Paweł T. Felis: Podobał się panu „Walc z Baszirem”? Samuel Maoz: Tak, chociaż to kino zupełnie inne niż moje. Dla Ariego Folmana najważniejsze było rozliczenie się z własną przeszłością, dla mnie - pokazanie wojny z perspektywy zwykłego żołnierza. A wojenny absurd wygląda zawsze tak samo.
I pan, i Folman, i Joseph Cedar, twórca „Twierdzy Beaufort”, braliście udział w pierwszej wojnie libańskiej na początku lat 80. i wszyscy powracacie do tego doświadczenia w swoich filmach. Dlaczego teraz? - Trzeba było lat, żeby nasze pokolenie mogło tamtą wojnę głośno odreagować. Kiedyś przyznawanie się do traumy było czymś wstydliwym i niewybaczalnym. Jeśli wróciłeś z dwiema rękami i nogami, i niespalonym ciałem, nie miałeś prawa czuć się ofiarą. Pouczano nas: "Byliście na wojnie? My przeszliśmy przez obóz koncentracyjny!".
Od dziecka przechodziliśmy pranie mózgu: byliśmy pokoleniem dzieci rodziców, którzy przeżyli Holocaust. Pamiętam nauczyciela w szkole, który miał na ręce numer obozowy i krzyczał do nas: "Za swój kraj musicie oddać swoje życie!". Mieliśmy naście lat, chcieliśmy umawiać się z dziewczynami, ale nikt nie pytał, czy chcemy iść do armii - to było tak naturalne jak pójście do szkoły. Jeśli ktoś nie szedł z powodów zdrowotnych, patrzono na niego jak na wyrzutka.
Przełomem była druga wojna libańska z 2006 roku. Bo nagle problem przestał dotyczyć tylko nas - okazało się, że pokolenie naszych dzieci znów ma umierać w kolejnej bezsensownej wojnie. Wtedy zaczęliśmy mówić.
Wojna w Libanie przestała być tabu? - Diametralnie zmieniło się podejście do wojny. Stworzono np. w Izraelu specjalny program dla byłych żołnierzy, którym pomagali lekarze, terapeuci i psychiatrzy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie było.
„Liban” jest filmem autobiograficznym? - Tak, chociaż rzeczywistość w "Libanie" jest nieco skondensowana. Ale nie ma tam fikcji: byłem wtedy czołgistą i opowiadam o tym, co przeżyłem.
Pamięta pan pierwsze wrażenie z wojny? - Pierwszy rozkaz brzmiał: strzelać do każdego samochodu, który się pojawi. Ale kiedy nadjechał
samochód, zobaczyłem w nim młodych ludzi w dżinsach i T-shirtach i ze śmiertelnym przerażeniem na twarzach. Pomyślałem: to musi być jakiś błąd. Ale było tak jak w filmie: ci młodzi ludzie wyskoczyli z bronią, zaczęli strzelać, zginął jeden z naszych żołnierzy. Ktoś zaczął do mnie wrzeszczeć: "Wyjdź z czołgu, ty tchórzu! On umarł przez ciebie!".
Wtedy pojawił się drugi samochód. Zamknąłem oczy i nacisnąłem na spust. Usłyszałem silny wybuch, krzyki. Zobaczyłem przez wizjer rozbiegane kury i człowieka bez nóg i bez ręki. Pamiętam, że nie mogłem połączyć tego, co widzę, z tym, co właśnie zrobiłem. Ktoś krzyczał w mojej głowie: "Właśnie spieprzyłeś swoje życie".
Ale żyć trzeba dalej. Po dwóch dniach w nogach, rękach, palcach czujesz tylko jedno - strach.
Punkt widzenia czołgistów, który wybrał pan w „Libanie”, wyostrza podstawowe doświadczenie żołnierza - chaos. - Mówiono nam: macie jechać na północ, ale szybko okazało się, że zmieniliśmy kierunek. Wysyłano nas do normalnych osiedli i nie sposób było odróżnić żołnierzy od cywilów, bo wszyscy nosili dżinsy. Dostaliśmy informację, żeby uważać na balkony, bo są na nich strzelcy. Ale tuż obok były zwykłe rodziny. Jak tu strzelać?
Służba w armii to zabawa dużych chłopców w piaskownicy - uczysz się, jak obsługiwać maszyny, jak być w dobrej formie. Ale sama wojna to piekło. Nie ma żadnej moralności, żadnego sensu. Jeśli poczekasz pięć sekund za długo, twój przyjaciel może zginąć. Jeśli nie poczekasz, możesz rozwalić cywilów. A ty zmieniasz się w zwierzę, które chce przetrwać.
Operator Giora Bejach mówił mi podczas Camerimage, że jednym z powodów, dla których zdecydował się pan na filmowanie z wnętrza czołgu, były koszty: chciał pan zrobić realistyczny film, ale bez dużego budżetu. - Budżet nie miał tu nic do rzeczy, chociaż "Liban" był tanim filmem. Nie interesowała mnie kolejna historia o wojnie - chciałem zrobić film, w którym widz poczuje na własnej skórze klaustrofobię, duszność, nielogiczne emocje. Specyficzny stan, który trudno zrozumieć, a którego dzięki filmowi można doświadczyć.
Historia o odłamkach z czasów wojny, które pana organizm wyrzucił w trakcie zdjęć ze stopy, jest prawdziwa? - Samemu trudno mi to wyjaśnić. Po wojnie miałem dwadzieścia odłamków, z których szesnastu pozbyłem się w pierwszym roku po powrocie z armii. Ale cztery zostały - lekarze stwierdzili, że można z tym żyć: dali mi nawet specjalne zaświadczenie, dzięki któremu nie musiałem przechodzić kontroli na lotniskach.
Ale kiedy kręciłem "Liban", po trzech dniach rozbolała mnie stopa - organizm postanowił wyrzucić pozostałe odłamki. Może ciało jest silniej związane z psychiką, niż nam się wydaje?
Traktował pan „Liban” jak terapię? - Nie zrobiłem tego filmu, żeby sobie wybaczyć. Jeśli nacisnąłem spust, stałem się egzekutorem. Jestem za to odpowiedzialny, czuję się winny i będę do końca życia. Dostałem Złotego Lwa w Wenecji, zjeździłem mnóstwo festiwali na całym świecie, film ma dystrybucję w wielu krajach, ale trudno mi myśleć o "Libanie" w kategoriach sukcesu. To raczej jedno z moich najbardziej bolesnych doświadczeń.
Mam jednak teraz ochotę na czarną komedię.