Tak naprawdę nie miał na drugie imię Teodor - jako młody drapieżny publicysta w latach 50. posługiwał się pseudonimem "KAT". Gdy zbliżała się trzydziestka, Toeplitz uznał, że to jednak brzmi niepoważnie. Tak narodził się "KTT".
To drugie imię to wyraz uznania dla słynnego dziadka - Teodora Toeplitza. W czasach PRL bywało i tak, że jedna literka oznaczała deklarację polityczną: w tym wypadku deklarację ideowego pokrewieństwa z lewicową tradycją obecną nad Wisłą, zanim dojechały tu radzieckie czołgi.
Teodor Toeplitz był działaczem przedwojennej PPS, warszawskim radnym i ojcem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Dzięki swoim koneksjom wśród włoskiej finansjery (rodzinie Toeplitzów zawdzięczamy pojawienie się przed wojną marki "polski Fiat", o tym m.in. w książce "Rodzina Toeplitzów. Książka mojego ojca", 2004), załatwił dolarowy kredyt z Banca Commerciale Italiana, dzięki któremu spółdzielnia mogła zacząć budowę utopijnego osiedla należącego do samych lokatorów.
Teodor Toeplitz pisał w 1931 r., że właściciel
nieruchomości jest tylko szkodliwym pośrednikiem między kapitałem bankowym a czynszem lokatora. Gdy czytałem te słowa po raz pierwszy w PRL, wydawały mi się przesadą. Dziś, kiedy wielu moich znajomych wynajmuje
mieszkania kupione na kredyt hipoteczny, wydają mi się trafną analizą kapitalizmu. Tak czy siak, osiedle WSM wybudowane bez owego szkodliwego pośrednika stoi do dziś i należy do najbardziej prestiżowych adresów w stolicy.
W czasach PRL tradycja przedwojennej PPS i ruchu spółdzielczego zawsze traktowana była w oficjalnej ideologii ze skrajną nieufnością. Z jednej strony pokrętnie próbowano Żeromskiego z Limanowskim na siłę wbudować do oficjalnej propagandowej retoryki, jako niemalże proroków przepowiadających nadejście Polski Ludowej.
Z drugiej - uważano PPS za organizację "obiektywnie" reakcyjną, bo zbyt przywiązaną do "niepodległościowych i demokratycznych mrzonek". Zbyt otwarte przyznawanie się do tradycji lewicy innej niż komunistyczna nikomu w karierze nie mogło pomóc.
Toeplitz zaczął pisać jeszcze jako student w pismach młodzieżowych: "Walce Młodych" i "Po Prostu", ale markę zdolnego publicysty wyrobił sobie na łamach pisma "Nowa Kultura".
Na jego łamach publikowali tacy autorzy, jak Wiktor Woroszylski,
Leszek Kołakowski, Tadeusz Konwicki. To tutaj w 1955 r. ukazał się "Poemat dla dorosłych" Adama Ważyka, rozpoczynając odwilż w kulturze polskiej. Likwidacja pisma w 1959 r. była jej faktycznym zakończeniem.
Część publicystów "Nowej Kultury" w latach 60. zaczęła przechodzić do krystalizującej się opozycji demokratycznej. Sam Toeplitz nigdy się do niej nie przyłączył. W 1989 r. podczas obrad Okrągłego Stołu reprezentował PZPR-owską stronę.Toeplitz uważał siebie za człowieka, którego zawód związany jest z polską kulturą - jej komentowaniem i tworzeniem (w 1958 r. zrealizowano pierwszy film według jego scenariusza: "Pan Anatol szuka miliona").
Miał w opozycji wielu przyjaciół, ale nigdy się do nich nie przyłączył. Jednak niejeden dzisiejszy polski antykomunista z oferty "last minute" takie represje, jakim poddawany był Toeplitz - odmowa paszportu, blokowanie awansu, blokowanie druku - przedstawia nieledwie jako zesłanie na Sybir.
Toeplitz był człowiekiem o ogromnym, niebanalnym poczuciu humoru. W latach 1969-75 kierował satyrycznym tygodnikiem "Szpilki", na łamach którego wylansował m.in. Andrzeja Mleczkę i Andrzeja Dudzińskiego. W "Szpilkach" pierwodruk miały też satyryczne perełki Stanisława Lema: "Profesor A. Dońda" i "Kongres futurologiczny".
Do dzisiaj, chcąc opisać absurdy PRL, cytujemy - jeśli nie Bareję - to właśnie "Czterdziestolatka" według scenariusza Toeplitza. Ba, "Gorączka" Agnieszki Holland, film o środowisku nielegalnej PPS w zaborze rosyjskim, bywała odbierana niemalże jako manifest polityczny trwającego właśnie karnawału "Solidarności". To też był scenariusz Toeplitza.
W trzy miesiące po premierze "Gorączki" wprowadzono stan wojenny i nic już w Polsce nie mogło być szare, każdy musiał być albo za, albo przeciw. Toeplitz, jak wiadomo, stanął po stronie władzy.
Moje pokolenie nigdy nie mogło mu tego wybaczyć, choć jednocześnie dla mnie książki Toeplitza - jego "Sztuka komiksu", "Mieszkańcy masowej wyobraźni", "Akyrema" czy "Notatnik leniwego kinomana" - już wtedy były ważnymi podręcznikami rozumienia popkultury. Czytałem wtedy Toeplitza tak jak Kałużyńskiego czy Passenta, nie zgadzając się z ich bieżącymi wyborami politycznymi, ale szanując ich talent i erudycję.
Od 1983 roku Toeplitz współpracował z "Polityką". Był także felietonistą "Przeglądu" i "Trybuny".
Ostatnią jego książką był "Tytoniowy szlak", niezwykły esej o kulturowej historii palenia, przypominający "Księgę herbaty" Okakura Kakuzo czy "Prawdziwą historię czekolady" małżeństwa Coe. Książka jest manifestem w obronie palenia tytoniu, podkreślającym rolę tego nałogu w tworzeniu kultury współczesnej. Znów, jak za dawnych czasów, czytałem Toeplitza, gwałtownie nie zgadzając się z nim - ale szanując talent i erudycję, którymi ta książka zniewala.
W latach 1994-98 Toeplitz był redaktorem naczelnym tygodnika "Wiadomości Kulturalne", moim szefem tam. Gdy chciałem się z nim spierać o jego postawę w stanie wojennym, zwykle ucinał rozmowę, mówiąc: "Pan poczeka, aż tu trochę porządzi endecja, wtedy wróćmy do tego tematu". Żałuję, że po upadku IV RP nie było już okazji, bo to jednak byłaby teraz inna rozmowa...