http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Opowiem wam o Imeldzie Marcos

Robert Sankowski
2010-04-08, ostatnia aktualizacja 2010-04-07 17:23

O czym są nowe płyty Davida Byrne'a, Fatboy Slima i The Knife? Historia żony dyktatora Filipin i historią życia zainspirowana życiem Karola Darwina. Czyżby powrót popularnych kiedyś concept albumów?

SONDAŻ
Concept album powinien...

Mieć przede wszystkim ciekawy przekaz
Zawierać przede wszystkim dobrą muzykę, potem treść
Zniknąć i nie powrócić
Nie interesuje mnie to



Opowiada Byrne: - Kilka lat temu przeczytałem "Cesarza" Ryszarda Kapuścińskiego. Świat dworu Hajle Sellasjego, który przez dekady rządził Etiopią, okazał się tam surrealistyczny i bardzo teatralny. Skojarzył mi się z teatrem awangardowym. Nic z tego skojarzenia nie wynikało, dopóki nie natknąłem się na artykuł o Imeldzie Marcos, żonie prezydenta Filipin Ferdinanda Marcosa, który rządził od 1965 do 1986 r. Opisywał upodobanie Imeldy do zabawy w drogich i elitarnych klubach na całym świecie. I wtedy przypomniałem sobie o teatralizacji życia zamkniętego w mydlanej bańce władzy i bogactwa. I znalazłem do tego odpowiedni soundtrack - muzykę taneczną przełomu lat 70. i 80.

Tak powstało „Here Lies Love” - dwupłytowy album, który dawny lider Talking Heads nagrał do spółki z brytyjskim guru muzyki klubowej Normanem Cookiem, bardziej znanym jako Fatboy Slim.

Niedawno światową premierę miała płyta nagrana przez szwedzki duet elektroniczny The Knife do spółki z kilkoma awangardowymi artystami - „Tomorrow, In A Year”. Tu punktem wyjścia były eksperymenty duńskiej trupy Hotel Pro Forma, która zaproponowała Szwedom przygotowanie oprawy muzycznej do... opery opartej na książce Karola Darwina „O pochodzeniu gatunków”. Wystawione we wrześniu w Kopenhadze dzieło poprzedziły trwające ponad rok przygotowania, w ramach których muzycy The Knife m.in. wybrali się na specjalne warsztaty do Amazonii.

Tak w historii muzyki pop rodziły się tzw. concept albumy - płyty podporządkowane jednemu tematowi, opowiadające większą historię, z kompozycjami, które układają się w całość, o ambitnej formie, w której nie ma już miejsca na trzyminutowe piosenki.

Za autorkę pierwszych concept albumów bywa uważana wokalistka Lee Wiley - pod koniec lat 30. zaczęła wydawać płyty, na których zawsze śpiewała po osiem piosenek tylko jednego amerykańskiego kompozytora: Gershwina, Portera, Arlena, Berlina. Płyty monotematyczne wydawali folkowiec Woody Guthrie ("Dust Bowl Ballads" z 1940 r.), crooner Frank Sinatra ("Songs For Young Lovers" z 1954) czy Ray Charles (na jego płycie "The Genius Hits The Road" z 1960 każda z piosenek opowiada o innym amerykańskim stanie).

Przełomem były jednak lata 60., gdy pop zaczął aspirować do rangi sztuki wysokiej, a w roli głównego nośnika singla zastąpił umożliwiający bardziej rozbudowaną wypowiedź longplay. Skomplikowana forma czy połączone tematycznie piosenki - wśród najważniejszych concept albumów tej dekady znajdziemy tytuły tak ważne dla historii muzyki rockowej jak „Pet Sounds” grupy The Beach Boys czy „Freak Out!” zespołu Franka Zappy The Mothers Of Inventions. Za najważniejsze dzieło tego typu bywa uważany „Sgt. Pepper's Lonely Heart Club Band” Beatlesów. Nagrany dwa lata później „Tommy” zespołu The Who to już nawet nie concept album, ale rock- opera - historia niewidomego chłopaka, który staje się mistrzem gry w elektryczny bilard z piosenkami niczym arie rozpisanymi na kolejnych bohaterów.

Kolejna dekada przyniosła dzieła jeszcze bardziej pełne pretensji. Muzyka rockowa żeglowała w kierunku rozbudowanych form i wielominutowych instrumentalnych popisów, czego konsekwencją były takie dzieła jak „The Lamb Lies Down On Broadway” - rozgrywająca się w Nowym Jorku historia pełna dziwacznych, surrealistycznych stworów nagrana przez Genesis, solowy album klawiszowca formacji Yes Ricka Wakemana „Journey To The Centre Of The Earth” oparty na powieści Juliusza Verne'a czy w końcu „The Wall” Pink Floyd, na której lider grupy Roger Waters rozliczał się ze swoich obsesji - śmierci ojca w czasie wojny i własnego poczucia alienacji.

To właśnie z takich rozbuchanych formalnie produkcji, których tematem było albo nadęte ego liderów zespołów, albo fantastyczne opowieści o smokach i rycerzach, nabijali się punkrockowi rebelianci, postulując powrót do prostej, rockandrollowej formy. Ale warto pamiętać, że lata 70. to również zupełnie inne concept albumy. Takie jak pełen rockowej energii „The Rise And Fall Of The Ziggy Stardust And The Spiders From Mars” wydany przez Davida Bowiego w 1972 roku czy późniejszy o rok „Berlin” Lou Reeda.

Wydawało się, że punkowa rewolta na dobre rozprawiła się z modą na nagrywanie concept albumów. Nic z tego, trend powrócił właśnie wtedy, gdy do mainstreamu w latach 90. przebił się niedawny underground - bezpośredni spadkobierca punkowych ideałów. „Automatic For The People” R.E.M. to płyta w całości poświęcona śmierci i przemijaniu. Podobną tematykę zainspirowaną rodzinną tragedią lidera zespołu porusza drugi album formacji Eels „Electro-Shock Blues”. Dwa ostatnie wydawnictwa punkowej grupy Green Day - „American Idiot” i „21st Century Breakdown” - to concept albumy opisujące polityczną i społeczną rzeczywistość współczesnej Ameryki. Płyty stanowiące zamkniętą tematyczną i muzyczną całość to nic nadzwyczajnego także na naszej scenie - taką formę mają przecież trzy pierwsze albumy zespołu Lao Che, w tym słynne „Powstanie Warszawskie”.

Zarówno "Here Lies Love", jak i "Tomorrow, In A Year" wzorcowo wpisują się w konwencję concept albumów. Do swojego przedsięwzięcia Byrne i Fatboy Slim zaprosił ponad 20 artystów. To głównie wokalistki - wśród nich Kate Pierson z B 52's i Cindy Lauper, Tori Amos i Roisin Murphy, Florence Welch z Florence & The Machine oraz Santigold. W rytm kompozycji, które stanowią przegląd stylów i gatunków muzyki tanecznej - od jazzu z ballroomów w stylu lat 40., przez salsę i rumbę aż po disco, funk i soul - w nieco musicalowej konwencji opowiadają historię pierwszej damy Filipin.

Dzieło The Knife jest zupełnie inne. Na płycie pojawiają się amerykański didżej Mount Sims, brytyjska performerka Planningtorock oraz klasyczna mezzosopranistka Kristina Wahlin Momme. Wspólnie wykreowali rzecz zdumiewającą. "Tomorrow, In A Year" balansuje na granicy muzyki konkretnej, awangardowej elektroniki, industrialu. Właściwie żaden z utworów z tej płyty nie jest klasyczną piosenką. To raczej zlepek amorficznych szumów, elektronicznych sprzężeń, dźwięków natury, operowych arii, rytmów kojarzących się z brzmieniami etnicznymi bądź muzyką dawną.

Skąd to zainteresowanie konwencją, która niedawno jeszcze niedawno uważano za szczyt obciachu? Concept album pozwala wykonawcom pop zmierzyć się z poważniejszymi ambicjami - muzycznymi, literackimi, czasem też społecznymi czy politycznymi. Tak było w latach 70. Tak jest i teraz, gdy po kilku pierwszych latach XXI wieku, gdy w muzyce rozrywkowej dominował powrót do prostoty i surowości, znów w cenie są artystyczne pozy i bardziej wyrafinowane brzmienia.

Akurat David Byrne, ale także i The Knife udowodnili już wcześniej, że w ich wypadku połączenie muzyki pop z poważniejszymi ambicjami może przynosić frapujące efekty. Dzięki temu i "Here Lies Love", i "Tomorrow, In A Year" to nie pretensjonalne, nadęte gnioty, ale albumy frapujące.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':