"Panna młoda w śniegu", Jan Seghers
przeł. Elżbieta Kalinowska, Czarne, Wołowiec Drugi po "Zbyt pięknej dziewczynie" kryminał Niemca Jana Seghersa wydany po polsku uprawnia przypuszczenia, iż to żaden Niemiec z radosnego Frankfurtu, objedzony kiełbaskami z sałatką ziemniaczaną, lecz przyduszony depresją, Skandynaw z mroczną duszą, jak np. Henning Mankell, autor wybitnej serii o komisarzu Wallanderze. Zaś jego tłumaczka Elżbieta Kalinowska ukończyła z wyróżnieniem skandynawistykę ze specjalizacją "okropieństwo i przemoc w pisarstwie", a nie filologię germańską, gdzie pojawia się literatura jakoś bardziej radosna.
Znajomy nam już komisarz Robert Marthaler kocha się w pięknej Czeszce Terezie. I zrobi wszystko (nawet przez przypadek i dogłębne zaangażowanie w śledztwo), by piękna Czeszka miała go powyżej dziurek w nosie. Jest znów dzielny, dostaje po pysku, lecz cały czas wielce wrażliwy, choć znacznie przytył. Pyskuje przełożonym i ma hopla w fazie constans: bandytom nie daruje, choćby musiał zadrzeć z Panem Bogiem, a nawet - z szefem policji, brukowcami i telewizją.
Mozolne śledztwo w sprawie brutalnych morderstw na kobietach ze sfer średnich ciągnie się przez kilka miesięcy. A styl tego zabijania... To znów upodabnia Seghersa do Skandynawów; jeśli ktoś kogoś zabije, ot, tak sobie, bez oznak sadyzmu, nie ma sensu się nad tym pochylać, bo zwykłe morderstwo wygląda równie banalnie jak flaszka coca-coli. I jeszcze umieszczenie zwrotnych momentów akcji w najpaskudniejszej porze roku - co najstraszniejsze, dzieje się zimą, gdy wiatr i wilgoć wciskają się pod kurtkę komisarza.
Nadto - mamy w tej książce panoramę Frankfurtu, miasta, gdzie jest narkomańsko-lumpiarsko-kolorowe przydworcowe centrum, ale też las jak park narodowy i prawdziwy park narodowy. Kto przeczyta tę książkę, zapewne będzie mógł chodzić po Frankfurcie bez mapy.
Są fałszywe tropy, znakomicie udokumentowane geograficznie, językowo oraz
policyjnie, jak z archiwum. Są też chwile wytchnienia - dla czytelnika łaknącego wyjaśnienia i sprawiedliwości. Lecz nie jest to wytchnienie dla komisarza Marthalera, który akurat wtedy nieprzyjemnie choruje, ma doła albo robi najzwyklejsze bałwaństwa, może być i tak, że po pijaku. W ten sposób komisarz staje się po prostu człowiekiem. A zwykli ludzie mordują tu zwykłych ludzi, choć za każdym morderstwem kryje się tajemnica, mroczny zaułek świadomości i nałogów. Ale też zwykli ludzie łapią morderców. Wystarczy, że tego chcą. I przy okazji kojarzą fakty.
Pointa? Ani słowa. Dobrze świadczy o autorze, który plecie intrygę zważając na logikę zdarzeń, a nie na zaskoczenie, które zaskakuje, bo jest wzięte z sufitu.
Jeśli więc nie macie czasu, by pomyśleć - będziecie zaskoczeni finałem. Jeśli macie czas - będziecie jak komisarz Marthaler, a nawet lepsi, bo odkryjecie prawdę minutę przed nim. Tak czy siak warto spróbować.