Ale krakowski prozaik naprawdę nie ma się czego wstydzić - wypracował ciekawą formułę prozy, w której celne obserwacje rzeczywistości interesująco łączy z niesamowitościami nie z tego świata. Choć od jakiegoś czasu tę formułę stara się modyfikować, czego kolejnym dowodem jest jego najnowszy tom opowiadań.
W pisanych w ostatnich latach tekstach - wyraźnie widoczne jest to choćby już w powieści "Święty Wrocław" (2009) - zdecydowanie bardziej zdaje się go zajmować "strefa mroku", świat widm i upiorów, tajemniczych, odwiecznych sił, który skrywają się pod podszewką rzeczywistości, wpływając na losy ludzi. Przy tym w odróżnieniu od popularnych teraz powieści - dla przykładu Stephanie Meyer czy Charlaine Harris - których autorzy po prostu łączą świat widzialny z niewidzialnym, wymyślając przestrzeń, w której obok siebie, na tych samych prawach funkcjonują ludzie, wampiry, wilkołaki czy inne demony, Orbitowski decyduje się na rozwiązanie dużo bardziej wyrafinowane, niejednoznaczne. U autora "Nadchodz"i owa "strefa mroku" umieszczona zostaje gdzieś na styku wyobraźni bohaterów i tajemnicy. Inaczej rzecz ujmując: nie jest do końca jasne, czy groteskowe i przerażające stwory pojawiają się wskutek psychicznego rozchwiania bohaterów czy faktycznie istnieją gdzieś na granicy ludzkiego poznania. Czy szpital, w którym leczy się nie ciało, lecz duszę (opowiadanie "Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj") nie jest przypadkiem jedynie majakiem bohaterki, która niezbyt dobrze radzi sobie z tym, że zaszła w ciążę? Czy opowiadanie o demonicznym domu, w którym popełniono zbrodnię i który przez dziesięciolecia - dosłownie - ściga ojca narratora opowiadania tytułowego (zresztą, chyba najciekawszego w całym tomie), nie stanowi tylko formy oswajania przez fantastyczną opowieść traum przeszłości? Kim jest Julian Armeńczyk, o którym opowiada narrator w tekście otwierającym tom? Demonem wojny a może wcieleniem polskiej bitności? Na takie pytania czytelnik tekstów Orbitowskiego musi sobie próbować odpowiadać sam.
Oczywiście, nie każdego tego rodzaju dylematy muszą zajmować. Zaletą Orbitowskiego jest pomysłowość i łatwość tworzenia intrygujących, czasami niesamowitych, czasami dziwnych fabuł. Przykładem jest niezbyt długie opowiadanie "Zatoka Tęczy", w której pisarz nawiązuje do znanej spiskowej teorii o tym, że Amerykanie w rzeczywistości wcale nie wylądowali na Księżycu a film z Armstrongiem, skaczącym po srebrnym globie, nakręcono w studio na Ziemi. Bohaterem tekstu jest były radziecki kosmonauta, który doleciał na Księżyc kilka lat przed Amerykanami i zobaczył tam coś, co zmieniło nie tylko jego życie a co przez władze sowieckie trzymane było w głębokiej tajemnicy.
Czytając nowy zbiór opowiadań Orbitowskiego, zastanawiałem się, co tak na prawdę przyciąga mnie do tej prozy (bo przyciąga). Jej atrakcyjność fabularne? Solidność literackiego rzemiosła pisarza? To też. W tym przypadku jednak głównie ciekawy sposób w jaki Orbitowski łączy zaczerpnięte z pop kultury schematy z odniesieniami do naszej tradycji kulturowej, w szczególności - do romantyzmu, co widoczne jest na przykład w wyraźnym eksponowaniu w całym tomie motywu: "nie ma winy, bez kary". Czasami w ramach kary pojawia się korowód potwornych widm. Bywa, że warto sprawdzić, czy któreś z nich nie ma naszej twarzy.
Nadchodzi
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie, Kraków
Źródło: Gazeta Wyborcza