Wczorajsza ceremonia oscarowa zaczęła się od formuły "Nadszedł czas...", którą wygłosiła
Barbra Streisand, zaglądając do koperty z nazwiskiem najlepszego reżysera. Chodziło jej o to, że 58-letnia Bigelow zdobyła ten tytuł jako pierwsza kobieta w historii.
„To najwspanialsze chwila w moim życiu” - jęczała wzruszona Bigelow, dedykując swój film wszystkim żołnierzom, nie tylko tym w Iraku. Chwilę później na scenę wparował Tom Hanks i powiedział, że dziesiątkę tytułów zamiast zwyczajowej piątki ubiegających się o miano najlepszego filmu po raz ostatni mieliśmy w roku 1943: „Wtedy była wojna i wygrała » Casablanca «. A teraz: » The Hurt Locker. W pułapce wojny «”.
Oniemiała Bigelow wróciła na scenę. Tym razem dedykowała Oscara wszystkim ludziom w mundurach, nie tylko żołnierzom.
"The Hurt Locker" nagrodzono także za montaż, dźwięk, montaż dźwięku i scenariusz. Tę ostatnią nagrodę zgarnął Mark Boal, który jako dziennikarz był w Iraku w 2004 r. W szczęśliwym dla siebie momencie ma tylko jeden problem - amerykański saper Jeffrey S. Sarver pozwał go do sądu za wykorzystanie w filmie jego własnej historii. Boal broni się, że przedstawił historię fikcyjną.
"Avatar" zdobył Oscary za zdjęcia, dekoracje i efekty specjalne. Rywalizacja między Bigelow i Cameronem ma o tyle zabawny podtekst, że w latach 1989-91 byli małżeństwem. Prowadzący ceremonię aktorzy Steve Martin i Alec Baldwin żartowali, że po oscarowych nominacjach Bigelow posłała Cameronowi koszyk z prezentami i bombą zegarową, a ten podziękował jej, posyłając toyotę (głośno było ostatnio o wadzie fabrycznej samochodów tej marki).
"Avatara" i "The Hurt Lockera" dzieli finansowa przepaść. Pierwszy kosztował 500 mln dol., a zarobił 2,5 mld, drugi - o budżecie 15 mln - przyniósł w świecie tylko 21 mln. W Polsce nie trafił do kin, ale właśnie ukazał się na DVD.
Kręcony w Jordanii i Kuwejcie "The Hurt Locker. W pułapce wojny" ogląda Irak z perspektywy patrolu saperskiego, który rozbraja ładunki wybuchowe. Bohaterowie są tu w świecie całkowicie dla siebie obcym: miejscowa ludność jest dla nich albo zagrożeniem (ktoś może, używając komórki, zdetonować ładunek), albo widownią, która przygląda się, czy saper przeżyje rozbrajanie, czy też nie. Bliższy kontakt żołnierze nawiązują tylko z nastoletnim chłopcem sprzedającym im filmy na pirackich DVD i grającym z nimi w piłkę. Jest tu kilka znakomitych sekwencji, np. ostrzeliwanie Amerykanów na pustyni, długo nie wiadomo przez kogo i skąd, oraz mocno zaznaczony motyw uzależnienia się od napięcia, skoku adrenaliny, który wywołuje wojna, co widzimy na przykładzie dowódcy zwiadu granego przez Jeremy'ego Rennera. Film Bigelow korzysta też z zabawnej formuły: im bardziej znany aktor, tym mniejsza rola, i szybsza śmierć granej przez niego postaci.
Bullock z Oscarem i Maliną Tegoroczna ceremonia oscarowa była szybka i płynna do momentu, w którym wyróżniano aktorów za role główne. Każdego z piątki nominowanych (pań i panów) przedstawiali jego aktorski kolega lub koleżanka. Większość przedstawiających nudziła patetycznie - najlepiej znalazł się Tim Robbins, anonsując Morgana Freemana grającego Nelsona Mandelę, w "Invictus" Clinta Eastwooda. Przypomniał, że ostatniego dnia zdjęć do "Skazani na Shawshank" Freeman powiedział mu: Przyjaciel to ktoś, kto przynosi ci kawę. Mógłbyś mi ją przynieść, Ted. Masz na imię Ted, prawda?
Wśród aktorów wygrywali faworyci. - Czy naprawdę na to zasłużyłam, czy tylko złamałam wasz opór? - spytała retorycznie 45-letnia Sandra Bullock, odbierając Oscara za odrzuconą przez Julię Roberts rolę Leigh Anne Tuohy, kobiety z południa Stanów, która adoptuje bezdomnego czarnoskórego nastolatka Michaela Ohera, a ten staje się gwiazdą futbolu amerykańskiego, w "The Blind Side" Johna Lee Hancocka.
Bullock dedykowała nagrodę "mamom, które opiekują się dziećmi, nie bacząc na to, skąd one pochodzą". Rok 2009 był dla Bullock wyjątkowo udany - jej filmy "The Blind Side" i "Narzeczony mimo woli" zarobiły 700 mln dol., czyniąc ją najbardziej dochodową aktorką amerykańską. Jednocześnie, dzień przed Oscarami, Bullock odebrała Złotą Malinę, za najgorszą rolę roku, we "Wszystko o Stevenie".
Mój brat monstrum "Dziękuję mamie i tacie, że wepchnęli mnie do tak fajnego zawodu" - powiedział 60-letni Jeff Bridges nagrodzony za rolę skrachowanego piosenkarza country w "Szalonym sercu" Scotta Coopera, który odradza się dzięki spotkaniu z zainteresowaną nim dziennikarką (nominowana Maggie Gyllenhaal). Bridges na Oscara zasługiwał już od dawna - to była jego piąta nominacja. Widownia w Kodak Theater urządziła mu, tak jak Bullock, owację na stojąco.
42-letnia czarnoskóra Mo'Nique - odbierając Oscara za drugoplanową rolę matki znęcającej się nad swą nastoletnią otyłą córką (nominowana amatorka Gabourey Sidibe) w "Precious" Lee Danielsa - pamiętała o swym starszym bracie, który w dzieciństwie wykorzystywał ją seksualnie. Przed ceremonią powiedziała w wywiadzie: Mój brat był dla mnie monstrum. Gdy reżyser mówił na planie "Akcja!", stawałam się moim bratem. Stawałam się monstrum.
- Oscar i Penelope - to uber-bingo! - podsumował 53-letni Austriak Christoph Waltz, gdy Penelope Cruz wręczyła mu Oscara za drugoplanową rolę demonicznego niemieckiego pułkownika Landy, w "Bękartach wojny" Quentina Tarantino.
Steve Martin zażartował wtedy, że Waltz ściga w filmie Żydów, a tu - Martin wskazał widownię Kodak Theater - ma ich pod dostatkiem. Martin i Baldwin wymienili się też informacją, że wąsy Brada Pitta w "Bękartach wojny" to te same, które Salma Hayek miała we "Fridzie".
Masakra delfinów Martin i Baldwin wypadli dobrze. - Czy tam siedzi James Cameron? - zapytali, i patrząc na Camerona założyli okulary do oglądania kina w 3D. Martin żartował okrutnie, że Meryl Streep ma rekord, jeśli idzie o liczbę nominacji (16), ale większość z nich przegrała. Panowie uwzięli się tego wieczoru na George'a Clooneya - co zaczęli o nim mówić, to znacząco milkli. Clooney był tym wyraźnie wkurzony.
Poważniejszy problem wywołał nagrodzony Oscarem dokument "Zatoka delfinów" o masakrze delfinów, jakiej co roku dopuszczają się Japończycy żyjący nad zatoką Taiji. Część ze schwytanych 2 tys. delfinów przekazują do delfinariów, ale większość zabijają dla mięsa. Reżyser Louie Psihoyos nazwał swój film "Listem miłosnym do Japończyków", ale protest wystosował rząd japoński, a mieszkańcy okolic Taiji upierają się, że postępowanie względem delfinów to część ich tradycji. "Zatoka delfinów" otworzy majowy festiwal Planete Doc Review w Warszawie.
Wśród dokumentów przepadł nominowany "Królik po berlińsku" Bartka Konopki, o królikach żyjących pomiędzy dwiema liniami muru berlińskiego.