A jednak czytając powieść o przypadkach mecenasa Guida Guerrieri z włoskiego Bari, przypomniał mi się, ot tak, Philip Marlowe.
Wprawdzie Guerrieri nie bije w mordę, nie nosi gnata i nie znajduje trupów, a jeśli pije, to raczej umiarkowanie, ani nie wałęsa się nocami po podejrzanych zaułkach, nie wyciera się po spelunkach, nie śledzi szwarccharakterów do białego rana. Jednak mimo to ma z prywatnym detektywem z LA wiele wspólnego - jak się czegoś uczepi niczym buldog, to nie popuści, aż nie dopnie swego.
Tak samo jak bohater Chandlera potrafi się odszczeknąć, docisnąć do muru. Nie gardzi ludźmi z marginesu. Nie ma szczęścia - znów podobieństwo - do kobiet, za to ma pustą lodówkę. Lubi wplątywać się w kłopoty, bo kłopoty - wiadomo - to jego specjalność. Popełnia błędy, bywa świnią, ale przynajmniej o tym wie i nie szuka taniego rozgrzeszenia (bo namiętność, fascynacja, stan umysłu, bo ktoś mu zrobił niezasłużone kuku, bo nie wie, na czym stoi - co dobre, a co złe). Słowem - podobnie jak Marlowe - Guido Guerrieri ma zasady. Twardy chłop o gołębim sercu, z tęsknotami samotnego czterdziestolatka i świadomością własnych ograniczeń. Dlatego wiemy już od pierwszego zdania, że wszystko w tym kryminale skończy się raczej dobrze. Ale jak się skończy w szczegółach?
Jaki zbieg okoliczności może uratować faceta, u którego w samochodzie znaleziono kokainę w ilościach przemysłowych, a to były faszysta zamieszany w nożownicze bójki? Zresztą przemytnik przyznał się, że kokaina to jego własność. I nagle doszedł do wniosku, że nie chce odsiadywać kilkunastoletniego wyroku. Jest jasne jak słońce, że nic go nie zbawi. Chyba że mecenas Guerrieri.
Choć to przecież powieść, bujda na resorach, mamy wrażenie, że w tej książce jest prawda i tylko prawda. Gianrico Carofiglio wie, o czym pisze - sam jest prokuratorem występującym w procesach przeciwko handlarzom narkotyków i ludzi. Zna rzeczywistość sądowych sal, procedury, a także zasadę, że jeśli przed obliczem sądu mówi się za długo, nawet w słusznej sprawie, to słuszna sprawa przegrana, bo sąd spieszy się na
obiad. Wie, jakie argumenty trafiają do policjantów, a jakie do prokuratorów. Zresztą o prokuratorach nie ma chyba najlepszego zdania. Ci z jego książki to raczej typki dość miałkie.
A że na dodatek los dał prokuratorowi Carofiglio pisarską żyłkę, rzecz się czyta. Intryga zmyślna. Dialogi wartkie. Realia Bari odmalowane z należytą szczegółowością. I jeszcze egzotyczna, piękna kobieta. Aż chciałoby się być mecenasem Guerrierim.
Ponad wszelką wątpliwość, Gianrico Carofiglio, przeł. Joanna Wachowiak-Finlaison, W.A.B., Warszawa