Dzieła zebrane (tom 1 i 2)
Ireneusz Iredyński
Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa
Mam w swojej bibliotece mocno sfatygowaną cienką książeczkę wydaną w 1975 roku. Nosi tytuł "Manipulacja" i wydaje mi się najlepszą z mikropowieści Ireneusza Iredyńskiego. Jak mało która z jego książek, więcej: być może jako jedyna, jest nadal aktualna, wciąż jej lektura daje zarówno radość, jak i refleksję.
Iredyński należy do pisarzy dziś już intensywnie zapominanych, w przeciwieństwie do ciągle żywego Hłaski (choć czy autor "Pierwszego kroku w chmurach" nadal jest czytany - tu można mieć wątpliwości). Po Hłasce pozostała barwna legenda, niedawna 40. rocznica jego śmierci została wyraźnie zauważona, po Iredyńskim także pozostała legenda, ale odnoszę wrażenie, że raczej środowiskowa, a nie ogólnonarodowa jak w przypadku Hłaski. Nieprzypadkowo wymieniam Hłaskę, bo ci dwaj pisarze wydają mi się jakoś podobni, literacko spokrewnieni, choć po Hłasce ostała się nie tylko większa legenda, ale i znaczniejszy dorobek.
Preludium do powrotu Iredyńskiego na księgarskie półki było niedawne wznowienie jego debiutu - kryminału "Ryba płynie za mordercą" napisanego pod pseudonimem Umberto Pesco. To była przygrywka, teraz mamy do czynienia z uderzeniem poważniejszym, z "Dziełami zebranymi" mianowicie.
Dobrze się stało, że Warszawska Firma Wydawnicza postanowiła Iredyńskiego, tego popadającego w zapomnienie "kaskadera literatury", przypomnieć. Jakiś czas temu ukazał się tom pierwszy, za chwilę powinien być tom drugi, a oba wciąż nie wyczerpują całości spuścizny zmarłego w 1985 roku w wieku 46 lat prozaika, poety i dramaturga.
Nie ma, niestety, w tych tomach, i jest to brak dojmujący, "Manipulacji", być może będzie w następnych, jeśli takowe się ukażą, może jest to spowodowane chronologią - "Manipulacja" to jedna z ostatnich rzeczy, które Iredyński zdążył napisać. Ale z drugiej strony tom pierwszy zamyka "Okno", dziełko stworzone jeszcze później, o wiele słabsze, momentami wręcz kabotyńskie. By zakończyć wątek edytorski, powiem jeszcze, że uderzenie byłoby mocniejsze, gdyby oba tomy, a może nawet i trzy, ukazały się jednocześnie. Niedawno opublikowano "Chamowo" Mirona Białoszewskiego i prawie nikt nie zauważył, że to jedenasty tom jego "Dzieł zebranych". Kiedy ukazał się tom pierwszy - jak sądzę, nikt już nie pamięta.
Czy ta proza się dzisiaj broni, jak się czyta po latach, oderwana od dawnych mód czytelniczych, czytana na chłodno, z dystansu? Czytam oba tomy "Dzieł zebranych" i momentami prawie się zachwycam, bo był Iredyński zjawiskiem w polskiej literaturze, ale chwilami popadam w konfuzję, kiedy słyszę zgrzyty, pretensjonalne tony, pozerskie zagrywki.
Z tych dwóch tomów zwycięstwo należy się pierwszemu, gdzie znajdujemy kanoniczne teksty: "Dzień oszusta" i "Ukrytego w słońcu". Tom drugi jest słabszy nie tylko dlatego, że proponuje rzeczy mniej znane. Jego tematem przewodnim są "Związki uczuciowe" i rzeczywiście - dwie dłuższe prozy: "Armelle" i "Fascynacja" oraz króciutki "Koniec i początek" oscylują wokół relacji damsko-męskich. W oldskulowym, że tak powiem kolokwialnie, ujęciu.
Jasne, nie jest to wątek nowy ani osobny w pisarstwie Iredyńskiego, przecież zarówno "Dzień oszusta", jak i "Ukryty w słońcu" także kręcą się wokół tych spraw, ale literacko wydają mi się o wiele bardziej interesujące, bo świadczą o niewątpliwym talencie, niestety, nie do końca spełnionym. Czy przedwczesna śmierć spowodowana alkoholizmem nie pozwoliła mu osiągnąć przyszłej arcydzielności, co by sobą prezentował dziś 70-letni Iredyński? Czy byłby czołowym naszym prozaikiem, autorem jakiejś Wielkiej Polskiej Powieści, czy wręcz przeciwnie, poszedłby drogą płaczliwej pretensjonalności spod znaku "Okna"?
Iredyński stworzył łatwo rozpoznawalnego bohatera swojej prozy, wyalienowanego nadwrażliwca pozującego na cynika, powiedzmy sobie szczerze - figurę literacko dziś dość banalną, wyświechtaną. Ten "oszust" żyje z boku, ostentacyjnie nie zgadza się na akces do socjalistycznego społeczeństwa i chromoli socjalistyczną moralność. Można więc uznać, że jego kabotyński bunt w rzeczywistości jest buntem przeciw systemowi, gdyby nie to, że po prawdzie wpisuje się on w model PRL-owskiej bohemy. Żyje zatem niby własnym osobnym życiem, raczej wewnętrznym, bowiem jego życie zewnętrzne ogranicza się głównie do picia, palenia, umiarkowanego chędożenia, względnie mordobicia. Z dzisiejszej perspektywy to postać jak z literackiego parku jurajskiego.
Bohater Iredyńskiego jest samotnikiem, artystą, a może raczej kimś, kto na artystę pozuje, kto do bycia artystą aspiruje, lubi pięknie milczeć, usta otwiera głównie po to, aby wlać w nie kolejną setkę, stara się wytworzyć wokół siebie atmosferę tajemnicy, ale kiedy zedrzeć z niego ową siatkę maskującą, ukaże się człowiek przestraszony, niepewny siebie, nieudacznik cierpiący na uwiąd twórczy i na jeszcze bardziej dojmujący uwiąd emocjonalny. Odrzuca on miłość kobiet, bo poświęca się sztuce, pisząc, jak w jednej z nowel, "księgę ksiąg". Kiedy jednak słyszę sformułowanie "księga ksiąg", nerwowo zaczynam szukać niszczarki dokumentów.
Bohater Iredyńskiego potrafi być też oczywiście szaleńczo zakochanym młodym mężczyzną, tak jak student socjologii Piotr w noweli "Armelle", który poznaje w pociągu podmiejskim zjawiskową 24-latkę i idzie z nią do tajemniczego domu w podwarszawskiej miejscowości, gdzie popada w miłosny obłęd. Ma ponownie przyjść następnego dnia, ale nie potrafi znaleźć tego domu, a spośród okolicznych mieszkańców nikt nie zna owej dziewczyny. Zamieszkuje więc na dworcu, czekając, aż anonimowa piękność wysiądzie z któregoś pociągu, przez mieszkańców miasteczka uznany zostaje za wariata, dzieci obrzucają go kamieniami, a lokalny milicjant namawia go do natychmiastowego wyjazdu. Można oczywiście uznać to opowiadanie za hymn o potędze miłości, gdyby nie to, że jest to miłość własna, miłość do własnego zakochania. Przecież ów pozorny nieszczęśnik tak naprawdę nie owej dziewczyny szuka, która być może wcale nie istnieje, ale chce się wzruszyć samym sobą. Chce cierpieć, bo wydaje mu się, że w ten sposób stanie się kimś bardziej wartościowym. Taki właściwie jest bohater każdej mikropowieści Iredyńskiego.
Iredyński często balansował niebezpiecznie na granicy kiczu, ale potrafił bywać też autoironiczny, jak w "Fascynacji", gdzie pojawia się pisarz Ireneusz, który "pije sto dwudziesty trzeci dzień". Ów Ireneusz wydał wiele lat temu świetnie przyjętą książkę, ale wciąż nie potrafi napisać następnej, płynie na opadającej fali dawnych zachwytów. Bohaterowie Iredyńskiego żyją wyłącznie rojeniami.
Artystą, tym razem rzeźbiarzem, jest też bohater "Manipulacji", jako się rzekło, mikropowieści (Iredyński nigdy nie zamachnął się na utwór poza mikropowieść czy też dłuższą nowelę sięgający). To artystyczny hochsztapler o nazwisku Pękała, który psim swędem dostaje stypendium w Szwajcarii, gdzie ma wystawić swoje instalacje zwane "Nogami". Niepewny, jak wszyscy bohaterowie Iredyńskiego, swojej wartości, zachowuje się kabotyńsko, pozuje na dzikiego Słowianina, goli sobie głowę tak, by fryzura układała się w kształt krzyża, nie znając języków, będąc wyobcowanym i samotnym, wchodzi przypadkiem w relacje z młodzieżową bojówką komunistyczną, która - omamiona miazmatami rewolucji spod znaku włoskich Czerwonych Brygad czy niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii - dąży do zbrojnego obalenia szwajcarskiej neutralnej mieszczańskości. Jednocześnie jest artystycznym oszustem, który nic nie ma do powiedzenia, jedynie mami głupkowatych, zachwyconych jego wschodnią egzotycznością, kuratorów. Gdzie jest granica między sztuką a hochsztaplerstwem, jak łatwo dać się omamić rewolucyjnym liczmanom, zastanawiał się w tej powieści Iredyński. Dlatego właśnie ta cienka książeczka wciąż wydaje mi się aktualna, może nawet jeszcze bardziej na czasie, niż w 1975 roku.
Iredyńskiego warto czytać w kontekście czasów, kiedy pisał, czasów, kiedy bycie pisarzem oznaczało (jeśli chciało się być w dobrym guście) potężne picie wódki w spelunkach oraz okładanie się po twarzach w stanie upojenia. Taki był fason, można powiedzieć, a PRL-owska, gomułkowska i gierkowska rzeczywistość temu nad wyraz sprzyjała. Były to czasy, kiedy dla pisarzy, a zatem także dla bohaterów ich próz, równie ważne jak stworzenie pięknej frazy, było udane wyprowadzenie prawego sierpowego.
Pytanie, czy powracający po latach na rynek Iredyński zadomowi się na nim na dłużej, pozostaje otwarte. Ze wskazaniem jednak na odpowiedź przeczącą.
Źródło: Gazeta Wyborcza