Zaczyna się jak wiele wojennych martyrologicznych filmów: życie na polskich kresach; rok 1939 - wejście Sowietów; wywózka na Sybir; głód przy wyrębie lasów, dwa cukierki-konfiety dwa razy na rok, na prazdnik rewolucji i na 1 maja. To są wspomnienia dzieci, które miały wtedy 9-11 lat, dziś mają 80. Jednemu z takich 11-latków udało się wstąpić do junaków gen. Andersa, to go uratowało. Na stacji towarowej w głębi Rosji zobaczył przypadkiem siedzącą pod ścianą swoją matkę z umierającym braciszkiem. Tu go pochowali, na tej samej stacji - mówi dziś, jakby bez wzruszenia, bo nie ma na to języka.
Tylko co znaczą wcinające się raz po raz obrazy innej rzeczywistości, afrykańskiej sawanny, słoni, żyraf, hipopotamów? 8 tysięcy polskich dzieci z Rosji trafiło w 1942 roku via Teheran do brytyjskich kolonii w Afryce Wschodniej. Tam przeżyły swój raj - Syberia była ich piekłem, Sahelem. Dziś nie bardzo umieją opowiadać o tym przejściu z piekła do raju obfitości, jakim wydała im się Afryka. Kiedy mówią o Syberii, wpadają w język rosyjski, kiedy spacerują po swojej dawnej kenijskiej wiosce, zagadują w suahili. Dwie największe obcości zostały przez nich oswojone.
To niesamowite połączenie: Syberia - Afryka ma dla mnie jeszcze inne odniesienie. Nasz znajomy, ich rówieśnik, nieżyjący już Olgierd Wołyński, kiedy wypuścili go jako młodego chłopaka z łagru, znalazł się na zesłaniu w Kazachstanie. Nie widział szans na wydostanie się, myślał, że już całe życie będzie paść krowę w stepie. Był dzieckiem zamordowanych przez NKWD polskich komunistów. W Kazachstanie zaczytywał się w afrykańskich wierszach Nikołaja Gumilowa "o wsiach ze starymi bałwanami,/ Co twarz kryją w uśmiechu szalonym,/ I o lwach, co stoją nad wioskami/ I o żebra swe biją ogonem./ Niech utartą drogą dotrę wszędzie / Tam, gdzie nie ma drogi dla człowieka,/ Niech imieniem mym nazwana będzie/ Nieodkryta dotąd czarna rzeka". Myślałem o nim, oglądając ten film. Więc i on miał swoją Afrykę - wyobrażoną, poetycką - która pomagała mu przetrwać.
Źródło: Gazeta Wyborcza