http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lądowanie na planecie Cannes

Tadeusz Sobolewski, Cannes
2010-05-14, ostatnia aktualizacja 2010-05-14 08:14

Początek canneńskiego festiwalu przyniósł rozczarowanie dziecinnym "Robin Hoodem" - i ciekawe kulisy współczesnej cywilizacji w filmach chińskim i francuskim

Robin Hood
Robin Hood
ZOBACZ TAKŻE
Ron Holloway, amerykański krytyk osiadły w Niemczech, był postacią nieodłączną od festiwalowego pejzażu Cannes i Berlina. W tym roku po raz pierwszy go nie spotkamy. Holloway mówił, że na festiwalu najważniejsze jest wyławianie w potoku filmów takich obrazów, jakich się dotąd nie widziało. Pomyślałem o tym, oglądając na otwarciu 63. Cannes "Robin Hooda" Ridleya Scotta.



Mimo operatorskiej ekwilibrystyki Jona Mathiesona, którego trikowa kamera biegnie pod niebo za strzałą wypuszczoną z łuku - film nie porusza, jego obrazy nie pozostają. Jakbyśmy to już znali z innych "średniowiecznych" filmów. Jako produkt "Robin Hood" wykonuje plan w 100 procentach: pokazuje wszystko, mówi wszystko, daje komplet wiedzy, jak w Wikipedii, ma też stosowne odniesienia do współczesności. Zabrakło tylko polotu. Na konferencji prasowej Russell Crowe wywodził, że "dzisiejszy Robin Hood" walczyłby z rekinami giełdowymi albo z monopolistami telewizyjnymi. Czy z tego może urodzić się mit?

Mogę policzyć sztuczne kałuże na drodze do Nottingham i zauważyć, że podłogi we dworach były zarzucone trzciną. Dowiem się, jak mogła wyglądać sygnalizacja świetlna na okrętach i co nosił na sobie rycerz. Prehistoria XII-wiecznego banity z lasu Sherwood, którą opowiada Scott, staje się tu pretekstem do ukazania początków nowożytnej demokracji, jaką była Magna Charta Libertatum, wywalczona w 1215 r. przez "wolnych ludzi" u króla Jana bez Ziemi. W tym kontekście Robin Hood staje się średniowiecznym bojownikiem o prawa człowieka. To film dla mądrych dzieci, które w popularnonaukowych programach wędrują przez epoki, wynosząc z tego różne pożyteczne nauki. Legenda niezwykłej jednostki, leśnego anarchisty i kochanka gdzieś wyparowuje. Może nie ma do niej powrotu?

Chiny we mgle

Ale zaczął się canneński konkurs, a w nim kino innego rodzaju - filmy dobierane tak, żeby niosły niewidziany dotąd, uderzający obraz naszej cywilizacji. Festiwal daje przywilej oglądania współczesności z zewnątrz, stopniowego zagłębiania się w nią, jak przy lądowaniu na obcej planecie. Takie wrażenie dają pierwsze kadry chińskiego "Chongqing blues" w reżyserii Wanga Xiaoshuai - panoramiczne ujęcie z wnętrza kolejki linowej jadącej w kierunku miasta. Z mgły wyłania się sylwetka być może największej dziś metropolii świata (aglomeracja Chongqingu liczy 35 milionów).

Mężczyzna, który spędził ileś lat na morzu, wraca do pozostawionej w mieście żony, która tkwi przy fabrycznej maszynie do szycia - ma już innego męża, na którego pracuje. Chce poznać przyczyny śmierci ich 25-letniego syna, zastrzelonego przez policjanta w niejasnej aferze kryminalnej, podczas napadu w supermarkecie. Kamera idzie za ojcem, wdziera się w anonimowy tłum miasta. Ktoś, kto - jak bohater "Chongqing bluesa" - był nieobecny przez ostatnie kilkanaście lat, nie poznaje własnego miasta.

Nikt nie chce z nim rozmawiać o okolicznościach śmierci chłopca - ani matka, ani przyjaciel, ani dziewczyna. Ojciec zdobywa niewyraźną fotografię syna, którego prawie nie znał, usiłuje ją powiększyć. Trudno nie skojarzyć tego z "Powiększeniem". Antonioniego, który wyraźnie patronuje kinu Wanga, ale wizja rozpadu ludzkich więzi przenika całe nowe kino chińskie. Odczłowieczony obraz miasta, znany z XX-wiecznej sztuki Zachodu, powraca do nas z Chin, jak przestroga na przyszłość.

Tajemnica zastrzelonego chłopca nie zostanie do końca rozwiązana. W końcu ci, co go znali, wyjęci z tłumu, otworzą się przed ojcem - w tych półrealnych, ekspresyjnych scenach na chwilę jakby przecierała się mgła pokrywająca miasto i nadająca koloryt filmowi. Jest w tym zakończeniu pewna deklaratywność, sztuczna chęć złagodzenia pesymistycznej wymowy. czterdziestoparoletni reżyser, rówieśnik bohatera, sygnalizuje tym filmem utratę więzi z pokoleniem 20-latków, które staje się obce, inne. "Nowa generacja żyje teraz w przełomowym momencie. To stracone pokolenie - uważa reżyser - Nie mają czasu na myślenie, nie mają marzeń ani nadziei. Po prostu chcą być. Nie mają motywacji, jak my, którzy w latach 80. i 90. staraliśmy się nadać swemu życiu jakieś znaczenie. Kultura wygasa. W ciągu kilku lat przenieśliśmy się do świata skoncentrowanego wyłącznie na pieniądzach. Ludzie nie zastanawiają się już nad tym, co jest wartością. Pędzą naprzód w samotnym tłumie".

Mężczyzna adoptowany

Mathieu Amalrik - przypominający z sylwetki młodego Polańskiego - jest postacią wszechobecną we francuskim kinie, teatrze, popkulturze. Wyreżyserowane przez niego "Tournée" w pierwszej chwili sprawia wrażenie amatorstwa, jednak wciąga. To mały film, cieniutki, epizodyczny, o rozmytych puentach, przypominający gatunek filmów rozgrywających się "na trasie" zespołów muzycznych.

Po części jest to dokument własnej przygody reżysera i aktora, który podjął ryzyko zaangażowania do swego filmu grona amerykańskich gwiazd o pseudonimach Mimi Le Meaux, Dirty Martini czy Kitten on the Keys, należących do nurtu tzw. Nowej Burleski - ekscentrycznego, wyzwolonego music-hallu. Wyzwolenie polega na tym, że striptiz w najwymyślniejszych, parodystycznych formach uprawiają tu panie nie najmłodsze i nie najszczuplejsze. Mikroskopijny Amalrik gra ich impresaria, niejakiego Joachima Zanda, który uciekł z pracy w telewizji. Trudno o bardziej komiczny, wręcz kabaretowy kontrast między mikroskopijną sylwetką humorzastego producenta, który po występie rozdziela honoraria, załatwia hotel i dba o to, żeby aktorki w porę poszły spać, a rozbuchaną cielesnością tych Amerykanek, w piórach, dżetach, perukach i sztucznych rzęsach, jak diwy z Felliniego, tworzących w masie jeden trudny do opanowania organizm.

Rezultat jest ciekawy: ani to farsa, ani melodramat, ani porno. Film w pozytywnym sensie eskapistyczny, ukazujący jedną z możliwości ucieczki od świata. Rzecz dzieje się dosłownie i w przenośni za kulisami - teatru, życia, cywilizacji. Urok takiego wędrownego music-hallowego życia opisywała na początku wieku Colette. To właśnie jej wyznania zainspirowały Amalrika. Joachim Zand toczy pojedynek z kobiecością, który przybiera trudne do wyrażenia, nieuchwytne formy, rodzaj męsko-damskiego partnerstwa, który nie wyklucza erotyzmu. Ta "miłość bez miłości" stanowi wybawienie dla Joachima Zanda, który pozostawił za sobą ruinę rodziny. Podczas "Tournée" mały mężczyzna zostaje w końcu zaakceptowany czy - jak mówi Amalrik - "adoptowany" przez kobiety. Samotnicy obu płci rozpoznają swoje pokrewieństwo.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':