Ta opowieść zaczyna się jak niewinne wspomnienie z wakacyjnego spływu kajakowego nastolatków. Poziom wody w Green River, dopływie Colorado, był w lipcu 1972 r. wyjątkowo wysoki, a nurt szczególnie rwący, jednak stopień zagrożenia w sześciostopniowej skali wynosił zaledwie dwa. Uczestnicy spływu byli początkujący, ale instruktorzy wybrali łatwy odcinek rzeki. Kiedy więc wezbrana fala przewróciła jedno canoe, w pozostałych nikt nie panikował; wydobywanie się spod przewróconej łodzi to na spływie zwyczajne doświadczenie. Ale tym razem nic nie było zwyczajne. Tylko jeden wioślarz wydostał się na brzeg, drugiemu noga zaklinowała się na dnie między skałami. A choć woda sięgała mu ledwie do ramion, fala wepchnęła go pod wodę i zdarła z niego kapok. Nie udało się go wydobyć żywego.
"Nagi tors Gary'ego był biały, falował i zmieniał kształt, kiedy wodne góry i doliny przelewały się nad nim jak krzywizny płynnej soczewki, przez którą go obserwowaliśmy. Pomyślałam: wygląda jak skóra zdarta ze świętego Bartłomieja z Kaplicy Sykstyńskiej. Kiedy tylko ta myśl mi zaświtała, od razu wiedziałam, że jest niegodna. Przełknęłam gorzką grudkę samowiedzy: należę do ludzi, którzy w sytuacji skrajnej, zamiast krzyczeć, płakać czy się modlić, myślą o czymś, co widzieli w jakiejś książce ("Historii sztuki" Horsta Woldemara Jansona, s. 360). Kiedy pojawiło się skojarzenie z człowiekiem odartym ze skóry, nie byłam w stanie powstrzymać ciągu obrazów" - wyznaje Anne Fadiman w eseju "Pod wodą", i to wyznanie doskonale definiuje istotę jej pisarstwa, w którym nawet najintymniejsze przeżycia osadzone zostają w literackiej tradycji i kulturowym kontekście.
Zbiór "W ogóle i w szczególe" ma w podtytule "eseje poufałe", co oznacza, że intelekt i serce dochodzą w nim do głosu na równi, a żywioł autobiograficznego wyznania proporcjonalnie miesza się z żywiołem wiedzy i faktów. Swój najlepszy czas przeżywał w Anglii w początku XIX stulecia, potem egzystował gdzieś na literackich obrzeżach. To Anne Fadiman - w zgodnej opinii amerykańskiej krytyki - doprowadziła do jego spektakularnego zmartwychwstania. Spektakularnego, bo jej książki gościły na listach bestsellerów, a przełożono je na kilkanaście języków.
"Warto walczyć o przetrwanie eseju poufałego - pisze Fadiman we wstępie. - Niniejsza książeczka stanowi mój osobisty wkład w ową batalię: chcę wyznać miłość do tego gatunku, a jednocześnie dać wyraz własnemu charakterowi, który jest mieszanką narcyzmu i ciekawości, niewygodną być może w wielu okolicznościach, ale w tej jednej po prostu idealną".
Ciekawość świata i niesamowity zmysł obserwacji, oczytanie i erudycja, olśniewający styl i ogromne poczucie humoru, narracyjny talent i zmysł anegdoty - wszystko to sprawia, że eseje Fadiman dają prawdziwą radość czytania. Ich lektura jest niczym swobodna rozmowa między przyjaciółmi, w której nie uciekamy od dygresji, ale staramy się nie zgubić głównego wątku.
Na jaki temat? Dowolny. Czasem z lekka ekscentryczny, jak kolekcjonowanie motyli, innym razem przyziemny jak przeprowadzka, nałóg picia kawy, obcowanie z pocztą elektroniczną. Czasem autorka wychodzi od jakiegoś wydarzenia z własnego życia, by zabrać nas w podróż przez epoki i kontynenty literackich odniesień, innym razem na odwrót: sięga do ukochanych pisarzy (jak choćby Charles
Lamb czy William Hazlitt, zapomniani autorzy genialnych esejów poufałych), by skonstatować, że tak naprawdę piszą dla niej, o niej, odpowiadając na jej pytania i potrzeby. Zawsze swobodnie krąży między życiem i doświadczeniem własnym a światem utrwalonym w książkach, które zresztą też są jej życiem.
Razem ze zbiorem "W ogóle i szczególe" wznowiono "Ex libris. Wyznania czytelnika", zachwycający zbiór namiętnych esejów o bibliotekach i książkach. Otwierają go "Zaślubiny bibliotek" ("dobrze, że tekst przysięgi małżeńskiej nie wspomniał słowem o połączeniu bibliotek i wyrzuceniu podwójnych egzemplarzy"), zamyka lista rekomendacyjna książek o książkach z kilku ostatnich stuleci, po drodze zaś mamy m.in. rozdziały o dedykacjach (wstyd przyznać, ale nie wiedziałam co to "szmucpagina"), antykwariatach, słowach wielosylabowych, czytaniu na głos, czytaniu w miejscu, gdzie rozgrywa się akcja (wiem coś o tym, sama wybrałam się nad Missisipi, by popłynąć statkiem z "Życiem na Missisipi" Twaina w ręku), rozważaniach, jak obchodzić się z książką (Fadiman, jak ja, obdarza książki miłością zmysłową, to znaczy, że je miętosi, zagina kartki, smaruje po marginesach, topi w wannie, kładzie grzbietem do góry, oblewa herbatą), obsesyjnym robieniu korekty na wszystkim (program teatralny, instrukcja obsługi pralki, menu) i tak dalej.
Jeden z esejów w tym zbiorze dotyczy ojca autorki, który w wieku 88 lat w ciągu tygodnia oślepł. "Nie chcę być melodramatyczny - powiedział córce - ale powinnaś wiedzieć, że jeśli nie będę mógł czytać, jestem skończony". Ojciec wpada na pomysł, że może będzie siedział przed telewizorem i wyłapywał błędy wymowy, gramatyczne i stylistyczne. "Gdyby płacili mi dolara za błąd - rozmarzył się - zostałbym bogaczem". Rozpaczliwie szukając jakiegoś pocieszenia, Anne przypomniała mu, że Milton napisał "Raj utracony", kiedy już nie widział. A potem w ciemnościach, na szpitalnej sali, próbują sobie przypomnieć sonet Miltona "Na jego ślepotę". Rok później nauczył się korzystać z książek w wersji dźwiękowej i wykładać bez notatek.
Z
lektury "W ogóle i w szczególe" dowiedziałam się masy szalenie interesujących i do niczego mi niepotrzebnych wiadomości (jak choćby tego, że w roku 1921 komisarz Ellis Island wydał dekret, iż wszyscy nowo przybyli emigranci, jedząc pierwszy posiłek na ziemi amerykańskiej, mają obowiązkowo dostać na deser lody, a generał Stockdale przetrwał tortury i siedem lat niewoli w Wietnamie tylko dzięki rozmyślaniom nad "Encheridionem" stoika Epikteta). Dobrze mi jednak z myślą, że to wiem.
Przede wszystkim jednak wiele dowiedziałam się o Anne Fadiman i jej rodzinie. Jest prawdziwą Amerykanką, co znaczy, że ma w rodzinie i pionierów (prapradziadka zabili Indianie), i Żydów z Europy Wschodniej, mormonów, prezbiterian, wiernych Kościoła episkopalnego, a nawet jedną katoliczkę. Jej cioteczny dziadek był najbardziej znanym cudownym dzieckiem Ameryki (w wieku półtora roku czytał "New York Timesa", w wieku trzech lat mówił po łacinie i starogrecku, miał jedenaście lat, jak zaczął studiować na Harvardzie), jej matka była korespondentką wojenną na Dalekim Wschodzie, ojciec wybitnym intelektualistą, redaktorem i eseistą, prowadzącym radiowe i telewizyjne quizy. Ma też brata, dwójkę dzieci i męża, też pisarza. Jest o kim pisać.
Nie ukrywam, podziwiam ją, że na myśl, iż trzeba zapakować cały dobytek, bo przenoszą się z Nowego Jorku na wieś, jednocześnie zastanawia się, jak z tej traumy ukręcić esej. I że uwielbiając lody, miast obżerać się nimi w poczuciu winy, rozpoczyna dogłębne
studia nad ich historią (już starożytni Grecy chłodzili napoje śniegiem oraz lodem). A kiedy wreszcie decyduje się zainstalować sobie pocztę mailową, to robi gruntowny research na temat poczty w ogóle.
Otóż to "w ogóle i w szczególe" dokładnie oddaje pisarską metodę Fadiman, która przygląda się swoim tematom i przez lunetę, i przez mikroskop, sprawnie zmieniając perspektywę.
Obcowanie z jej esejami wciąga. Wytwarza szczególny rodzaj więzi (może wręcz poufałość?), w której niemożliwa jest obojętność, a obcowania wciąż za mało. Ponieważ nie jest pisarką płodną, zaczęłam już czytać książki według pomieszczonej na końcu listy z bibliografią, a nawet zamówiłam sobie przez Amazon.com książki jej ojca.
''W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe'', Anne Fadiman, przeł. Magda Heydel , Znak, Kraków
''Ex libris. Wyznania czytelnika'', Anne Fadiman , przeł. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki , Znak, Kraków