http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wydawca kalendarza: Jestem po stronie artysty

Rozmawiał Roman Pawłowski
2010-04-01, ostatnia aktualizacja 2010-03-31 17:52

Rozmowa z Andrzejem Mireckim, wydawcą kalendarza "Polskie Otchłanie" z ilustracjami Tomasza Kozaka, uznanymi przez sąd za sprzeczne z zasadami współżycia społecznego

Roman Pawłowski: Sąd Rejonowy dla Krakowa-Podgórza uznał, że nie musi pan płacić honorarium za prace Tomasza Kozaka zamieszczone w wydanym przez pańskie wydawnictwo kalendarzu, ponieważ naruszają one "zasady współżycia społecznego". Zgadza się pan z tym wyrokiem?

Andrzej Mirecki: Absolutnie nie, wyrok jest absurdalny. Sąd nie może oceniać wartości prac artystycznych.

Krytykuje pan wyrok, mimo że jest dla pana korzystny?

- To nie o to chodzi. Nasz spór z artystą ma podłoże gospodarcze, w sprawie wolności artystycznej jesteśmy po jednej stronie. Byłem zaangażowany w podziemny ruch wydawniczy w latach 80., wydawałem poza cenzurą Miłosza, Giedroycia i Władimira Bukowskiego, doskonale wiem, co to znaczy cenzura i wolność artysty.

Dlaczego postanowił pan wydać prace Kozaka?

- Jestem jego fanem, widziałem jego prace w BWA w Krakowie, a że wydaję kalendarze, postanowiłem je wydrukować. Poza tym zbliżyły nas zainteresowania literackie, wydałem "Pieśni Maldorora" Lautréamonta, które ceni także pan Kozak.

Na czym polegał wasz spór?

- Artysta podczas pracy nad kalendarzem przebywał w Niemczech na wystawach i nie miał możliwości zaakceptowania kolorów. Po powrocie zobaczył kalendarz i zażądał jego wycofania ze względu na rozbieżności kolorystyczne jednej z prac. Spełniłem jego życzenie.

Ile się sprzedało?

- Z 2 tys. nakładu około 200. Wbrew temu, co piszecie, nic na tym nie skorzystałem, jeszcze dołożyłem kilkanaście tysięcy na druk i oprawę.

Dlaczego nie zapłacił pan honorarium artyście mimo nakazu sądu?

- Nasza umowa dotyczyła wydania dwóch kalendarzy, pan Kozak nie dostarczył materiałów na drugi. Dlatego wniosłem sprzeciw. Niestety, sąd zamiast oceniać sprawę rozwiązania umowy, zaczął oceniać zawartość artystyczną prac.

Nie doszłoby do tego, gdyby pan się nie odwoływał.

- Nie wiedziałem, że sąd pójdzie w tym kierunku. Kiedy w 2007 roku sąd złożył doniesienie do prokuratury o tym, że prace nasuwają podejrzenie przestępstwa przeciwko porządkowi publicznemu i obyczajności, znalazłem się po tej samej stronie co autor. Próbowałem zainteresować tym media, ale tylko tygodnik "Nie" zamieścił na ten temat artykuł "Sąd walnął w kalendarz".

Próbował pan porozumieć się z artystą, skoro znaleźliście się po jednej stronie?

- Próbowałem to jakoś załagodzić, ale się nie udało. Pan Kozak był dla mnie niedostępny.

Nie uważa pan, że jednak źle się stało? Brak porozumienia doprowadził do kuriozalnego wyroku, który może stać się młotem na wolność artystyczną.

- Absolutnie tak. Wyrok został uchylony, a sprawa skierowana do ponownego rozpatrzenia przez sąd okręgowy. Biję się w piersi, moja wina. Przykro mi, że to się tak potoczyło. Mam nadzieję, że wyrok sądu okręgowego nie będzie już dotyczył oceny prac pana Tomasza Kozaka.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów