W 2003 r. w dawnej zajezdni w Treptow - przemysłowej dzielnicy wschodniego Berlina - 250 uczniów berlińskich szkół zatańczyło balet Igora Strawińskiego "Święto wiosny" przed dwutysięczną publicznością. Grała jedna z najlepszych orkiestr symfonicznych świata - berlińscy filharmonicy pod dyrekcją sir Simona Rattle'a.
Były to w większości dzieci emigrantów z Afryki, Bliskiego Wschodu i Europy Wschodniej, z biednych środowisk. Większość z nich nigdy wcześniej nie miała do czynienia ani z tańcem współczesnym, ani z muzyką poważną. Szansą na kontakt ze światem sztuki stał się dla nich program edukacyjny Zukunft@BPhil realizowany przez Filharmonię Berlińską.
Przez trzy miesiące pracowali pod okiem brytyjskiego choreografa Roystona Maldooma, ucząc się wszystkiego: opanowania ciała, ekspresji, koncentracji, ale także wiary w siebie, zaufania, współpracy z innymi - umiejętności, których brakuje na ogół dzieciom z zaniedbanych środowisk. Spektakl był triumfem. Na bazie prób powstał film "Rytm to jest to" pokazujący metamorfozę, jaka zaszła w uczestnikach projektu pod wpływem pracy z zawodowymi twórcami.
"Święto wiosny" zainaugurowało trwający do dziś program Filharmonii Berlińskiej, którego istotą jest pobudzanie aktywności i kreatywności młodzieży i dzieci, a kluczowym momentem - publiczna prezentacja wspólnej pracy. Uczestnicy nie tylko słuchają muzyki, ale też sami eksperymentują z dźwiękami, piszą teksty i tworzą spektakle. Rattle i Maldoom wystawili z młodzieżą z berlińskich szkół jeszcze jeden balet Strawińskiego "Ognisty ptak" i "Carmina Burana" Carla Orffa (w tym ostatnim dzieci zaśpiewały z Chórem Radia Berlińskiego). Dzieci z podstawówek tworzyły sceny do "Obrazków z wystawy" Mussorgskiego, uczniowie liceów poznawali kompozycje Stockhausena i Lutosławskiego oraz tworzyli własne struktury muzyczne, a także pisali własne teksty do utworów Weberna i Szostakowicza. W programie Przyszłość@BPhil wzięło udział do tej pory 16 tys. młodych ludzi, a pokazy obejrzało blisko 80 tys. widzów.
W polskich instytucjach muzycznych edukacja polega głównie na organizacji koncertów dla dzieci i młodzieży (realizuje je m.in. Filharmonia Narodowa), prelekcjach, czasem spotkaniach z muzykami. Projektów, które angażują dzieci i młodzież w tworzenie muzyki, choreografii, tekstów, nie ma prawie wcale.
Opera Narodowa w ostatnich latach zrealizowała tylko jeden: grupa młodzieży pod kierunkiem reżysera Piotra Cieślaka wystawiła latem 2009 r. spektakl oparty na fragmentach popularnych oper.
Wart 50 mln zł program ministerstwa "Fryderyk Chopin 2010" rozdysponowano głównie na koncerty i wystawy, projektów edukacyjnych jest niewiele, te oparte na aktywnym muzykowaniu można policzyć na palcach jednej ręki. Najciekawszy jest Internetowy Wirtualny Konkurs Chopinowski, który realizuje fundacja Nowe Media. Na specjalnej stronie wyposażonej w narzędzia do przekształcania muzyki uczestnicy będą mogli na bazie utworów Chopina tworzyć własne kompozycje i remiksy, a potem wziąć udział w turnieju - osobnym dla didżejów i hiphopowców, osobnym dla uczniów szkół muzycznych. Początek - w maju.
Warsztatowy charakter ma także program "Mazurek - reaktywacja" organizowany m.in. przez stowarzyszenie Dom Tańca z Warszawy. Uczestnicy mają poznawać mazurki - tradycyjne i Chopina - oraz uczyć się ludowych tańców i śpiewu. Program "Chopin, muzyka, młodość" to z kolei konkurs młodych pianistów ze szkół muzycznych, najlepsi mają wystąpić razem z pianistą Waldemarem Malickim.
Na te trzy projekty przypadło w sumie ok. 1 mln zł, czyli pół procent budżetu programu. Poza tym królują wydawnictwa i konkursy plastyczne - najłatwiejsze do zrealizowania, pozbawione elementu pracy grupowej.
Nie jest to tylko wina instytucji zgłaszających propozycje. To ministerstwo w regulaminie programu zdefiniowało edukację po staremu jako "wystawy, spektakle, wydania nutowe i książkowe, nagrania, publikacje internetowe, konferencje, seminaria o charakterze naukowym i popularyzatorskim". W ten sposób po Roku Chopinowskim zostanie nam stos płyt i wydawnictw, których nikt nie będzie słuchał ani czytał, bo nie będzie miał do tego kulturowych kompetencji.
Rozmowa z Richardem Berkeleyem Roman Pawłowski: Badania socjologiczne ujawniły katastrofalny stan kultury muzycznej Polaków. Tylko 2 proc. chodzi regularnie na koncerty muzyki poważnej, 3 proc. wie coś więcej na temat Chopina. Co pan na to? Richard Berkeley: Jestem zaskoczony, że aż tylu Polaków chodzi na koncerty. Wyobraźmy sobie, że nie uczymy w szkołach pływania, w związku z czym nikt nie umie pływać. Jedziemy nad morze, ile osób wejdzie do wody? Nikt. To przecież niebezpieczne. Tak samo jest z muzyką. Bez dobrej edukacji muzycznej w szkole ludzie nie będą chodzić na koncerty.
Jaki wygląda edukacja muzyczna w Wielkiej Brytanii? - Jest fundamentalną częścią programu szkolnego, obok plastyki i teatru każda szkoła publiczna czy prywatna ma wydział muzyczny. Nauka opiera się na praktyce.
Nie uczycie się dat? - Skąd, chodzi o aktywne tworzenie muzyki w grupie. W mojej szkole działał chór, orkiestra, zespoły muzyczne, była nawet szkolna orkiestra wojskowa, w której odrabialiśmy zajęcia wojskowe. Każdy śpiewał albo grał. Raz do roku organizowany jest w Londynie przegląd najlepszych zespołów, tak zwany School Prom. Przez trzy dni w Royal Albert Hall występuje 3 tys. uczniów z całego kraju.
Ja na wychowaniu muzycznym wkuwałem biografię Chopina. Oraz uczyłem się gry na trójkącie. - To musiało być ekscytujące.
Była jeszcze nauka pieśni Stanisława Moniuszki. - Dlaczego akurat Moniuszki?