Ostatnie sezony polskiego kina były udane, wręcz przełomowe - powtarzamy sobie to na okrągło od czasu ostatniego festiwalu w Gdyni. Produkuje się najwięcej filmów w historii polskiego kina. Na pierwszą linię wyszło nowe pokolenie reżyserów - Szumowska, Żuławski junior, Lankosz, Smarzowski, Borowski, Borcuch, Wrona... Wynajdują oryginalną formę, rozmawiają z widzem na wyższym poziomie, niektórzy z nich znaleźli w kraju tak liczną widownię, jaka przychodzi na filmy hollywoodzkie (powyżej 300 tysięcy). Wokół polskiego kina tworzy się aura sukcesu. Czy nie przedwczesna?
Momentem otrzeźwienia stał się niedawny festiwal w Berlinie. Polskich filmów nie było w żadnej z festiwalowych sekcji. Problem nie sprowadza się jednak tylko do nieobecności polskich filmów na festiwalu - to zawsze jest wynikiem loterii. W 2006 r. o miejsce w konkursie berlińskim podobno do ostatniej chwili konkurowały ze sobą dwa filmy: "Komornik" Falka i "Grbavica" bośniackiej debiutantki, która zwyciężyła i dostała Złotego Niedźwiedzia. Co stało się ze zwyciężczynią? Jest dziś reżyserką europejskiego formatu. Jej drugi film "W drodze", pokazywany w Berlinie, ma aż czterech międzynarodowych producentów (Bośnia,
Chorwacja,
Austria,
Niemcy) i światową dystrybucję. Film o ścieraniu się w Bośni dwóch różnych tradycji: swojskiego, otwartego islamu i fundamentalistycznego wahabityzmu, ma przejrzystą formę dramatu kobiety, której mąż zmienił się nie do poznania, wstępując do islamskiego ruchu odnowy. Problem wolności pokazany w tym filmie pojmie doskonale widz, który o Bośni nie wie nic. Przejrzystość cechuje inne nagrodzone w Berlinie filmy: turecki "Miód" Kaplanoglu (Złoty Niedźwiedź) dziejący się w zapadłej wiosce w Anatolii, "Kiedy chcę gwizdać, gwiżdżę" Serbana o młodocianym przestępcy z poprawczaka na zapadłej wsi rumuńskiej oraz czeski komediodramat "Róże Kawasaki" Hrebejka o prywatnym dochodzeniu przeszłości teścia dysydenta, które przeprowadza zawistny zięć.
Te filmy wejdą do międzynarodowego obiegu, tak zostały bowiem zaplanowane. Film turecki jest koprodukcją z Niemcami, rumuński - ze Szwecją, czeski ma amerykańskiego dystrybutora. Polska kinematografia - zasobna, samowystarczalna - nie dąży do zacieśnienia więzów z Europą i światem. Stoimy z boku.
Zagraniczni widzowie narzekają czasem na niekomunikatywność polskich filmów. Problemy sarajewskich islamistów z filmu Zbanić będą zrozumiałe dla każdego, ale kto pojmie, co w "Domu złym" znaczy to, że w latach 80. wiejski ksiądz "ma przełożenie w Polmozbycie"? "Dom zły", "Rewers", "Wojna polsko-ruska" - filmy pod wieloma względami znakomite - mają znamienną cechę konstrukcyjną: otwarte zakończenia i niezmienność sytuacji bohaterów powracających do punktu wyjścia. Zło zostaje ujawnione, ale dramat się nie posuwa. Oglądając filmy nagrodzone w Berlinie, miałem często wrażenie, że zaczynają się w momencie, gdzie nasz film się kończy. Ich bohaterowie przechodzą jakąś drogę, dostają szansę przemiany świadomości - nasi stoją w miejscu.
Światu XXI wieku pogrążonemu w konwulsjach modernizacji polski reżyser jak chłop siedzący na przyzbie swojej chaty ma do powiedzenia tylko, że "jest źle, ale nic się nie da zrobić". Cóż dziwnego, że ten głos prowincjonalnego pesymisty nie znajduje uznania? Zbliżenie do Europy, wejście do europejskiej rodziny filmowej mogłoby pomóc naszemu kinu znaleźć nową drogę, włączyć drugi bieg. Co stoi na przeszkodzie? - pytam producentów, pytam PISF.
Dlaczego tak nikły jest nasz udział w europejskich koprodukcjach? Czemu tak mało korzystamy z bogatych funduszy polsko-niemieckich, z funduszy Eurimages? Dlaczego tak słabo promujemy polskie projekty filmowe oraz gotowe filmy? Czy mamy politykę promocyjną i festiwalową? W jakich punktach nasza kinematograficzna struktura wymaga usprawnienia? Co może pomóc w naszym filmowym "wejściu do Europy"?
Dla Gazety DARIUSZ JABŁOŃSKI, reżyser, producent, twórca międzynarodowego programu ScripTeast dla najlepszych scenarzystów Europy Wschodniej Od piętnastu lat robię filmy w międzynarodowych koprodukcjach. Wymagają od producentów czasu, pieniędzy, doświadczenia. Aby filmy polskich reżyserów również tak powstawały, oprócz producentów, którym się ufa w Europie, potrzebne są dobre projekty i dobrzy autorzy. Tak to działa w Europie i na całym świecie. Dobrzy autorzy w Polsce są, tylko mało kto i co namawia ich na podejmowanie filmów interesujących dla świata, nie tylko dla krajowej krytyki, a być może jej wbrew. Przykładem jest międzynarodowy sukces filmu Jacka Borcucha "Wszystko, co kocham" pokazanego w konkursie dwóch topowych festiwali: Sundance i Rotterdam. Kiedy słyszałem wydziwianie kilku "fachowców" nad tym filmem, popłakałem się ze śmiechu.
Nie polityki promocyjnej i festiwalowej nam brakuje, tylko strategii i widzenia celów, jakie chcemy osiągnąć naszymi filmami w świecie i w Polsce, oraz przejrzystości w ustawianiu ich hierarchii. Jedyna polityka, jaką można sobie wyobrazić, to zdecydowane i czyste wspieranie przez PISF polskich producentów, którzy wiedzą, jak to się robi. Nawet
Adam Małysz bez ścisłego współdziałania z PZN skakałby dużo bliżej. Pomysły zastępowania producentów w ich roli przypominają chęć rozwiązania problemu papieru toaletowego za komunizmu decyzją ministra. Gdyby "państwowe" znaczyłolepsze, do dzisiaj jeździlibyśmy polonezami i słodzili cukrem na kartki. Niestety, w polskiej kinematografii wciąż niektórzy tęsknią za Mosfilmem.
IRENA STRZAŁKOWSKA, wicedyrektor Studia Tor, reprezentant Polski w Eurimages, funduszu filmowym finansowanym przez Radę Europy Producenci muszą uwierzyć w swoje możliwości: więcej aktywności. Pomoc instytucji - takich jak PISF, czy jakiejś agencji (gdzie Film Polski?!) jest istotna ze względów merytorycznych. Nasi producenci nie wiedzą, jak działać, potrzebują podpowiedzi. Większość z nich ciągle myśli, że partnera zagranicznego trzeba szukać tylko wtedy, kiedy wymaga tego scenariusz. Tymczasem wiele obcych produkcji szuka nas po to tylko, by dopiąć finansowania lub zwracają się o brakujące środki do Eurimage. To jest metoda, której sami nie umiemy stosować. Niewielu producentów korzysta z tzw. pitchingów - międzynarodowych konkursów, gdzie przedstawia się scenariusze i pomysły, żeby znaleźć partnera koprodukcji, a co za tym idzie drogę do międzynarodowej dystrybucji.
Jeśli chodzi o promocję polskiego kina, wypracowanie polityki wydaje się niezbędne. Promocją zajmują się sami producenci, czasem twórcy. PISF od przypadku do przypadku przyznaje pieniądze lub - wyjątkowo - daje pomoc merytoryczną. Agentów sprzedaży nie mamy, a nie da się sprzedać filmu, siedząc za biurkiem w Polsce.
Kontakty z komisjami selekcyjnymi festiwali muszą być osobiste. Nie wystarczy wypełnić formularza i wysłać DVD. Selekcjonerzy festiwalowi, przedstawiciele firm dystrybucyjnych, agenci handlowi powinni być liczniej zapraszani do Gdyni, do Wrocławia na Erę Nowe Horyzonty, na Warszawski Festiwal Filmowy. Cóż, trochę się rozleniwiliśmy. Kinematografia ma pieniądze z PISF, nawet sporo, w związku z tym przestaliśmy się rozglądać na boki. Nasza mentalność niezmiennie podpowiada: po co się wysilać, i tak nic z tego nie będzie!
DARIUSZ GAJEWSKI - reżyser, przewodniczący rady artystycznej Studia Munka przy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich, produkującego debiuty filmowe Jeżeli chcemy uczestniczyć w tak ciekawym zjawisku, jakim jest dzisiaj europejskie kino, musimy pozbyć się "polskiego kompleksu". Największą wadą naszej kinematografii jest brak wiary we własne siły, poczucie nieważności, które usprawiedliwia "nic nie robienie". Nasz przemysł filmowy jest zorientowany na rynek polski. Bardzo rzadko producenci decydują się wyjść na rynek europejski czy światowy. Dzieje się tak z niewiary w sukces, niechęci do ponoszenie ryzyka i braku wiedzy. Jeżeli chcemy wyjść z roli prowincjonalnej kinematografii, potrzebujemy producentów z wizją. Można oczekiwać od PISFu fachowej pomocy, ale nikt nie jest w stanie zdjąć z producenta odpowiedzialności za film. Z jednej prostej przyczyny: bo to jest jego interes. Co w takim razie robić? Po prostu nauczyć się, jak to się robi.
MACIEJ KARPIŃSKI, pełnomocnik dyrektora PISF do spraw międzynarodowych Nasz udział w kinie europejskim jest niewspółmierny do potencjału naszej kinematografii. Owszem, powstają koprodukcje - ostatnio film Skolimowskiego "The Essence of Killing" czy Szumowskiej "Sponsoring", ale jest ich zdecydowanie za mało. Producentom brakuje świadomości, że koprodukcje to nie tylko dodatkowe pieniądze na realizację filmu, ale przede wszystkim wejście na rynki międzynarodowe i dostęp do festiwali.
PISF zachęca, informuje, sfinansuje wyjazd, ale nie wykona za producenta zasadniczej pracy. Jestem na targach projektów filmowych w Rotterdamie - są tam prezentowane projekty z Węgier, Czech, Rosji. Nie ma ani jednego projektu z Polski. Co roku uczestniczymy w New Films Network przy festiwalu w Rzymie - można otrzymać 50 tys. euro. Przeprowadzamy "łapanki" na młodych reżyserów, staramy się wymusić złożenie projektu, sami przygotowujemy pakiet. I trafia się sukces: niedawno wygrał projekt Fabickiego.
Są producenci, którzy mają świadomość sytuacji międzynarodowej i wspólnie z PISF planują dalsze losy filmów, ich drogę festiwalową, niestety, nie wszyscy. Możemy wskazać priorytety festiwalowe, ale nieraz dowiadujemy się post factum, że producent wysłał film gdzie indziej, nie powiadomiając nas. Przykładem dobrej współpracy było "Wszystko, co kocham" Borcucha. Jeszcze zanim film powstał, poczynania promocyjne były konsultowane, finansowane. Rok temu, w trakcie realizacji, film był pokazany jako "work in progress" w Rotterdamie, później były starania o Sundance.
Co jest brakującym ogniwem naszej kinematografii? Został stworzony czytelny system ułatwiający produkcję, natomiast nieobejmujący sprzedaży. Spośród trzydziestu kilku odpowiedników instytutów filmowych w Europie większość działa tak jak my, służy radą, pomocą. Tylko kilka, w tym niemieckie German Films, francuski uniFrance i włoski Film Italia zajmują się sprzedażą filmów. U nas nie zezwalają na to przepisy. Powinna powstać agentura sprzedaży - komercyjna firma. Jeżeli sprzedażą zajmie się instytucja postsocjalistyczna, wspierana pieniędzmi publicznymi, nigdy nie spełni swojej funkcji - ona musi mieć w tym interes, jaki mają wszyscy agenci sprzedaży na świecie. Rozmawiałem w Rotterdamie z niemiecka firmą, która handlowała "Sztuczkami" Jakimowskiego, sprzedając je do dwudziestu kilku krajów. Są skłonni otworzyć swój oddział w Warszawie. Nie jest to proste, bo filmów nadających się do światowej dystrybucji mamy niewiele. Dlatego potrzeba firmy zagranicznej, która może rozwinąć działalność długofalową, nie licząc na natychmiastowe zyski. Od czasu Kieślowskiego nie mamy żadnego nowego nazwiska reżysera, które otwierałoby drogę na festiwale. Może Szumowska jest na tej drodze? Mimo że powstaje u nas coraz więcej filmów, nie w tym samym stopniu rośnie liczba filmów nadających się do konkurowania za granicą. To cena sukcesu lokalnego: udało nam się stworzyć kino, które zainteresowało rodzimą widownię, więc się tym zadowoliliśmy. Kiedy rozmawiam z naszymi reżyserami, widzę, że nie mają ambicji uniwersalnych, chcą robić filmy tylko dla nas. A przecież nawet lokalne historie można opowiadać w sposób uniwersalny. Podsumowując, usprawnianie mechanizmów współpracy międzynarodowej, promocji i sprzedaży to jedna sprawa, łatwiejsza. Trudniej zmienić mentalność. Może rzeczywiście mamy trochę zbyt dobre samopoczucie?