Nowa płyta geniusza gitary. Wychowywany przez babcię nieśmiały chłopak z rozbitej rodziny. Wstydził się biedy. Wyśmiewany w szkole za dziwaczne ubrania. Uciekał w muzykę, całymi godzinami słuchając płyt i ćwicząc na gitarze
okładka płyty
Okładka płyty ''Valleys of Neptune'' Jimiego Hendrixa
W sklepach na całym świecie jest już jego najnowsza płyta "Valleys of Neptune". Nowa? Hendrix nie żyje już 40 lat! Ale historia popkultury zna podobne przypadki. Zawsze gdzieś w piwnicy, garażu czy w szufladach starego studia nagraniowego znajdą się archiwalne, wcześniej nieznane nagrania, które można ubrać w formę albumu i rzucić na sklepowe półki. Tym bardziej że we wrześniu jest okrągła rocznica śmierci Jimiego, a show-biznes umie wykorzystać takie okazje.
- Jestem marką. Ludzie postrzegają mnie przez pryzmat tego, kim się stałem - mówił Hendrix w wywiadzie udzielonym kilkanaście miesięcy przed śmiercią.
Marka "Jimi Hendrix" trzyma się świetnie. Wciąż jest rockowym mitem. I jako mit rozpala wyobraźnię kolejnych pokoleń muzyków.
Jimi jako archetyp rockowego wymiatacza . Bóg gitary, wielki rewolucjonista gitarowej techniki, prekursor nowych trendów w muzyce popularnej, który wyprzedzał swoje czasy o lata świetlne. Kilkanaście najbardziej rozpoznawalnych kompozycji z jego repertuaru. Wśród nich obowiązkowo "Hey Joe", "Little Wing", "Voodoo Child" i "All Along the Watchtower". Biały fender stratocaster i jego głębokie, brudne brzmienie, które podobnie jak dziesiątki gitarowych trików próbują podrabiać zastępy młodych gitarzystów.
Jimi na festiwalu Monterey Pop w 1967 r. Nieznany nikomu gitarzysta mańkut, który po sławę musiał wyjechać z rodzinnych Stanów do Wielkiej Brytanii, aby ze zmontowanym tam zespołem wrócić i rzucić na kolana amerykańską publiczność swoją żywiołową i pełną zapierających dech w piersiach technicznych sztuczek grą.
Jimi showman grający zębami na gitarowych strunach i symulujący stosunek seksualny ze wzmacniaczem. Człowiek demolka, który najpierw rozwala swój instrument w drzazgi, potem podpala to, co z niego zostało, i schodzi ze sceny, zostawiając na widowni zszokowaną intensywnością występu publiczność.
Jimi - symbol epoki hippisów. Wzorzyste stroje, imponujące spodnie dzwony, kurtki z frędzlami, kapelusz z orlim piórem i charakterystyczne, pogrążone w artystycznym nieładzie afro. Niezwykłe, wpisujące się idealnie w etos dzieci kwiatów, etniczne pochodzenie - w jego żyłach mieszała się krew potomków czarnych niewolników, meksykańskich imigrantów oraz Indian z plemienia Czirokezów. Psychodeliczne, odurzające kolorami okładki płyt.
I oczywiście występ na festiwalu w Woodstock . Jimi kończący wielką imprezę swoją niesamowitą, pełną gitarowych sprzężeń wersją amerykańskiego hymnu "Star Spangled Banner", która pod jego palcami przebierającymi po gryfie przeradza się w jedno wielkie oskarżenie wojny w Wietnamie.
Hendrix jako wzór rockowej gwiazdy. Gigantyczne ilości narkotyków, które wrzucał w siebie całymi garściami. Legendy o niezliczonych miłosnych podbojach. Skandalizująca sesja zdjęciowa do okładki albumu "Electric Ladyland" przedstawiająca pokaźny tłumek golusieńkich dziewczyn, która tak wystraszyła szefów wytwórni płytowej Jimiego, że zdążyła tylko ozdobić pierwszą brytyjską i niemiecką wersję płyty, zanim na dobre zastąpił ją alternatywny projekt graficzny. Barwna opowieść o niezwykle owocnym spotkaniu z Cynthią Plaster Caster - specyficzną groupie, która nie dość, że stawiała sobie za cel zaliczyć jak największą liczbę muzyków rockowych, to z każdego takiego spotkania wynosiła szczególne trofeum: odciśnięty w plastycznym tworzywie model penisa swojego kochanka we wzwodzie.
Wreszcie sama jego śmierć. Zagadkowa. Przypadkowa, bo spowodowana niezamierzonym przedawkowaniem środków nasennych zmieszanych z alkoholem, co wywołało wymioty, którymi udławił się śpiący muzyk? Samobójcza, jak utrzymywał wokalista The Animals Eric Burdon? A może morderstwo? Jimiego, wlewając mu przez sen wino do gardła miał zabić menedżer Mike Jeffery, z którym gitarzysta chciał zerwać współpracę.
Za herosem kryje się zupełnie inny Jimi. Wychowywany przez babcię nieśmiały chłopak, który przez długie lata wstydził się biedy, w jakiej żyła jego rozbita rodzina. Wyśmiewany w szkole ze względu na dziwaczne ubrania nastolatek, który uciekał w muzykę, całymi godzinami słuchając płyt i ćwicząc na pierwszej, podarowanej przez ojca gitarze. Początkujący muzyk kopiujący pilnie nie tylko gitarowe riffy, ale i wszystkie sceniczne grepsy gwiazd lat 50. - do jego popisowych sztuczek należał między innymi "kaczy chód" spopularyzowany przez Chucka Berry'ego.
Chłopak, który po paru chuligańskich wybrykach zamiast odsiadki wybrał przymusową służbę wojskową (do czego później bardzo niechętnie się przyznawał) i który dla uzyskania wcześniejszego zwolnienia z armii miał udawać skłonności homoseksualne. Wreszcie stawiający pierwsze kroki na scenie zawodowy instrumentalista odbębniający niezliczone chałtury w zespołach mniej lub bardziej znanych artystów z pierwszej połowy lat 60.
Hendrix mimo wielkiej sławy i statusu gitarowego guru na zawsze pozostał niepewnym siebie, wrażliwym nastolatkiem. Prywatnie nie miał w sobie nic z kipiącego na scenie energią i rozwalającego instrumenty rockmana. Wyciszony i skupiony niemal non stop na muzyce bez gitary w ręku bywał podobno najzwyczajniej w świecie nudny.
A i sceniczne ekscesy w jego wykonaniu wydawały się czasami wybrykami zahukanego ucznia, który nagle zapragnął zwrócić na siebie uwagę. - Nie planuję wszystkich tych demolek. Czasami po prostu myślę, że fajnie byłoby zrobić coś takiego. Wszystko dzieje się spontanicznie - tłumaczył się zakłopotany, gdy brytyjski dziennikarz zapytał go, co chce wyrazić, niszcząc swój instrument podczas koncertu.
Dałby czadu
Jaki Hendrix wyłania się z "Valleys of Neptune"? Płyta składa się z utworów nagranych w czasach jego największej popularności - od 1967 do 1969 r. Poza numerem tytułowym jest tu jeszcze tylko kilka naprawdę niepublikowanych wcześniej nagrań. Większość to kompozycje, które fani dobrze już znają, np. "Sunshine of Your Love" z repertuaru grupy Cream czy słynne "Fire", "Stone Free". W sumie więc żadnych zaskoczeń. To przede wszystkim Jimi z rockowego mitu. Imponujący techniką i muzyczną wyobraźnią, porywający riffami i brzmieniem gitary. "Valleys of Neptune" może i nie dodaje do jego wizerunku żadnych nowych elementów. Nie może też się mierzyć z płytami z oryginalnej dyskografii gitarzysty. Ale skutecznie przypomina to wszystko, co sprawiło, że Hendrix skutecznie zapracował na miano rockowego geniusza.
Jest też w tej płycie coś jeszcze. W ostatnich wywiadach przed śmiercią Jimi sprawiał wrażenie wyraźnie zagubionego. Chętnie opowiadał o muzycznych planach na przyszłość. Za każdym razem jednak kreślił inną wizję tej przyszłości. Przebąkiwał coś o współpracy z awangardowym jazzmanem Sun Ra. Rozważał powrót do korzeni i granie prostego rock and rolla w podstawowym gitarowym składzie.
Marzył o stworzeniu wielkiego rockowego big-bandu, który przełamywałby granice stylów i gatunków. Z perspektywy czasu wielu muzyków i krytyków utrzymuje, że wszystkie te projekty nie zaowocowałyby niczym wyjątkowym - Hendrix najbardziej rewolucyjny i nowatorski okres twórczości miał już za sobą.
Gdy jednak na "Valleys of Neptun" słuchamy, jak z bluesowego numeru Elmore'a Jamesa "Bleeding Heart" robi kawałek prawie funkowy, jak swinguje i bawi się rytmem w "Lover Man" czy jak prowadzi wzorcowo soulową linię wokalną w "Ships Passing Through the Night", łatwo uwierzyć, że bez względu na to, jaką wybrałby drogę, pewnie czymś by nas zaskoczył.