Oglądanie dokumentów z tegorocznego Planete Doc Review tuż po przejściu narodowej traumy działa wyjątkowo ożywczo. Dzięki tym filmom wychodzę z cierpiętniczej, skupionej tylko na sobie wspólnoty i staję znów w centrum nowoczesnego świata. Z wieku XIX, w którym się pogrążyliśmy, przenoszę się do wieku XXI.
Autorzy współczesnych dokumentów próbują określić nowoczesność tak, jak to kiedyś robili twórcy fabuł. Są globtroterami, obywatelami świata. I nie tylko starają się zrozumieć obcych, ale chcą brać za nich odpowiedzialność. "Teraz nie robi się filmu dla samego filmu, my chcemy wpływać na świat" - mówią Ilse i Femke van Velzen, autorki zrealizowanego w Afryce dokumentu "Gwałt na wojnie". Kto z fabularzystów zdobyłby się dziś na takie oświadczenie?
Dokumentacja własnej przygody Niektóre filmy - realizowane nieraz latami, z dużym ryzykiem i ambicją, żeby dotrzeć do świata wciąż nieprzedstawionego - rejestrują osobiste doświadczenie.
Młody Brytyjczyk Simon Chambers ("Kowboje z Indii", konkurs Amnesty International) podróżuje z kamerą przez najuboższy indyjski stan Orissa, żeby sprawdzić, czy koncern stawiający w buszu gigantyczną kopalnię rzeczywiście poprawia byt ludności, czy niesie tylko zniszczenie środowiska. Odpowiedzi można się domyślać. Ale w pewnym momencie typowy społeczny dokument przybiera nieoczekiwany kształt. Jak w dobrej noweli na plan pierwszy wysuwa się to, co poboczne: postacie dwóch przewodników, którzy wiozą reportera w interior. Simon zaprzyjaźnia się z nimi, zdobywa ich zaufanie, korzysta z ich wielkoduszności, ofiarności i naiwności, a zarazem orientuje się, że ściąga na nich śmiertelne niebezpieczeństwo. On wyjedzie z demaskatorskim materiałem - oni zostaną. Chciał ujawnić eksploatację, tymczasem sam, niechcący, stał się eksploatatorem ludzi - w Indiach przychodzi to niesłychanie łatwo.
Filmem dokumentującym własną przygodę reżysera jest rewelacyjny "David chce odlecieć" Davida Sievekinga (konkurs Millennium; wrócimy do tego filmu w osobnym artykule). Sieveking, zafascynowany techniką medytacji transcendentalnej, bada źródła tej XX-wiecznej parareligii. Poznaje członków skorumpowanej fundacji działającej na rzecz pokoju światowego, białych "maharadżów", spotyka zawiedzionych donatorów i wiernych. Na koniec dowiaduje się, kim był zmarły w 2008 r. Maharishi Mahesh Yogi, fałszywy guru, na którego kiedyś nabrali się Beatlesi, a ostatnio David Lynch, z którym Sievekingowi udaje się o tym porozmawiać.
W filmie Christiana Frei "Kosmiczni turyści" (konkurs Millennium) fotograf z legendarnej agencji Magnum Jonas Bendiksen podróżuje po okolicach Bajkonuru w Kazachstanie. Dokumentuje pozostałości radzieckiego kosmicznego imperium - pomniki dawnej chwały stojące wśród zdewastowanych bloków. Mit podboju kosmosu, który kiedyś niósł ludzi, realizuje się dziś w nowej formie. Amerykańska milionerka Anousheh Ansari za 20 mln dol. funduje sobie lot kosmiczny. Martwy Bajkonur ożywa. Odwieczna, jakby wyjęta wprost z sowieckich czasów baba ze ścierką zmywa posadzkę na kosmodromie - nad nią sunie rakieta. Film ironicznie zderza ze sobą dwie perspektywy: w kabinie Sojuza majestatycznie sunącego nad Ziemią milionerka, pokonując stan nieważkości, korzysta z toalety - a równocześnie gdzieś w dole na ałtajskim stepie poszukiwacze rakietowych odpadów - źródła cennych metali, które potem opylą w Chinach - gotują sobie zupę w rakietowej tulei, która spadła z nieba.
Motto tego filmu, wiersz Arsenija Tarkowskiego o człowieku stojącym pośrodku wszechświata ("za mną miriady pierwotniaków / przede mną miriady gwiazd") mógłby być dewizą festiwalu. Te dokumenty fundują widzowi podróż po świecie odczarowanym, dostępnym, pozbawionym dawnej boskiej, wertykalnej osi. Ten świat musi się dać jakoś po ludzku urządzić.
Dzika Europa, cywilizowana Afryka Do "Wideokracji" Erika Gandiniego (Millennium) - dokumentu o ludziach tworzących telewizyjne imperium Berlusconiego - pasowałoby określenie Bartłomieja Dobroczyńskiego: "trzecia rzesza popkultury". Oglądamy od kulis mechanizm powstawania włoskich programów typu "Big Brother". Lele Mora, przyjaciel premiera i kreator gwiazd, chwali się przed kamerą, że ma w swoim telefonie faszystowskie hymny. Król paparazzich specjalizujący się w szantażowaniu celebrytów, nazywający siebie "nowym Robin Hoodem", wygłasza przed kamerą cyniczne sentencje o władzy, która służy do łamania prawa przez tych, którzy się do niej dorwą. Mówi to z aprobatą - taki jest świat, wszyscy tacy jesteśmy.
Gandini przechwytuje styl przeciwnika, jego film sam przypomina w formie telewizyjny show realizowany na sztucznym luzie. Udaje mu się pokazać związek między pseudoludową telewizją, gdzie "każdy może być gwiazdą", a polityką. Masy telewidzów połączonych sztuczną komitywą tworzą bierną, posłuszną masę wyborczą. Występujący w filmie celebryci - jakby wyjęci z "Satyriconu" Felliniego - nie wstydzą się obnażenia ani kompromitacji. Oni wiedzą, że i tak są na szczycie, mają za sobą miliony, a "Wideokracja" to przedsięwzięcie marginalne, które trafi jedynie na elitarne festiwale. Huxleyowska antyutopia "Nowego wspaniałego świata" realizuje się na naszych oczach.
Ten obraz cywilizacyjnej degrengolady i kryzysu demokracji kontrastuje z nakręconym w Kongu filmem sióstr van Velzen (konkurs Magicznej Godziny). Tytuł "Gwałt na wojnie" sugeruje, że dotkniemy "jądra ciemności". Jest jednak inaczej: oglądamy proces resocjalizacji dawnych żołnierzy wojny domowej, gdzie gwałt należał do reguł
gry. Kiedy kongijski kapitan tłumaczy nowo wcielonym podwładnym, niedawnym rebeliantom, że do kobiety należy odnosić się z szacunkiem, wygląda na naiwniaka. Okazuje się pastorem. Kiedyś sam był wojennym bandytą - dziś jest mężem kobiety, którą bił i gwałcił. Pomaga takim jak on sam.
Przemiana jest możliwa. W kościele przy wtórze ekstatycznego śpiewu i tańca żołnierze wyznają swoje winy. Przejmująca scena ekspiacji, jak z Dostojewskiego - dawny gwałciciel w obecności terapeuty spotyka swoją ofiarę, prosi o przebaczenie, ofiarowując jej w prezencie czarną świnkę. Kobieta przebacza mu i odchodzi, ciągnąc za sobą świnię na sznurku.
Małpa pije herbatę W znakomitym fińskim dokumencie "Para do życia" Jonasa Berghalla i Miki Hotakainena (Millennium) sauna stanowi miejsce wyznań, duchowego oczyszczenia, pojednania z życiem. To prawdziwa instytucja społeczna, rodzaj świeckiego konfesjonału lub gabinetu terapeuty. Charakterystyczny gest polewania rozpalonych kamieni wyznacza rytm ludzkich zwierzeń o tym, co gnębi lub cieszy.
Ten film, oparty na intymnych wyznaniach, jest przeciwieństwem żerowania na intymności, telewizyjnego podglądactwa, ekshibicjonizmu. Choć bohaterowie kolejnych epizodów występują nago, w ich nagości nie ma nic poniżającego ani obscenicznego. Kilkanaście historii opowiadanych przy syku pary niesie pochwałę społeczeństwa, które w czasach tzw. płynnej nowoczesności, rozproszenia i wyobcowania zachowuje dawny poziom więzi.
"Into eternity" Michaela Madsena (konkurs Panasonic Green Award; polski tytuł: "Jądro wieczności") to film, który działa jak wehikuł czasu. Finlandia okazuje się tu pionierem w kolejnej dziedzinie. Naszemu światu grozi udławienie się i zatrucie własnymi odpadami. Na Dalekiej Północy powstaje gigantyczny skalny labirynt, podziemne miasto, którego budowa skończy się za sto lat. Odpady radioaktywne będą w nim zapieczętowane na wieczność mierzoną setkami tysiącleci, niczym skarby z grobowców faraonów. Ukryte, pozostaną być może jedyną rzeczą, jaka przetrwa z naszej cywilizacji.