Walkę o uznanie dla swojej dziedziny środowisko polskich tancerzy toczy od lat. Nieustannie dowodzić muszą spraw oczywistych. Że taniec współczesny to nie to samo, co balet, rytmika czy "ta kolorowa grupa, która kręci się w tle, gdy śpiewa Doda". Że bez oparcia w solidnych, stabilnych instytucjach tancerze nigdy nie będą równoprawnymi partnerami dla ośrodków zagranicznych. Że nie ma w tej chwili innego sposobu na scalenie środowiska niż objęcie go opieką państwa. Że polskie myślenie o tańcu jako o "dziedzinie niszowej" wynika wyłącznie z braku infrastruktury (dostępnych i dostosowanych do potrzeb tancerzy sal widowiskowych i treningowych, czytelni z literaturą fachową), edukacji oraz informacji (przeciętny absolwent szkoły średniej ma pewnie za sobą wycieczkę szkolną do muzeum czy na "Zemstę", ale o istnieniu teatru tańca nawet nie słyszał). W
USA, Europie Zachodniej, a także Rumunii czy Bułgarii spektakle taneczne to ważna, ceniona i szeroko dyskutowana część kultury.
Choć poprawia się sprawa edukacji tancerzy i teoretyków tańca (przy teatrach i na festiwalach organizowane są kursy - na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie działa Podyplomowe Studium Teorii Tańca, a w 2007 roku krakowska PWST i Śląski Teatr Tańca uruchomiły w Bytomiu Wydział Teatru Tańca), większość tancerzy po dyplom i doktorat i tak musi udawać się za granicę. W strukturach akademickich taniec współczesny nadal przynależy do specjalności "rytmika i taniec", a czasem znajduje się w tej samej sekcji, co "
muzyka kościelna". Spektakle wciąż istnieją przede wszystkim w trybie festiwalowym - artyści jeżdżą z przeglądu na przegląd, bo nie dysponują własną salą, gdzie mogliby pokazywać swoje przedstawienia.
Na Kongresie Kultury Polskiej w Krakowie minister kultury
Bogdan Zdrojewski (PO) zapowiedział utworzenie Instytutu Tańca, który - na wzór Instytutu Filmowego czy Instytutu Teatralnego - mógłby stać się podstawą do rozwoju dziedziny. Dwa tygodnie temu tancerze przypomnieli ministrowi obietnicę w oficjalnym liście. We wtorek odbyło się spotkanie tancerzy z Zenonem Butkiewiczem, dyrektorem ministerialnego departamentu narodowych instytucji kultury.
- Padła propozycja opracowania koncepcji Instytutu Muzyki i Tańca - relacjonuje Ryszard Kalinowski, tancerz i choreograf z Lubelskiego Teatru Tańca. - Obie dziedziny musiałyby podzielić się siedzibą i budżetem, ale zachowałyby merytoryczną niezależność. Takie rozwiązanie byłoby dla nas do przyjęcia, rozumiemy, że powołanie nowej instytucji to ogromny wysiłek organizacyjny i finansowy. Potrzebny nam jest przede wszystkim "adres", miejsce, gdzie artyści, potencjalni odbiorcy, partnerzy z zagranicy mogliby się nawzajem odnaleźć. Zależy nam także na geście oficjalnego uznania dla naszej dziedziny, potwierdzenia, że państwo nas dostrzega.
Instytut powstawałby w kilku etapach. - Najpierw portal, mediateka, archiwum, baza informacji i kontaktów - mówi Kalinowski. - Potem wzmocnienie współpracy z ośrodkami lokalnymi, na końcu sprawy finansowania i rozdziału środków. Przy wsparciu ministerstwa planujemy zorganizowanie w tej sprawie pod koniec roku Kongresu Tańca - otwartą debatę nad sytuacją i potrzebami.
Teraz w Polsce istnieje kilkadziesiąt niezależnych grup i kolektywów tanecznych, kilkanaście profesjonalnie zorganizowanych festiwali, kilka dużych scen usiłujących łączyć działalność widowiskową i edukacyjną: Kielecki Teatr Tańca, Lubelski Teatr Tańca, Polski Teatr Tańca w Poznaniu, Śląski Teatr Tańca w Bytomiu - od 16 lat organizator Międzynarodowej Konferencji Tańca Współczesnego i Festiwalu Sztuki Tanecznej. Dziedziny "taniec" nadal oficjalnie nie ma.