http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Koniec sztuki szoku

Zbigniew Basara
2010-04-01, ostatnia aktualizacja 2010-03-31 17:55

Artyści znów stawiają na rzemiosło - tak można podsumować tegoroczne biennale w nowojorskim Whitney Museum, najważniejszą wystawę amerykańskiej sztuki współczesnej, która odbywa się od 75 lat

ZOBACZ TAKŻE
Trwające do końca maja biennale ma w tym roku - jak na czas recesji przystało - skromniejszy charakter niż poprzednie pokazy. Słynny włoski kurator Francesco Bonami, który siedem lat temu zorganizował biennale weneckie, oraz młodszy od niego o pokolenie Gary Carrion-Murayari z Whitney Museum zaprosili 55 artystów - niemal dwa razy mniej niż dwa lata temu. Wśród 15 nowojorczyków jest dwoje Polaków mieszkających tu od lat - Piotr Uklański oraz Ania Soliman.

Po raz pierwszy w historii biennale większość autorów stanowią kobiety i po raz pierwszy kuratorzy zrezygnowali z wybicia w tytule jakiejś dominującej tendencji - show nazywa się po prostu "2010". Kryzys wymusił także ingerencję w "dzieło" konceptualisty Michaela Ashera, który proponował, aby przez tydzień placówka była otwarta dla zwiedzających przez 24 godziny na dobę. "Ze względów budżetowych dyrekcja muzeum zmuszona jest skrócić ten okres do trzech dni" - czytamy w specjalnym komunikacie.

W katalogu wystawy Bonami i Carrion-Murayari pompatycznie deklarują, że ostatnie dwa lata "oznaczały potężną zmianę klimatu społecznego w USA. Po okresie politycznego oporu nadszedł czas ekstazy, a zwycięstwo Baracka Obamy można porównać do ulewy z burzowej chmury, która skąpała w odnowie cały naród". Zdaniem kuratorów artyści odkrywają na nowo, że indywidualny gest może wywołać społeczną zmianę. Jak jednak podkreślają recenzenci amerykańskich gazet oraz popularni blogerzy, większość prezentowanych na pięciu piętrach muzeum dzieł pozbawiona jest "społecznikowskiego" charakteru.

Odejście od sztuki zwanej zaangażowaną (lub krytyczną) oznacza także schyłek sztuki spektaklu, hecy i szoku. Dominuje zwrot ku introspekcji. Najlepiej widać to na przykładzie malarstwa abstrakcyjnego wypełniającego pierwsze piętro. Jak napisał recenzent „New York Timesa” Holland Cotter, artyści stawiają na rzemiosło oraz dekoracyjność - z dumą prezentują nam pozbawiony znaczenia piękny przedmiot. Tauba Auerbach składa płótno, po czym maluje jego pomarszczoną powierzchnię w iluzorycznym stylu. Lesley Vanace w swoich miniaturach inspiruje się XVII-wiecznymi hiszpańskimi martwymi naturami. Jeśli więc można tu mówić o jakimś związku z epoką Obamy, to raczej w kontekście wycofania się artysty do pracowni po spełnieniu obywatelskiego obowiązku przy urnie.

Drugie piętro oddano sztuce wideo oraz performance. Żartobliwie feministyczne "Stojąc tutaj" Kate Gilmore to zapis akcji, podczas której ubrana w koktajlową sukienkę i szpilki nowojorska artystka wspina się po ścianach wysokiego na 4,5 metra szybu, wybijając obcasami w jego ścianach kolejne otwory-szczeble. W pracy wideo "Detroit" pochodzącego z Holandii Ariego Marcopoulosa dwaj chłopcy w pokoju dziecinnym za pomocą przystawek do gitary basowej produkują kakofonię dźwięków kojarzącą się z występami hardcore'owych zespołów metalowych.

Z tendencji stawiającej na sztukę czystą i introspekcję wyłamują się dwa głośne już fotoreportaże. Nina Berman w "Marine Wedding" opowiada o życiu sierżanta Ty Ziegela, który w Iraku padł ofiarą wybuchu miny i którego twarz po 50 operacjach przypomina wciąż jedną wielką bliznę. Puentę fotoreportażu stanowi ślubne zdjęcie Ziegela z narzeczoną, na którym patrzą w przeciwnych kierunkach - jak informuje napis, kilka miesięcy później para postanowiła się rozwieść. Stephanie Sinclair w serii zdjęć z Afganistanu "Wołanie o pomoc" pokazuje pokaleczone ciała kobiet, które wybrały samospalenie, by uniknąć upokorzenia w zaaranżowanych małżeństwach.

"Głównym tematem tego biennale jest Ameryka" - pisze krytyk magazynu "New York" David Weiner. "Bo czy Irak i Afganistan nie stanowią od kilku lat części naszego kraju?" Najczęściej opisywanym dziełem sztuki z tegorocznego biennale jest instalacja "Kochamy Amerykę, a Ameryka kocha nas" anonimowej kooperatywy artystycznej The Bruce High Quality Foundation (BHQF). To klasyczny cadillac przypominający skrzyżowanie ambulansu i karawanu. Na jego przednią szybę rzutowany jest montaż popularnych filmów i wideo z YouTube oraz scen z telewizyjnych serwisów informacyjnych. W tle aktorka czyta podniosłym głosem poemat, którego bohater przywołuje Amerykę a to jako niewiernego kochanka, a to utraconego członka rodziny.

„Stanąłem przed tą instalacją jak wryty - pisze Holland Cotter w „New York Timesie”. „Artyści zabrali mnie w podróż przez najważniejsze wydarzenia historyczne, jakich byłem świadkiem”. „ »Kochamy Amerykę « w nieporadny i wulgarny sposób potwierdza stereotyp, że istotę Ameryki można znaleźć w klasycznych przejawach amerykańskiej kultury popularnej” - zżyma się z kolei Kriston Capps, recenzent brytyjskiego „Guardiana”.

Krytycy sporo uwagi poświęcają monumentalnej instalacji Piotra Uklańskiego, która otwiera tegoroczne biennale. Wychodzący z wind na trzecim piętrze widzowie stają naprzeciw szerokiej na ponad 12 metrów workowatej tkaniny z dziurami jakby wyjedzonymi przez mole - to gobelin zatytułowany przez artystę "Rok, w którym nawiązaliśmy kontakt". Po lewej stronie stoi przed nią "Czerwony karzeł", czyli płaskorzeźba w kształcie koła, pokryta wyciskaną z olbrzymiej tuby krwistoczerwoną farbą - przypomina to trochę gigantyczne serce wydarte z piersi jakiegoś monstrum.

Recenzentowi z dziennika "Star Ledger" instalacja polskiego artysty skojarzyła się ze scenografią z broadwayowskiego musicalu "Król Lew" według filmu Disneya. Krytykowi popularnego tygodnika "Time Out" - z hołdem złożonym spektaklom Józefa Szajny i Tadeusza Kantora z lat 60. i 70. Zdaniem Petera Schjeldahla, recenzenta prestiżowego "New Yorkera", instalacja Uklańskiego "była jednym z kilku chwalebnych wyjątków na tym biennale, którego organizatorzy najwyraźniej nie chcieli narażać się estetycznym apetytom publiczności, a może nawet postanowili je wprowadzić w stan uśpienia".

Na pograniczu sztuki abstrakcyjnej i zaangażowanej sytuuje się praca "Rozprawa na temat naturalnego obiektu: Ananas" Ani Soliman. Urodzona w Warszawie, mieszkająca w Nowym Jorku i Bazylei artystka debiutowała w nowojorskim Centrum Rysunku w 2000 roku wystawą rysunku "Biohazard" zainspirowaną programem telewizyjnym o współczesnych epidemiach i ich obrazie w mediach. Na tegoroczne biennale artystka stworzyła jakby własną encyklopedię ananasa, łącząc 26 montaży obrazów z internetu (po jednym na każdą literę alfabetu) z hasłami, które zderzają nasze wyobrażenia o słonecznej egzotyce z historyczną prawdą o roli, jaką w uprawie ananasów odgrywali czarni niewolnicy z Karaibów. "Wybrałam ananasa ze względu na rolę, jaką odgrywał w zaanektowaniu Hawajów przez USA" - mówi Soliman, która jako córka Polki i Egipcjanina wyrosła pomiędzy Irakiem, Europą a USA. "W Europie ananas uważany był za luksus i stał się symbolem kolonialnego zasięgu królewskiej władzy".

Ocena tegorocznego biennale jest tym ostrzejsza, im bardziej krytyk hołduje przekonaniu, że sztuka powinna być barometrem nastrojów społecznych i rzecznikiem zmiany. „Wystawa wydaje się zorganizowana pod nowojorski rynek sztuki, na którym - o ile tylko obiekt dobrze wygląda i znajdzie się nań bogaty nabywca - można go uznać za »dzieło «”- pisze Blake Gopnik w „Washington Post”. „Wygląda na to, że amerykańscy artyści nie wiedzą, co dalej ze sobą począć, ale - jak my wszyscy - wykonują wciąż puste gesty”. Z kolei w „New Tork Timesie” czytamy: „Po raz pierwszy od lat Whitney Biennale nie składa obietnic bez pokrycia, a kuratorom należą się wysokie noty za solidną i rozważnie dobraną wystawę”.

Jedno jest pewne: kuratorzy Whitney Biennale potrafili dotychczas bezbłędnie wyłowić najciekawszych twórców. Na ekspozycji "Co zostało z poprzednich biennale w stałej kolekcji" można znaleźć wszystkie nazwiska z podręcznika XX-wiecznej historii sztuki - od Edwarda Hoppera przez Jacksona Pollocka po Matthew Barneya.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy