Podobnie jak w innych krajach europejskich, w Polsce osoby, które czują się pokrzywdzone artykułem w prasie, książką czy programem telewizyjnym, mogą bronić swojego wizerunku przed sądem. Razem z pozwem mogą składać wniosek o zakaz publikacji materiałów, które ich zdaniem naruszają ich dobra osobiste. Na mocy tego przepisu (tak zwanego zabezpieczenia powództwa) polskie sądy w minionych latach wielokrotnie zabraniały publikacji artykułów, programów telewizyjnych czy filmów.
Tygodnikowi "Nie" sąd zakazał publikacji artykułu o hotelu Bristol, a "Dziennikowi Bałtyckiemu" jakichkolwiek artykułów na temat spółki Banpol. "Rzeczpospolita" przez ponad rok nie mogła publikować żadnych artykułów na temat biznesmena Andrzeja Perczyńskiego, któremu wcześniej zarzucała udział w wyprowadzaniu pieniędzy z
PZU SA. Na wniosek spółki Bartimpex sąd zakazał rozpowszechniania książki Witolda Michałowskiego na temat udziału Bartimpexu w budowie gazociągu jamalskiego. Jeśli materiał został już pokazany, sądy zakazywały ponownej emisji. Tak się stało z dokumentem
TVP o wydarzeniach radomskich w 1976 roku, który wstrzymano na wniosek byłego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
Najbardziej znanym przykładem zakazu prewencyjnego jest film "Witajcie w życiu" Henryka Dederki opowiadający o kulisach działalności sieci sprzedaży bezpośredniej Amway. Na wniosek dystrybutorów Amwaya jego emisja została zablokowana w 1997 r., zakaz obowiązuje do dziś i są małe szanse, że kiedykolwiek zostanie uchylony.
Ochrona czy cenzura W opinii Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka polskie przepisy o zabezpieczeniu powództwa w praktyce prowadzą do cenzury prewencyjnej zakazanej w konstytucji. Przyczyną jest przewlekłość postępowania oraz brak procedur pozwalających na szybkie rozstrzygnięcie sprawy o ochronę dóbr osobistych. Zakazy obowiązują do wydania prawomocnego wyroku, a na ten trzeba czekać latami. W tym czasie zablokowane materiały tracą aktualność i nawet jeśli sąd przyzna rację pozwanym, nikt się już nimi nie interesuje.
Zdaniem dr. Ireneusza Kamińskiego z Instytutu Nauk Prawnych PAN decyzje polskich sądów stały w rażącej sprzeczności z praktyką innych państw demokratycznych i europejską konwencją praw człowieka. Kamiński: - Przed kilkoma laty byłem szefem zespołu przygotowującego dla Rady Europy przegląd prawa i praktyki prawnej związanej z wolnością mediów w młodych demokracjach. Słuchacze nie mogli uwierzyć, że polskie sądy tak łatwo wydawały prewencyjne zakazy.
W innych krajach Unii prewencyjne zakazy publikacji stosowane są niezmiernie rzadko, zwłaszcza wobec materiałów prasowych. W Szwecji, Hiszpanii i Włoszech zakaz publikacji jest całkowicie wykluczony. Autor i wydawca mogą ponieść odpowiedzialność za złamanie prawa, ale dopiero wtedy, kiedy artykuł czy książka ukażą się. W Norwegii, Holandii i Niemczech sądowe wstrzymanie publikacji jest dopuszczalne, ale stosuje się je wyjątkowo, kiedy chodzi np. o ochronę porządku czy bezpieczeństwa publicznego. We Francji można wstrzymać publikację ze względu na ochronę prywatności, ale sądy zachowują się powściągliwie i w każdym przypadku ważą interes mediów i osób dotkniętych wypowiedzią.
Zakazany "Łowca szpiegów" W 1987 roku brytyjski sąd na wniosek władz zablokował wydanie książki "Łowca szpiegów" Petera Wrighta, byłego agenta wywiadu MI5, opowiadającej o nielegalnych działaniach służb. "Łowca" ukazał się jednak w
USA i w Australii. Wydawcy brytyjscy zaskarżyli decyzję do Trybunału w Strasburgu, który orzekł, że zakaz co prawda był zgodny z europejską konwencją praw człowieka, ale po ukazaniu się książki w USA powinien zostać zniesiony. Aż dziesięciu na 24 sędziów uważało, że do naruszenia konwencji doszło także w pierwszym okresie, kiedy książka jeszcze się nie ukazała za oceanem.
Po kilku przegranych wyrokach w Strasburgu
Wielka Brytania przyjęła w 2000 roku ustawę o prawach człowieka (Human Rights Act), która wzmocniła ochronę wypowiedzi i zaostrzyła wymogi dla zakazu publikacji. Żeby go uzyskać, trzeba dowieść, że autor artykułu czy książki działał ze złośliwą intencją - co jest niezwykle trudne. Nie dojdzie do wydania zakazu, jeśli pozwany wskazał, że jego wypowiedź jest prawdziwa.
Również w Stanach Zjednoczonych zakaz stosowany jest rzadko, bo jest sprzeczny z Pierwszą Poprawką do konstytucji o wolności słowa. Nawet w sprawach o ochronę bezpieczeństwa narodowego sądy odrzucają takie wnioski - tak było z publikacją tzw. materiałów Pentagonu w "New York Timesie" w 1971 roku, serii artykułów o polityce USA wobec Wietnamu, które chciał zablokować rząd.
Pocięty "Wielki błękit" Niechęć sądów do wydawania zakazu publikacji nie oznacza, że osoby prywatne są pozbawione możliwości ochrony swojego wizerunku. W Stanach Zjednoczonych przed publikacją kontrowersyjnych materiałów wydawców wstrzymuje groźba wysokich odszkodowań. W ubiegłym roku prawnicy golfisty Tigera Wooda zablokowali w ten sposób publikację jego nagich zdjęć w internecie.
We Włoszech sądy mogą nakazać usunięcie fragmentów filmu czy książki, które znalazły się już na rynku. Przykładem jest głośna sprawa filmu "Wielki błękit" Luca Bessona z 1988 roku, opartego na autentycznej rywalizacji dwóch mistrzów nurkowania Włocha Enzo Maiorki i Francuza Jacques'a Mayola. Maiorca pozwał producenta do sądu, zarzucając, że film narusza jego wizerunek - pokazuje go jako sycylijskiego mafioso. Sąd nakazał usunięcie kontrowersyjnych fragmentów, na co z kolei nie zgodził się reżyser. Przez 14 kolejnych lat film nie był wyświetlany we Włoszech. Do ugody doszło dopiero w 2002 roku, po śmierci drugiego z bohaterów filmu - Mayola. Besson wprowadził zmiany i film - krótszy o 50 minut - dopuszczono do dystrybucji.
Oczywiście Włosi mogą oglądać "Wielki błękit" w oryginalnej, nieocenzurowanej wersji, wystarczy, że zamówią ją w innym kraju przez internet.
Zamrożona dyskusja o "Różyczce" W Polsce kilka lat temu znowelizowano przepis o zabezpieczeniu powództwa, nie jest on już tak restrykcyjny jak kiedyś. Sąd może dzisiaj odmówić udzielenia zabezpieczenia, jeżeli sprzeciwia się temu ważny interes publiczny. Jednym z argumentów sądu okręgowego przeciw blokowaniu książki Domosławskiego był fakt, że Ryszard Kapuściński był osobą publiczną, a ochrona prywatności takiej osoby jest słabsza.
Kwestia, jak pogodzić wolność słowa z prawem do ochrony wizerunku i prywatności, pozostaje jednak otwarta. Dr Ireneusz Kamiński uważa, że rozwiązaniem jest czytelne i konsekwentne orzecznictwo: - Wypowiedzi czy publikacje dotyczące zagadnień o publicznym znaczeniu nie powinny spotykać się z sankcjami prawnymi, a jeśli już sankcja jest, to musi być solidnie i przekonująco uzasadniona. I musi być proporcjonalna - to znaczy nie może "mrozić" debaty. To wynika z orzecznictwa strasburskiego, nadal nie najlepiej przyswojonego w Polsce.
Kamiński przypomina, że na 15 wyroków dotyczących swobody wypowiedzi Polska przegrała 14. Cztery lata temu rzecznik praw obywatelskich zaskarżył przepis o zabezpieczeniu powództwa do Trybunału Konstytucyjnego, wyrok nie zapadł do dzisiaj.
Tymczasem pojawia się nowe zjawisko: blokowanie publikacji poprzez samą groźbę wytoczenia procesu. Prawnik Ewy Beynar-Czeczott, córki Pawła Jasienicy, rozesłał niedawno do redakcji list, w którym uprzedza, że każdy, kto nawiąże do historii jej ojca i jego rodziny w kontekście filmu "Różyczka" w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego, naruszy jej dobra osobiste. Fabuła filmu została zainspirowana wielokrotnie opisywanymi przypadkami twórców z krajów komunistycznych (Jasienicy, ale także Brechta czy Jesienina), których partnerki współpracowały ze służbą bezpieczeństwa. Redakcja miesięcznika "Kino" już wycofała się z publikacji wywiadu z reżyserem.