http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak Śląsk uwiódł fotoreportera

Aleksandra Klich
2010-03-06, ostatnia aktualizacja 2010-03-05 18:00

Tomasz Tomaszewski koi rany Górnego Śląska. Podsuwa Ślązakom swoje zdjęcia i mówi: zobaczcie, jacy jesteście piękni. I dobrzy

Na tych zdjęciach Śląska nie ma hałd, dymy pachną. Górnicy wyglądają jak greccy bogowie: piękni, nawet jeśli mają piwne brzuchy. Sympatyczna pani w okularach to nauczycielka czy księgowa? Bo niemożliwe, że to pracownica spłuczki, czyli takiego miejsca w kopalni, gdzie węgiel oddziela się od kamienia...

Fotograficzny cykl Tomasza Tomaszewskiego, jednego z najbardziej utytułowanych i doświadczonych polskich fotoreporterów, którego wielu zapamiętało za sprawą zdjęć Romów i mieszkańców dawnych pegeerów, nazywa się "Cześć pracy". Ten nieco panegiryczny tytuł znakomicie oddaje charakter projektu, który jest konsekwencją oczarowania Śląskiem, wynikiem zachwytu jego egzotyczną dla wielu mieszkańców Polski odmiennością.

Nim Tomaszewski przyjechał do Katowic, wiosną zeszłego roku znał region z przypadkowych wizyt i czarno-białych fotografii kolegów fotoreporterów. Pamiętał hałdy owiane ponurym dymem, dzieci biegające po szarych podwórkach, zrujnowane górnicze osiedla.

Gdy zobaczył wiosenny Śląsk, zaskoczyły go kolory: - Czerwień, brąz, zieleń, którymi Ślązacy malują swoje domy, okna, drzwi, to zupełnie inne barwy niż w centralnej Polsce. Być może to sprawa tego, że na południu światło pada pod innym kątem, może coś jest w powietrzu, a może tam używają innych farb? - opowiadał mi o swoich pierwszych wrażeniach.

Pięć razy zjeżdżał do podziemi wysokometanowych kopalń. Po sześć, siedem godzin fotografował w upale i kurzu górników. Krążył między domami, wchodził do kopalnianej łaźni, towarzyszył ludziom podczas procesji Bożego Ciała i Drogi Krzyżowej.

Wchodził we wnętrze śląskiego potwora coraz bardziej olśniony. Twierdzi, że znalazł na Śląsku to, czego nie mógł odnaleźć w dawnych pegeerach. - Ślązacy obronili swoją odmienność: język, rytuały, obyczaje, ale też przyjaźń, religię, rodzinę - mówi. I pokazuje, jak górnicy pomagają sobie w łaźni, wzajemnie myjąc plecy, a potem razem piją wódkę z okazji urodzin syna jednego z nich. Podgląda dzieci radośnie podrzucające kwiatki podczas procesji Bożego Ciała. Fotografuje dziadków z wnukiem bawiących się podczas festynu na Nikiszowcu.

Na jego wystylizowanych fotografiach Śląsk oszałamia kolorami jak świat Cyganów ze zdjęć sprzed wielu lat, sprzed czarno-białego "Rzutu beretem". Tomaszewski wydobywa z krajobrazów każdy ślad barw, nasącza go, podkreśla: zieleń stalowej konstrukcji w hucie, czerwień parapetów w familokach na Nikiszowcu, wrzosowy ślad na kolejowych szynach. Błyskają barwami ubrania górników wiszące na łańcuchach, pryskają świetliste łuny, gdy pracownicy Huty Katowice krzątają się w srebrnych strojach wokół wielkiego pieca. Snop światła przecina ciemne zdjęcie zrobione w hucie, przynosząc ulgę ponuremu krajobrazowi. Tak jak błękitne niebo koi krajobraz pokopalnianych ruin.

Tomaszewski koi rany Górnego Śląska, bandażuje je. Podsuwa Ślązakom swoje zdjęcia i mówi: zobaczcie, jacy jesteście piękni. I dobrzy. Kochacie gołębie, potraficie się po męsku przyjaźnić. Wasza praca jest ważna dla Polski.

I tu w zdjęcia Tomaszewskiego wdziera się fałsz. Kolory z fotografii trudno dostrzec w rzeczywistości. Pojawiają się na kliszy dzięki technicznej sprawności fotoreportera, mistrza oświetlenia. Niektóre zdjęcia, np. z ćwiczebnej akcji ratunkowej, choć wysmakowane jak renesansowe malarstwo, ranią sztucznością.

Malowany kolorami przez Tomaszewskiego przemysłowy Śląsk to piękna bajka o świecie, który odchodzi w przeszłość. Fotograf z czułością pochyla się nad nim i pokazuje to, co jeszcze jest. Pięknie, bo o umierającym trudno przecież mówić źle. To syreni śpiew Śląska.

A katastrofa jest tuż-tuż. Oto huta, która pracuje trzy, cztery dni w tygodniu, oto ruiny jakiegoś zakładu. W tym, co zostało z okien, stoją chłopcy w kąpielówkach i łowią ryby w stawie utworzonym z uwolnionych podziemnych wód.

Ostatni taki martenowski piec, ostatni taki górnik-bohater, który niesie biało-czerwoną flagę, ostatni taki wozak, co węgiel wozi konnym zaprzęgiem, ostatni krawiec, co szyje mundury górnicze. To wszystko muzealne eksponaty jak upozowany na gdańskiej szafie nagi górnik, pan Henryk. Pokazane czule, z miłością, ale to uczucie to sentyment turysty, który na chwilę wpadł na Śląsk i oczarowany jego egzotyką fotografuje resztki jego wielkości, to, co zostaje z ginącego plemienia, jego tradycji, kultury, odchodzącego w przeszłość przemysłu. To w dużej mierze zdjęcia ze skansenu.

Są jednak trzy zdjęcia, które mnie naprawdę poruszyły. Pierwsze, na którym pracownicy koksowni Jadwiga z czułością sadzą rośliny, zmieniając brudną koksownię w zaplecze sklepu ogrodniczego, tchnie wiarą, że ludzie mogą naprawić, co zniszczył przemysł.

Na drugim grupka górników słucha dyspozycji sztygara przed rozpoczęciem pracy. Wśród nich twarz osiemnasto-, może dziewiętnastolatka. Delikatne, prawie dziewczęce rysy. Lekko uniesione brwi. Ufne, jasne spojrzenie. Co on tu robi? Przecież powinien być w szkole Dlaczego młodzi chłopcy, niepomni na przestrogi, że kopalnia to ciężka i niebezpieczna robota, rzucają naukę i idą kopać węgiel?

Trzecie zdjęcie z pozoru banalne - chłopiec wykopuje gdzieś wysoko piłkę - ale przeraził mnie zamieszczony obok opis: dziewięcioletni Dawid zwierza się, że chce być górnikiem. Jak ojciec.

Wolałabym, żeby zamiast kopać piłkę i węgiel, chodził do szkoły. I marzył, żeby zostać lekarzem.

Zdjęcia Tomasza Tomaszewskiego z cyklu "Cześć pracy" (z podpisami przygotowanymi przez Dariusza Kortkę) można oglądać w Górnośląskim Centrum Kultury w Katowicach do 21 marca

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów