Kieślowski alergicznie nie znosił skrótów: PRL, PZPR, KC, ZSRR. Wściekał się na system i wykpiwał go. Nauczył swego psa ujadać, gdy w telewizorze spiker wymawiał nazwisko znanego partyjnego "betona". W moim filmie dokumentalnym "I'm so-so " mówił: "Komunizm operował słowem wolność, a myśmy żyli w kraju, który nie był wolny. Operował ideami, które teoretycznie były bardzo piękne, ale kończyło się zawsze tym samym: przyłożeniem pistoletu do głowy".
Jednocześnie uważał, że po tamtej stronie są również porządni ludzie, którzy czasem ryzykują kariery i stanowiska, żeby postąpić zgodnie z sumieniem. Marzył o tym, żeby sfilmować (choćby tylko do archiwum) posiedzenie KC albo wywiad z Gomułką. Chciał utrwalić na taśmie filmowej sposób myślenia i wypowiadania się najważniejszych działaczy partyjnych, sportretować ich język, ich mentalność. Nigdy nie dostał na to zgody.
Niespodziewanie okazja pojawiła się sama. Do Wytwórni Filmów Dokumentalnych, gdzie pracował Kieślowski, w połowie lat 70. zgłosił się działacz partyjny wysokiego szczebla z propozycją zrobienia serii niepodlegających cenzurze filmów dokumentalnych poruszających drastyczne, nawet krytyczne tematy. Te filmy miały być wyświetlane wyłącznie na szkoleniach instruktorów partyjnych. Pierwszy z nich miał być relacją z obrad tzw. Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej. Stawali przed nią członkowie PZPR, którzy złamali dyscyplinę partyjną.
Kieślowski natychmiast podjął wyzwanie. Dopuszczono go do archiwum Komisji, gdzie przejrzał kilkanaście teczek "oskarżonych". Na ich podstawie napisał "życiorys" głównego bohatera filmu.
Dotąd realizm był niepodważalną formułą jego dokumentów. Tym razem stało się inaczej. "Życiorys" był Wielką Inscenizacją. Ale dzięki temu Kieślowski osiągnął niespotykaną prawdziwość w opisie ideologicznej perswazji stosowanej przez aktywistów PZPR.
Skład Komisji Kontroli był prawdziwy i podobno najlepszy z funkcjonujących. O to prosił Kieślowski. Cała reszta była fikcyjna - przede wszystkim sam podsądny.
Jak zwykle w pracy z Krzyśkiem, to ja miałem znaleźć bohatera filmu. Przy innych scenariuszach ("Pierwsza miłość", "Z punktu widzenia nocnego portiera", Siedem kobiet w różnym wieku") spotykałem się z kilkudziesięcioma kandydatami, poszukiwania trwały czasem ponad pół roku. Tym razem od razu zaproponowałem mojego kolegę - Józka Zduńczyka. Wprawdzie bohaterem miał być robotnik, a Józek był inżynierem, inteligentem. Ale pracował kiedyś jako "fizyczny", i rzeczywiście stawał przed Komisją Kontroli Partyjnej. Został po tym wyrzucony z PZPR. No i miał świetną, proletariacką twarz.
Józek dostał od Kieślowskiego swój wymyślony życiorys:
szkoła kadetów, wojsko, praca w kopalni, zawodówka, praca w Zakładach Mechanicznych (kryptonim fabryk zbrojeniowych), życie prywatne (żona, dziecko), no i wreszcie "przewinienia". Nasz bohater - w filmie nazywał się Antoni Gralak - zorganizował strajk na wydziale. Nie złożył donosu na kolegów, którzy pili spirytus fabryczny, w wyniku czego jeden z nich zmarł. Odmówił udziału w czynie partyjnym, czyli darmowej pracy w wolny dzień na rzecz miasta.
Józek zapoznał się z życiorysem, ale nie wiedział, co jest w teczce, którą dysponowała Komisja. Z kolei Komisja nie znała życiorysu bohatera. Miała tylko grubą teczkę, w której były informacje zebrane przez urzędy i funkcjonariuszy: notatki służbowe, donosy, protokoły zebrań partyjnych, zeznania Gralaka, informacje przekazywane przez milicję, wojsko i wydziały kadr w fabrykach, w których pracował.
Tę teczkę spreparowałem na wzór autentycznych teczek, które znajdowały się w archiwum Komisji. Podrabiałem każdy dokument. Protokoły zebrań partyjnych pisałem na cienkich przebitkach (kopie!), donosy na wyciągniętych z biurka ojca starych, pożółkłych, ale dotąd nieużywanych kartkach - lewą ręką, notatki służbowe - ręcznie, kopiowym ołówkiem. Niektóre dokumenty sporządzałem na autentycznych formularzach zdobytych w urzędach.
Sfałszowana teczka wyglądała jak prawdziwa, i tak też ją potraktowali członkowie Komisji. Wiedzieli, że to nie jest prawdziwa rozprawa, ale nie wtajemniczyliśmy ich w to, na ile życiorys bohatera jest sfabrykowany. Mogli myśleć, że przynajmniej częściowo jest autentyczny. Nie wyprowadzaliśmy ich z błędu. Mając świadomość, że teczka jest podrobiona, jednak uwierzyli!
Dwie godziny zapoznawali się z materiałami. Ich reakcje dowodzą, że przejęli się ich treścią. Jednocześnie oswajali się z obecnością ekipy. Gdy przeczytali dokumenty i wezwali "oskarżonego", przestali już widzieć kamery. Zaczęli Józka traktować jak każdego ze swoich podsądnych: zadawali ostre pytania, powoływali się na dokumenty z teczki, np. donosy, o których istnieniu Józek nie wiedział. Grzebali w jego życiu prywatnym: "Jesteście członkiem Partii, ale ślub kościelny wzięliście. Twierdzicie, że jesteście niewierzący, a dziecko ochrzciliście! To jak to jest z waszą partyjną moralnością"?
Józek się bronił. Na początku dość niemrawo. Wydawał się nam za mało zadziorny, Kieślowski szeptał mu na boku, żeby się odgryzał, pyskował. Józek był spokojny. Rzeczowo, stanowczo odpowiadał na zarzuty. I to było jego siłą. Tymczasem "sędziowie" coraz bardziej ujawniali swój doktrynalny stosunek do człowieka, niemożność wyjścia poza partyjne schematy, trzymanie się dyrektyw. A nasz Gralak okazał się człowiekiem z krwi i kości, odważnym obrońcą robotniczych wartości, kimś, komu się wierzy, z kim można się utożsamiać. Nie chcę przesadzać, ale dziś myślę, że w filmie "Życiorys" pojawił się ktoś taki, jak późniejsi uczestnicy strajku w Stoczni Gdańskiej, działacze "Solidarności", którzy potrafili stawić czoło najbardziej wygadanym i demagogicznym aktywistom PZPR.
Po przesłuchaniu delikwenta (jak go nazwał przewodniczący) Komisja miała obradować. Zwykle kończyła wydaniem werdyktu - tym razem żadnego werdyktu nie było, więc ta część nas już nie obchodziła. Film miał się kończyć wyjściem "oskarżonego" z sali. Zwijamy sprzęt, patrzymy, a komisja dalej dyskutuje. Jej członkowie tak dalece uwierzyli w autentyczność sprawy, że chcieli ją doprowadzić do końca. Nie mogliśmy im przerwać. Obradowali nad naszym bohaterem jeszcze ze dwie godziny.
Oscar Wilde powiedział: "Życie nieumiejętnie naśladuje fikcję". Wymyślony życiorys, podstawiony bohater, spreparowane dokumenty do tego stopnia sprowokowały Komisję, że efekt jej działania był prawdziwszy niż w rzeczywistości. Gdybyśmy filmowali prawdziwe obrady, z autentycznym podsądnym, nigdy nie zdobyliby się na takie sformułowania, jakie padały w tym udawanym procesie. Czy powstał film dokumentalny? Zostawiam to pytanie w zawieszeniu.
*Krzysztof Wierzbicki - reżyser, bliski współpracownik Krzysztofa Kieślowskiego, autor wielu filmów dokumentalnych, m.in. "Krzysztof Kieślowski. I'm So-So"