Słuchanie muzyki jest błogosławieństwem w każdych czasach: za okupacji, w latach stalinowskich, w obozach i więzieniach, w biedzie. Świadectw o tym dostarczają wspomnienia Wata, dzienniki Dąbrowskiej, Iwaszkiewicza, Białoszewskiego. U Wierzbickiego rok 1955 - otwarcie Pałacu Kultury, Festiwal Młodzieży, początek odwilży - to odkrycie fantazji chromatycznej i fugi Bacha. Ale ma w swojej pamięci miejsce i dla "Mazowsza", i dla Szpilmana. "Pójdę na Stare Miasto" jest równie nieprzemijające, jak Bach. "Lubię ulicznych grajków, Okudżawę, pierwsze piosenki Beatlesów i orkiestrę Glenna Millera. Pamiętam dotąd melodię, którą 50 lat temu grali w remizie strażackiej w Murzasichlu. Lubię muzykę zabawową, wypoczynkową, ulgową. Lubię ją, dopóki jest sobą". Lubi
jazz. Bach, Chopin, Haydn, Mozart, Beethoven, Schubert, Szostakowicz - ci najwięksi, których
muzyka, jak pisze Wierzbicki, "daje Bogu szansę", są równocześnie dostarczycielami szlagierów i rozrywek, które towarzyszą nam przez życie. Stąd poufałość w opisie.
Gombrowicz pisał w "Dzienniku": "Bach jest nudny!", Beethoven "zachwyca". Jego ósmy kwartet nazwał "malinowym". Białoszewski o Mozarcie wyraża się: "Ten Mozarcina", o Vivaldim mówi: "Mocny jak grzybowy sos".
Wierzbicki za swoim przyjacielem Januszem Szpotańskim nazywa Beethovena "Lutek". O autorze "Musikalisches Opfer" pisze: "Stary Bach odjechał... Powiedział światu, co o nim myśli".
Zapach pomarańcz "Muzykalny kosmos" czytam na wyrywki. Od tych felietonów nieraz zaczynałem czytać "Gazetę Świąteczną". Są autorzy, którzy w każdej, najlżejszej nawet formie przekazują całego siebie, nie umieją inaczej. Do nich należy Piotr Wierzbicki. W tych miniaturowych szkicach o muzyce jest zapał, bezceremonialność, niezależność sądu - ten sam charakter, który cechuje Wierzbickiego jako postać publiczną, jeszcze przed kilku laty publicystę politycznego idącego pod prąd.
Związany z opozycją w latach 80. wydał na Zachodzie "Myśli staroświeckiego Polaka", pamflet na solidarnościowe cierpiętnictwo, pochwałę realizmu i mądrej politycznej
gry. W latach 90. prowadzona przez niego "Gazeta Polska" łączyła myśl narodową z ostrym atakiem na
Radio Maryja. Debiutował w latach 70. książką "Entuzjasta w szkole", pomyślaną jako "Anty-Ferdydurke". Pamiętam tę książeczkę - autoportret nauczyciela peerelowskiej szkoły. Wierzbicki uczył w szkole przez 10 lat. Książka wbrew oczekiwaniom nie była skargą na system szkolny - była pochwałą swobody. Nauczyciel, który wie, czego chce - twierdził autor - choć ma nad sobą drabinę przełożonych, na swojej lekcji jest panem. Zapamiętałem szczegół jak z Prousta - opis rozpoznania dobrej klasy: po zapachu pomarańcz.
Wierzbicki należy do pokolenia, które wchodziło w życie w czasach polskiego Października. Mam wrażenie, że na wszystkie lata po 1956 roku aż do dziś starczyło mu poczucia, że "na swojej lekcji nauczyciel jest panem". Skąd czerpał to pańskie poczucie niezależności, tę staroświecką zdolność do samodzielnego ogarniania różnych dziedzin wiedzy, filozofowania, tworzenia własnych systemów?
Przyznaje, że ma to po dziadku Andrzeju Wierzbickim, przedwojennym "bojowniku liberalizmu gospodarczego", prezesie Lewiatana, największej izby polskiego biznesu, który zarazem fascynował się kosmologią, w swoim majątku uczył wnuka rozpoznawania głosów ptaków i wpajał mu zamiłowanie do wielkiej literatury rosyjskiej. Artysta życia.
Traktacik o słuchaniu muzyki Teksty zebrane w "Muzykalnym kosmosie" mówią nie tyle o muzyce, ile o jej słuchaniu. Słuchanie muzyki może być wsparte wykształceniem, jak u Wierzbickiego, ale może być pasją kompletnie amatorską, do której wystarczą słuch muzyczny i trochę pamięci. W obu przypadkach muzyka staje się wątkiem, który spaja całe nasze życie. Kiedy słucham po latach znajomych utworów, pokonuję czas, wracam do siebie dawnego, do pierwotnego doznania.
Słuchanie muzyki jest przenikaniem się różnych psychik: kompozytora, tego, kto wykonuje utwór, i tego, kto go słucha. Ale w grę może wchodzić jeszcze ktoś - kto zwrócił mi uwagę na ten utwór lub pisząc o nim, zaraził mnie swoim przeżyciem.
Słuchając muzyki, nigdy nie jestem sam. Pozostaję w ciągłym dialogu z drugą świadomością, z wieloma różnymi świadomościami. Wynika stąd pytanie filozoficzne: czy istnieje wspólny mianownik dla tych przeżyć? Czy muzyka stanowi duchową podszewkę świata? Czy nie to właśnie mówiła zapomniana starożytna koncepcja "harmonii sfer", muzyki, przenikającej całość istnienia, muzyki, której (na szczęście) nie możemy usłyszeć?
Na końcu zbioru felietonów, szkiców, aforyzmów autor, nie zmieniając frywolnego, gawędziarskiego tonu, umieszcza traktacik o "muzyce i wszechświecie". To łączy "Muzykalny kosmos" z opublikowanym w 2009 "Zapisem świata. Traktatem metafizycznym", książką, w której Wierzbicki stawiał hipotezę Boga o nieczystym sumieniu, który "wyposaża śmiertelników w ratunkowe spadochrony", żeby mogli je "otworzyć i poaniołkować... tam, gdzie się już nigdy nie umiera". Teraz dowodzi, że Jan Sebastian Bach swoją muzyką robi to samo.
Ostatnia symfonia Haydna Czytam książkę Wierzbickiego i raz po raz ją odkładam - nastawiam płyty z utworami, o których czytałem. Nie Rok Chopinowski, tylko te właśnie teksty sprawiły, że wróciłem do Chopina, dawkowanego w odstępach paroletnich. Pociągnęło mnie zwłaszcza to, co Wierzbicki napisał o Polonezie-Fantazji, który nazwał polonezem-pułapką, z jego "trudnym pięknem", "gestem wahania" i "rysem wykalkulowanej brzydoty".
Jak przenikliwie z powstrzymywaną czułością opisuje swoje przeżycie 104. symfonii Haydna. Pamiętam, kupiłem ją wiosną 1989, jako ostatnią, i miałem poczucie, że kończy się jakaś epoka, bo Haydn przestał dla mnie pisać symfonie. Wierzbicki niósł zdobyte nagranie sto czwartej z clevelandzką orkiestrą pod George'em Szellem, pod koniec lat 80., przez zimowy Boston, podczas burzy śnieżnej, która okazała się "bezpieczna, nieszkodliwa" - jak Haydn. "Gdy ogarnia nas zwątpienie, że temat części drugiej jakoś nie może się rozwinąć", muzyka wznosi się, opada i "raptem dobywa się z niej westchnienie, falujące, wolno gasnące, jakby wyjęte z jakiegoś nokturu Chopina. Haydn nigdy się nad sobą nie rozczula, ale teraz staje się jasne, po co były te długie wstępy: dla tych kilku sekund...". Jego symfonie, wysłuchane od pierwszej do ostatniej, Wierzbicki nazywa "podróżą" godną tego, by wysłać je w kosmos. Starczą za cały opis życia na Ziemi. Ceni Haydna za to, że "nie przeżywa ani nie każe przeżywać. On tylko opowiada, opisuje... Nie zawodzi, nie zdradza, daje poczucie bezpieczeństwa".
Pamiętam, że podczas obrad jury Nike Wierzbicki obruszył się na to, jak w powieści "Gnój" Wojciech Kuczok bez wyczucia potraktował Haydna, jego muzyki i nazwiska używając jako ojcowskiego narzędzia tortur. "Wolę Haydna" - oświadcza - choć równocześnie podziwia "pukniętego" Beethovena. Ale najwięcej uwagi poświęca jego ostatniej sonacie fortepianowej op. 111 składającej się z dwóch części, o których ktoś powiedział "samsara" i "nirwana". On ją kojarzy ze wspinaniem się "ostro i pogodnie", aż poprzez masywną kurtynę przebije się jasny ton.
Tu chodzi o coś głębszego niż wybory estetyczne. To jest poszukiwanie takiej postawy, która podnosi na duchu pomimo tragizmu. Wierzbicki jest wszystkożerny. Uznaje zarówno Johanna Straussa, tego od walców, jak i Richarda Straussa, którego "Cztery ostatnie pieśni" nazywa najpiękniejszym utworem świata. Ale najbardziej podziwia w muzyce dystans - jak w kompozycjach Haydna czy jak w wykonaniach legendarnego pianisty z początku wieku Józefa Hofmanna. Nazywa Hofmanna "inżynierem", bo grał tak, jakby "tłumaczył znaczenie każdego dźwięku".
Piotr Wierzbicki
Muzykalny kosmos
Świat Książki, Warszawa