełek, także w wywiadach z niszowych gazet. Dzięki temu otrzymujemy prawdziwą pigułkę "tischneraliów". Weźmy pierwsze z brzegu - akurat znane - z rozmów "Między Panem a Plebanem".

Na przywołane przez Adama Michnika słowa Miłosza, że "szansą polskiej kultury jest katolicyzm", Tischner stwierdza, że "oprócz tego wspaniałego katolicyzmu musi też istnieć katolicyzm starych kawalerów. Bo Kościół to jest nie tylko zgromadzenie świętych i grzeszników, ale także duchownych, którzy - koniec końców - są starymi kawalerami. Więc są w Kościele cnoty świętych, winy grzeszników i wady tych, których pod żadnym pozorem nie należy budzić po obiedzie".

Ostre i nie w smak były dla wielu jego diagnozy na temat naszego kraju w latach 90. "U nas jest teraz tak jak w kolejce na Kasprowy: widoki piękne, rzygać się chce, a wysiąść się nie da", powiedział kiedyś zagranicznym dziennikarzom.

W 1995 r. pytany przez redaktorów oazowego pisemka "Ku wspólnocie" "co sądzi o posoborowej wizji kapłana bliższego ludziom", odpowiada przewrotnie: "To dobrze, że ksiądz jest bliżej ludzi. Ale przecież bywają księża, których nie należy pokazywać ludziom dłużej niż godzinę dziennie, a po soborze to jest trudniejsze".

Na księżowski świat patrzył szczególnie przenikliwie, w lot wychwytywał jego niedomagania.

Miał rzadką umiejętność łączenia uszczypliwości z wyrozumiałością. Opisane w książce rozterki niepełnoletniego Tischnera rozmyślającego nad swoim powołaniem pokazują, że dochodził do niej stopniowo, gubiąc młodzieńczą bezlitosność sądów.

Relacjonując w swoim dzienniku w 1947 roku wyjazd z wychowawcą księdzem Włodzimierzem Pilchowskim do Krakowa, zanotuje, że jest „człowiekiem dziwnie wydelikaconym”, a on „takich nie lubi”. Dlatego podpytywany przez ks. Pilichowskiego o to, czy widzi swoją przyszłość w seminarium, milczy. Potem notuje: „Padło tak nagle i milczałem, chociaż kwestię tę niejeden raz w duchu rozważałem. Wątpię jednak, czy owo »będę « stanie się czynem. Uważam, że katolicyzm potrzebuje teraz jak najwięcej ludzi świeckich, to ci mogą dokonać tego, czego sutanny nie dokonają. Zwłaszcza takie kobiece jak ksiądz!”.

Niekoniecznie podobał się w Kościele sposób, w jaki Tischner podszedł w 1986 r. do ankiety w szacownej "Powściągliwości i Pracy" pod górnym hasłem "Non possumus".

Pytanie "Jakie wartości nie mogą podlegać pertraktacjom?" przerobił: "Spróbuję zapytać prościej: ile trzeba dać, żeby mnie kupić?".

Dalszy ciąg odpowiedzi to interesujący autoportret psychologiczny. "Nie należy mnie straszyć. Straszony otaczam się murem, wycofuję, a potem szukam dziury, żeby wziąć odwet".

Pobrzmiewa tu kompleks niespełnionego partyzanta, "który w samotności, w takim czy innym przebraniu, robi dowcipy na tyłach wrogiej armii, i udawać, że jest się innym, niż się jest naprawdę". Tischner wprost wyznawał: "Całe życie walczę o autentyzm, zapominając o tym, że właściwie nie chodzi mi o nic innego jak o przezwyciężenie kompleksu partyzanta".

Przez charakterystycznie ironiczny ton przebija autentyczny podziw dla partyzantów. Jak zauważa Bonowicz, czuł go od dzieciństwa. Często odwoływał się do etosu partyzanckiego, w którym czołowe miejsce zajmuje wierność. To już inna, mniej znana twarz Tischnera - uważnego na drobiazg, nad którym inni przechodzą do porządku dziennego, mimo swojej kpiarskości pryncypialnego.

Trudno uwierzyć, że potrafił się oburzyć na przyjaciela wymyślającego na drodze kiepskiemu kierowcy. W książce opowiada o tym filozof Paweł Taranczewski: "Jego dość ostra reakcja zdziwiła mnie, bo nie pasowała do dotychczasowego pojęcia, jakie miałem o Józku. Odkryłem wówczas tkwiącą w nim zasadniczość: pewne normy obowiązują i nie ma od nich odwołania, wykluczone są poślizgi i strefy nieokreślone".

Ten sam Tischner z czułą pobłażliwością mawiał o swoim koledze z Łopusznej, nałogowym alkoholiku, że "z dobroci pić się nauczył".

Są w książce oczywiście pyszne anegdoty. Choćby o tym, jak to po wyborze kardynała Wojtyły na papieża, Tischner znalazł się na giełdzie jego potencjalnych następców na fotelu krakowskiego metropolity. Dociekaniami dziennikarzy świetnie się bawił.

W programie radiowym ujawnił nawet, że otrzymał już pierwsze łapówki... "Pamiętam, od jednego znakomitego przełożonego znakomitego zakonu dostałem koniak, na wypadek taki, żebym łaskawym okiem patrzył na to zgromadzenie. W pierwszej chwili myślałem, że należy protestować. Ale potem, w wyniku działania łaski uczynkowej, doszedłem do wniosku, że nie należy protestować, tylko należy straszyć. I brać też".

Później okazało się, że łapówkę wręczał... ks. Tadeusz Gocłowski, późniejszy metropolita gdański, zaprzyjaźniony z Tischnerem.

"Gawędy" świetnie dopełniają "Rozmowy z dziećmi", czyli kazania dla przedszkolaków.

Prawie czterdzieści lat temu Tischner głosił je w krakowskim kościele św. Marka. Przy ołtarzu honorowe miejsce zajmował pluszowy miś Bartek, a kazania tak naprawdę nie były kazaniami, tylko rozmowami na najbardziej intrygujące tematy. Np. o tym, kto się Panu Bogu bardziej udał: ksiądz rektor czy Bartek?

W tych dialogach nieraz na pograniczu surrealizmu (czy rozmowy księdza z przedszkolakami o teologii mogą być inne?) widzimy Tischnera o świętej cierpliwości i imponującym refleksie. Potrafi zręcznie wytłumaczyć, że pomidory niekoniecznie są pokarmem dla serca - jak chciał pewien chłopiec, ale w pewnych okolicznościach mogą się nim stać.

Nie protestuje, kiedy jedna z dziewczynek widzi na ścianie małego "Jezucha", a do niego zwraca się: "Wie pan...".

W końcu, jak mawiał, najpierw był "człowiekiem, potem filozofem, potem długo, długo nic, a dopiero potem księdzem"

Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze

Wojciech Bonowicz

Znak, Kraków



Rozmowy z dziećmi. Kazania niecodzienne

ks. Józef Tischner

Znak, Kraków

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':