Słowo "różyczka" w tytule filmu Jana Kidawy-Błońskiego nie może nie kojarzyć się ze słynną "różyczką" z arcydzieła Orsona Wellesa - tajemniczym słowem, które wypowiada na łożu śmierci "Obywatel Kane". Oznacza ono tyle co niespełnienie, coś, za czym amerykański bohater goni przez całe życie, co napędza jego gigantyczną aktywność, ale ostatecznie wymyka się z rąk. Jest to skojarzenie trochę pretensjonalne i ponad stan, ale skoro zostało narzucone, trzeba zapytać: czym miałaby być "różyczka" PRL-u?
Przybiera ona kształt klasycznego melodramatu. Fatalny miłosny trójkąt: esbek (Robert Więckiewicz - postać z drugim dnem, najlepsza rola filmu), jego kochanka (interesująca Magdalena Boczarska) i pisarz, gwiazda opozycji lat 60. (Andrzej Seweryn brylujący na granicy parodii).
TW ma za zadanie związać się z pisarzem, ale związuje się tak silnie, że zdradza swojego kochanka-mocodawcę i "przechodzi na stronę wroga".
Klucz melodramatyczny z postacią "uczciwej grzesznicy", agentki, której współczujemy, tyleż sprytnej, co naiwnej i zagubionej, sierotki z dołów społecznych rozdartej pomiędzy dwie miłości - wszystko to daje pozorne wytłumaczenie tajemnicy.
Co jest tą tajemnicą PRL-u? Podwójne życie, które prowadzą wszyscy bohaterowie dramatu. Nie tylko pisarz, który "knuje", również esbek ma jakiegoś "haka", coś trefnego w biografii.
Przebijający się przez zagłuszarkę sygnał Wolnej Europy słychać wszędzie, zarówno w domu esbeka, jak i opozycjonisty. On też, posyłając tajnymi kanałami tekst za granicę, staje się jakby agentem dobrej sprawy, lecz w oczach funkcjonariuszy systemu pozostaje agentem wroga. Patrzymy na to wszystko z oddalenia, z pomniejszającej perspektywy, jak na rodzaj
gry, w której wszyscy przegrywają. Może dopiero dziecko Różyczki - gdyby je miała - doczeka lepszych czasów?
Zderzają się tu w karykaturalny sposób dwie Polski - ludowa i inteligencka. Dwa style życia. Z jednej strony - balanga w restauracji Trojka z wódką, mordobiciem, dziwkami i szybkim numerkiem w toalecie. Z drugiej strony - nobliwy inteligencki salon opozycyjny, w którym gra się na pianinie, a ojciec zwraca się do córeczki po francusku.
Zrobienie agentki z prostej, nieokrzesanej dziewczyny ustawiło cały melodramat. Pisarz zaślepiony miłością do podstawionej dziewczyny, która również nim się fascynuje, wprowadza ją na salony. Jak Pigmalion uczy ją manier, picia wytrawnego wina - "owocu europejskiej cywilizacji", czytania książek z zakazanej emigracyjnej paryskiej Biblioteki "Kultury" i miłości bardziej wyrafinowanej niż ta, którą uprawiała z brutalem z
SB. Inna rzecz, że Różyczce podobają się oba sposoby.
Owszem, jest coś prawdziwego w pomieszaniu pogardy i zazdrości, z jaką ideowy esbek patrzy na świat inteligencji z jej wolnościowymi aspiracjami. Jednak paradoks filmu polega na tym, że perspektywa esbeka - postaci lepiej zarysowanej i zagranej, budzącej ambiwalentne uczucia - staje się w konsekwencji bardziej wiarygodna. Natomiast obraz jego rywala inteligenta wpisuje się, chcąc nie chcąc, w peerelowski schemat reprezentanta przegranej, wyizolowanej klasy społecznej. Ci ludzie ukazani są z zewnątrz, z fatalistycznej perspektywy, która wciąż dochodzi do głosu w publicznych opiniach o tamtej Polsce.
Obaj kochankowie Różyczki aspirują do tego, aby być postaciami tragicznymi, ale pisarz pozostaje w gruncie rzeczy naiwnym, przegranym idealistą. Degradujące spotkanie z femme fatale, pały ormowców w Marcu 1968 na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, jego osamotnienie po przemówieniu Gomułki, odwrócenie się dawnych znajomych - wszystkie te, skądinąd wiarygodne, okoliczności złamią jego wolnościowy optymizm, ukażą ponure oblicze rozgromionego społeczeństwa, które niedawno jeszcze go oklaskiwało.
Postać pisarza jest dość mechanicznym zlepkiem rysów przejętych z bardzo różnych, niepasujących do siebie biografii. Filmowy Adam ma coś z Pawła Jasienicy, coś ze Stefana Kisielewskiego, z Jerzego Zawieyskiego, Andrzeja Kijowskiego, ale tak naprawdę nie ma nic wspólnego z żadnym z nich. Jest preparatem wyjętym z rzeczywistości.
Oglądam z zainteresowaniem, choć na zimno, melodramatyczne meandry tej historii, która raz po raz zahacza o to, co wiem i pamiętam. Do czego jednak prowadzi? Co właściwie odkrywa?
Psychologię w tym filmie dyktują prawa sentymentalnego melodramatu. Wiadomo: miłość ci wszystko wybaczy; zły ustrój rozgrzeszy wszelkie ludzkie zło; esbek też jest jego ofiarą, poniesie karę i będziemy go żałować.
W prawdziwej historii Pawła Jasienicy opowiedzianej w nieemitowanym jeszcze, ciekawym miniserialu dokumentalnym
TVN trojga realizatorów: Rafała Mierzejewskiego, Piotra Morawskiego i Grażyny Gradoń, występują bliscy przyjaciele pisarza i jego drugiej żony, słynnej Neny, inteligentnej pani, która regularnie pisała na niego wysoko opłacane donosy (nawet z jego pogrzebu).
Nie ma w tym melodramatu. Jest nierozstrzygnięta tajemnica donosicielki. Sekretu jej psychiki nie da się otworzyć wytrychem "miłości". Była to raczej - jak ktoś mówi - szczególna "radość z prowadzenia podwójnego życia", a może - z władzy nad drugim człowiekiem.
Film "Różyczka" nic szczególnego pod tym względem nie wnosi. W tym filmie nie ma tajemnicy, jest to wszystko, co chcielibyśmy usłyszeć. Można pokiwać głową nad historią trojga kochanków - tylko tyle.
A co ten film mówi jako metafora PRL? Owszem, można docenić to, że do gatunku popularnego, przeznaczonego dla tej samej widowni, która chodzi na polskie "komedie romantyczne", wprowadza się podręcznikową wiedzę o 1968 roku, o proteście pisarzy i studentów przeciw zdjęciu "Dziadów", o kampanii antysemickiej, o rozgromieniu studentów. Jest tu nawet charakterystyczna scena, identyczna jak ta z "Iluminacji" Zanussiego, nad którą 40 lat temu pastwiła się cenzura - z taksówkarzem, który mówi, że "Hitler miał dużo racji". Każdy z nas spotkał takiego taksówkarza.
W dialogach "Różyczki" przewija się nawet nazwisko Adama Michnika jako zdolnego studenta, który daleko zajdzie. Tego rodzaju gesty jednak niewiele pomagają - historyczna wiedza zawarta w tym filmie jest zastygła, martwa, oddzielona od przeszłości i przyszłości.
W filmach o powojennej Polsce panuje jednolicie fatalistyczny ton. Polacy są nieustannie rozgramiani, poddani totalnej władzy partii i SB. Skąd się w takim razie wzięły zrywy 1956, 1980, 1989 roku? Gdzie przebiegało życie naszego pokolenia?
Z filmu nie dowiemy się o nim nic. Buntujący się literaci w "Różyczce" przypominają dzieci w szkole podnoszące w górę rączki. Na podstawie takiego obrazka nie sposób pojąć, czym był peerelowski paradoks polegający na tym, że władza naprawdę obawiała się intelektualistów, artystów, filmowców, a oni o tym wiedzieli. Raz nagradzani, raz wyklinani, korzystający z przywilejów i represjonowani - byli ważni, stawali się naszym głosem i naprawdę pełnili "rząd dusz". Bieg lawiny się od tego zmieniał.
Tylko kto w to uwierzy, skoro na obraz Polski sprzed 1989 roku składają się głównie kazamaty? Owszem, pałowali, ale poza tym działo się coś jeszcze. W panującym dziś fatalistycznym schemacie nie mieści się wielka prawda o PRL, jaka wyłania się z dzienników Dąbrowskiej, Iwaszkiewicza, Kowalskiej, Mycielskiego, ze wspomnień Kuronia, Modzelewskiego. Oni naprawdę chcieli, "żeby Polska teraźniejsza się udała" (Kowalska). Dąbrowska - jeszcze za Bieruta - notuje takie oto zdanie o "nowej Polsce": "Mimo wszystkie błędy, zbrodnie i grzechy - z pierworodnym grzechem zależności od Moskwy - wydaje mi się jakoś bardzo interesująca i ważna".
Chciałoby się, żeby tamta Polska była interesująca również w polskim kinie. Na razie jej tajemnica wymyka się nam jak szklana kula z rąk obywatela Kane'a.