Dziś kolejna z cyklu rozmów z pięcioma finalistami Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Laureata poznamy 16 maja.
>
Lidia Ostałowska: Czym różni się Polska warszawska i ta niewarszawska z "Serca narodu koło przystanku"? Włodzimierz Nowak*: Warszawska własne kłopoty nazywa chętnie wypaleniem czy depresją, siedzi godzinami u terapeuty, a np. masowe depresje pegeerowców nazywa bezradnością i serwuje im terapię kija i marchewki. Polska warszawska niebezpiecznie upraszcza, nie dostrzega biedy, wykluczenia. To oczywiste, że w największym polskim mieście żyje się inaczej niż na wsi czy w małym miasteczku. Ale niepokoi mnie "warszawski" obraz kraju, bo rozmija się z tym, co widzę, podróżując po Polsce jako reporter.
Warszawskie klucze nie pasują do drzwi polskiej prowincji? - Chodzi o coś więcej. Konsekwencje tego niedopasowania ponosi głównie Polska niewarszawska, bo syte, oficjalne centrum decyduje o losie reszty kraju wedle swoich wyobrażeń.
W latach 90. reporterzy towarzyszyli tym, którzy stracili na przemianach. Dlaczego dziś tak rzadko się o nich pisze? - Wszystkie media są w Warszawie, tam się zaczyna i toczy cała narracja o Polsce, więc redaktorzy są skażeni tym, co nazywam "Polską warszawską". Słyszałem, że moja książka wkurza, irytuje. Pewnie dlatego, że wydobywa coś, o czym nie chcemy pamiętać albo sądzimy, że już nie jest problemem. Ale nie odpowiada mi, kiedy "Serce narodu " próbuje się odczytać jako pokrętną pochwałę Peerelu albo głos skreślający ostatnie polskie 20 lat. Sam przecież tę nową Polskę tworzyłem, jeszcze zanim zacząłem ją opisywać. Tyle że parę spraw nam nie wyszło, a wielu za te zmiany zapłaciło za dużo.
"Ubóstwo to stan niemożności wypowiedzenia się. Ludzie ubodzy nie mają głosu, nie są nigdzie szanowani, nie są tolerowani. Ktoś musi mówić w ich imieniu. To jest przyczyna, dla której o nich piszę" - to słowa Ryszarda Kapuścińskiego. Czy byś się pod nimi podpisał? - No tak, ta myśl mistrza starczy za reporterskie credo. Dodałbym do tego jeszcze jedną. We współczesnym zdominowanym przez media świecie kto nie mówi, ten nie istnieje. Stąd tylko mały krok do stwierdzenia, że najprawdopodobniej ubogich w ogóle nie ma. Krzysztof Pruszewicz z Brodnicy dostał pierwszą w życiu pracę. Na nocnej zmianie z przepracowania wpadł do mieszalnika i zginął. Jego matka opowiadała mi, że na policji i u prokuratora poczuła się nikim. "No dobra, mogłam być źle ubrana, nie tak uczesana, ale w końcu mój syn zginął. Co, zanim pójdę do prokuratora, mam iść do fryzjera? To na tym świat polega?!" - żaliła się.
Autentyzm twoich reportaży porównuje się do przedwojennych "Pamiętników bezrobotnych". Znalazłam w nich taki fragment: "Szyby wystaw w cukierni z całymi stosami czekolad mają dotychczas szczęście, gdyż nieraz przychodziła mi myśl: Runąć całym tułowiem w głąb wystawy, wbić się zębami w misterny stos czekolad i żreć, żreć, pochłaniać kawałami, a potem niech mnie powieszą nawet". Dzisiejszego biedaka stać czasem na czekoladę. Jak wytłumaczyć innym jego los? - Bieda stała się "mało atrakcyjna czytelniczo". Na tym polega kłopot reportera, który teraz idzie za myślą Kapuścińskiego i chciałby mówić w imieniu marginalizowanych. Głód jest atrakcyjny, głośne nieszczęście, skok z dziesiątego piętra. Ale zwykłe ubóstwo, które balansuje na poziomie minimum socjalnego? Szare, nieefektowne, trudno je opisać. Zwykle powstaje tekst słuszny i nudny.
W "Sercu narodu " nie przynudzasz. - Bo nasza robota, reportaż, to sztuka przedstawiania rzeczywistości w nieoczywisty sposób. Ale mi się czasem już nie chce pamiętać, żeby napisać o czymś tak, jak jeszcze nikt nie napisał, i o formie. Wystarcza mi, że czuję się zaangażowany w ważną sprawę. Że to mnie kręci.
Czy człowiek niewarszawski, a w twoich tekstach często również nielegalny, czuje się obywatelem? - Myślę, że pan Michałowski, bezrobotny były pegeerowiec spod Człuchowa, nie czuje się obywatelem. Wyjaśniał mi, że Polska, wchodząc do Unii w ramach ogólnoświatowego planu zmniejszania populacji, skazała pegeerowców na wymarcie. I nie ta jego myśl mnie przestraszyła, ale ten spokój i pewność. Uspokoił się, bo wreszcie sobie wytłumaczył, dlaczego nowe państwo nagle wpędziło tylu ludzi w biedę i
bezrobocie. I tylko jak mógł, wypychał dzieciaki w lepszy świat, żeby uchronić je przed planem likwidacyjnym.
W sprawie pegeerowców zachowaliśmy się jak plemię dzikich, które zjadło dziadka i babcię, bo zabrakło jedzenia czy dachu nad głową.
Samorządy też nam się nie udały. W wielu gminach i miastach panują od lat ci sami wójtowie i prezydenci. Nie widać nikogo, kto mógłby ich sensownie zmienić, bo układ władzy skostniał. Myślę, że Polska została porzucona przez centrum. Z ludźmi nie gada się uczciwie, tylko leje głupotę z telewizora. Stąd potem tyle domowych spiskowych teorii i ponurych domysłów, na których żerują populiści.
* Włodzimierz Nowak (ur. 1958), reporter "Gazety Wyborczej". Jego zbiór polsko-niemieckich reportaży "Obwód głowy" znalazł się w finale Nagrody Literackiej "Nike" 2008 i został przełożony na niemiecki. Zdobywca Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej 2009. W 2010 roku otrzymał Nagrodę Kulturalną im. Georga Dehio. Autor "Serca narodu " w dniach 14-16 maja będzie gościem Warszawskich Targów Książki. Szczegóły na: targi-ksiazki.waw.pl