http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Prom przez kanał la Manche, Arłow, Uładzimier

Tadeusz Dąbrowski*
2010-03-30, ostatnia aktualizacja 2010-03-29 18:08

Uładzimier Arłou
Uładzimier Arłou

Co i jak pisze Białorusin Uładzimier Arłow, który przed kilkoma dniami w Gdańsku został pierwszym laureatem nagrody Europejski Poeta Wolności?

Prom przez kanał la Manche

Uładzimier Arłow

przeł. Adam Pomorski

słowo/obraz terytoria, Gdańsk

W czasach, gdy poezja coraz bardziej unika konfrontacji z odbiorcą, chowa się w siebie albo stroi miny, kokietuje swoją tekstualnością podniesioną do rangi religii, zdarzają się jeszcze wiersze, które wierzą w dialog z czytelnikiem i kulturą. Tak jak nagrodzona książka "Prom przez kanał La Manche" Uładzimiera Arłowa.

Bohater tych nierymowanych epifanii (jasnych i ciemnych) "rymuje/ swoje wyzwolone/ z więzienia kanonów/ wersy/ z niespokojnym krzykiem sójki,/ ze złotymi kaczeńcami/ i kwiatem esterdelii,/ z Bożym Narodzeniem i Nocą Świętojańską,/ ( ) z Białorusią i Stanem Pensylwania ". Jego świat jest czasoprzestrzenią, w której historia autentyczna i zmyślona, teraźniejszość namacalna i przyśniona, przyszłość przeczuta tak silnie, że właściwie już przeżyta, Mińsk i Londyn, Sydney i Nowy Jork, Praga i Sahara współistnieją na jednej płaszczyźnie wyobraźni albo - w jednej ojczyźnie mowy rodzimej, zrytmizowanej i śpiewnej.

Do dialogu z kochanką, czytelnikiem, duchami przeszłości, kotem czy biedronką dochodzi dialog z ulubionymi malarzami i pisarzami, Arłow potrafi zamieszkać w cudzym dziele, olśnienia artystyczne są dla niego faktami egzystencjalnymi. W utworze „1 kwietnia”, zwiedzając londyńską National Gallery, „( ) odpoczywa/ na bulwarach Pissarra/ i gubi się/ w błękitnozielonym natłoku/ Parasolek Renoira”, gdzie czeka go znajomość z rosyjską prostytutką i meksykańską studentką, które tak jak on wypuściły się na drugą stronę płótna. Te wiersze dają czytelnikowi szansę, bo ich autor świetnie zdaje sobie sprawę, że tajemnica poezji nie tkwi w niejasności, ale w precyzji, że poezja nie jest strategią zacierania śladów.

Ze wszystkich tych podróży po miejscach i ludziach bohater Arłowa zawsze powraca do swojego kraju (jakby ruch potrzebny był głównie po to, by docenić na nowo słodycz zakorzenienia). Do Połocka, przedstawianego w wierszach jako centrum kosmosu, kraina mityczna i mistyczna, rodem z powieści gotyckich ("Całe życie - to pożegnanie z tobą,/ które zaczęło się,/ zanim się jeszcze urodziłem,/ na Wysokim Zamku w Połocku,/ ciągnęło się w podziemiach katedry świętego Stefana,/ gdzie ludzka czaszka/ była najprostszym znaleziskiem" - czytamy w "Długim pożegnaniu"). Strażniczką tej krainy jest babcia poety, która obudziła w nim białoruskość. Dla niej przysłowia, mądrości ludowe nie były porzekadłami, ale zaklęciami, kluczami do niepoznawalnego.

Arłow z upodobaniem tworzy rzeczywistości alternatywne, domyśla się życiorysów osób spotkanych przypadkiem w tramwaju lub na ulicy oraz wpływa na bieg dziejów za sprawą bohatera wysyłanego w przeszłość lub przyszłość z konkretną misją. Czy to konstruowanie światów możliwych jest próbą stworzenia świata lepszego, czy pochwałą nieprzewidywalności istnienia? Chyba jeszcze czym innym: walką o spójną tożsamość, o ciągłość. Wracając z innych krajów na Białoruś, od innych kobiet do tej jednej, bohater tych wierszy wewnętrznie się integruje, uwalnia od bolesnego poczucia wiecznej potencjalności, poczucia, które rodzi poezję, ale zatruwa duszę. "Bez ciebie ryzykowałbym, że zostanę/ tylko możliwością samego siebie" - zwierza się w jednym z erotyków będących trzonem tematycznym i bodaj najpiękniejszą częścią książki. Niekiedy można odnieść wrażenie, że czułość zamienia się w nich w czułostkowość, ale nawet wtedy Arłow tak czule się o czułostkowość ociera, że chętnie mu wybaczamy to jedno zdrobnienie za dużo. Bo czy można nie ulec urokowi takich choćby fraz: "We wtorek/ siąpił deszcz,/ twoje cycuszki/ były skąpane w zapachu jaśminu,/ a sutki miały smak wiśniówki. ( ) Dzisiaj/ cycuszki nie pachniały niczym -/ pewnie dlatego,/ że nie były to/ twoje cycuszki"?

Wiersze Arłowa, rozbudowane narracyjnie, pełne wtrąceń i wyjaśnień, raczej stronią od metafor. Ale te - kiedy już się pojawią - porażają świeżością ("pomarańczowa gąsienica odśnieżarki", "śmiała fryzurka,/ której w głowie/ bynajmniej nie grzebienie"). Prostota, bezpośredniość, bezpretensjonalność to cechy języka, do jakiego wielu twórców nie dorasta. A u Arłowa nawet wyraz "fajne" jest na swoim miejscu. Brzmi dobrze, a nie tylko fajnie. Mimo uroku, dowcipu, plastyczności wielu quasi-poematów najbardziej uderzają mnie w tym tomie teksty krótsze, przejrzyste, esencjonalne, z oddechem, np. "Babcia uczyła", "Łąka" czy "Moneta", autorefleksyjne, utrzymane w klimacie "Liryków lozańskich".

I jeszcze słowo o polityce. Czy te wiersze są patriotyczne? Owszem. Polityczne - nie. W końcu "niskoczoły prezydent" z utworu "Archiwalny weekend" może się przytrafić w każdej epoce i w każdym państwie.



*Tadeusz Dąbrowski

poeta, krytyk literacki, laureat Nagrody im. Kościelskich

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy