W swojej zielonej, komandoskiej kurtce idzie Nowym Światem, który jest prawie pusty, jak wymieciony (filmowano o świcie). Oglądamy Warszawę z perspektywy autora "Wniebowstąpienia" i "Małej apokalipsy": balkon na Wareckiej, z którego widać Pałac Kultury, kawiarnia Czytelnika, do której przychodzi, też pusta, z krzesłami poustawianymi na stolikach.
- Osamotniłem się - tłumaczy z ironicznym uśmiechem Andrzejowi Łapickiemu. - Zrozumiałem, że żyję raz. W kokonie własnej autonomii. Przestałem się przysłuchiwać złośliwym demagogom. Zdałem się na własne siły. Który to już raz?
Ten film jest świadectwem nie tyle samotności pisarza, co jego niebywale silnej obecności. Chociaż od lat nie pisze, kiedy go się słucha, jakby się czytało jego książkę. Jakby on sam był taką żywą książką.
W filmowym monologu jako odbicie służą mu bliskie postacie:
Adam Michnik, z którym wjeżdża na 30. piętro Pałacu Kultury, żeby spojrzeć z góry na Warszawę i zobaczyć Wilno, literaturoznawca Stanisław Bereś, który w latach 80. spisał jego słynną spowiedź "Pół wieku czyśćca", filmoznawca Tadeusz Lubelski.
Jest tu cały Konwicki, jakiego znamy. W jego czujnym spojrzeniu przebija pewien rys, o którym napomyka przed kamerą córka Maria: "Bo my z ojcem jesteśmy mistykami... jak coś nie ma przebicia na inny wymiar, to nas to mało interesuje...".
Dziś widać, że ten "inny wymiar" był obecny w całej twórczości Konwickiego zawsze. Nasz dziejowy dramat toczy się na małej scence, za jej kulisami jest kosmos, do którego mamy dostęp poprzez własną świadomość. Realizm Konwickiego jest podszyty rodzajem "fantasy", która pozwala mu mieszać czas i przestrzeń, spoglądać na świat z perspektywy satelitarnego zdjęcia.
Zawsze był zwrócony w przyszłość, teraz też. Nie tylko ironia starego człowieka dyktuje mu w filmie słowa, że "miewa poczucie, jakby patrzył na planetę z lotu ptaka". - I jaka jest wtedy główna myśl? - dopytuje Bereś. Konwicki spogląda na niego szelmowsko: "Żeby się wydostać stąd jak najszybciej, przenieść w coś, o czym nie mamy pojęcia.
Motyw osamotnienia, pustki, która jest zarazem chaosem i wolnością, powraca w tej fascynującej opowieści Konwickiego kilkakrotnie. W 1945 jako repatriant z Wilna znalazł się w Krakowie. "Świat przedwojenny zdruzgotany. Uczucie, że trzeba zaczynać wszystko od nowa. Co robić?". Po raz pierwszy Konwicki ujawnia, że w tej powojennej pustce "uderzył w dewocję", że myślał nawet o seminarium duchownym. Brał też pod uwagę ucieczkę na Zachód. W Warszawie "zaczął się oswajać z możliwością socjalizmu".
Drugi moment osamotnienia przyszedł po 1956, gdy zawaliła się iluzja sprawiedliwego ustroju i ci sami, którzy kiedyś wpajali młodemu wilnianinowi z AK zasady nowej, komunistycznej wiary, teraz pukali się w czoło: Tyś w to wszystko wierzył? "Osamotnił się" wtedy po raz kolejny, "zmienił zawód", został reżyserem i wylądował na pustej bałtyckiej plaży z maleńką ekipą, kręcąc "Ostatni dzień lata".
Czytam go od lat. Wtedy i teraz. Autor "Sennika współczesnego" uczył swoich czytelników takiej wrażliwości na świat, takiej wiary, która nie byłaby podszyta kiczem ani ideologią. Traktowaliśmy go jak proroka. Uświadamiał nam, że świat, w jakim żyjemy, jest "konstrukcją pudełek zamkniętych w innych pudełkach". Uczestnicząc w konwulsjach powojennej Polski, Konwicki w nie mniejszym stopniu niż Gombrowicz pomagał polskiemu inteligentowi wydobyć się z pułapki zastawianej przez historię. Rozczarowany do starych ideologii (szkolny Mickiewiczowski mesjanizm runął, gdy jako partyzant musiał uczestniczyć w egzekucji zdrajcy), uległ nowym (komunizm z jego obietnicą pokoju światowego i niwelacji konfliktów społecznych), ale i tę wiarę przed trzydziestką utracił. I wtedy, w zbawiennym osamotnieniu, narodził się ponownie jako pisarz i autor filmowy. Kiedy teraz na niego patrzę, mam wrażenie, że stary Konwicki nieustannie się rodzi.
Myślę, że jako pisarz pozostanie najważniejszym świadkiem powojennej Polski. W jego debiutanckim opowiadaniu "Kapral Koziołek i ja", które poznaliśmy dopiero niedawno w zbiorze "Wiatr i pył", jest niesamowity przebłysk wyższej świadomości, który naznacza całą późniejszą twórczość Konwickiego: moment egzekucji Niemców uświadamia mu, że tamci zabijani, wrogowie, to w pewnym sensie my sami.
Emisja tego filmu w
TVP będzie wydarzeniem. Kto tak dziś z nami rozmawia? Kto w swojej twórczości tak umie wiązać przeszłość i przyszłość? Wykraczać poza polski prowincjonalizm? Autor "Kompleksu polskiego" nie popada w sprzeczność, kiedy wyznaje, że z jednej strony nie żałuje dawnego zaangażowania (błędy bywają korzystne), a z drugiej strony - wciąż czuje się odpowiedzialny za PRL. W tym zawiera się cały sens jego pisarstwa - w połączeniu staroświeckiego poczucia winy z odpowiedzialnością za drugiego człowieka, za kraj, za świat.
"Co ja tu robię (Tadeusz Konwicki)", film dok., Polska 2010, czwartek 1 kwietnia, TVP 2 g. 22.40
Książki wybrane Tadeusza Konwickiego
Unikalna, nowa kolekcja Gazety Wyborczej, obejmująca wszystkie najważniejsze utwory prozatorskie Tadeusza Konwickiego. 12 tomów serii obejmuje 17 tytułów - niemal cały dorobek Pisarza. Jest to pierwsze zbiorowe wydanie dzieł Tadeusza Konwickiego oraz pierwsze tak drobiazgowo zrekonstruowane na podstawie rękopisów.
Zamów w Kulturalnym Sklepie