Nie jesteśmy na tę książkę gotowi. Bo o ważnych sprawach, wobec których postawił nas Artur, dawno nie rozmawialiśmy poważnie. Teraz, kiedy "Kapuściński non-fiction" leży na naszych biurkach, jesteśmy bezradni. Nie mamy intelektualnych narzędzi, żeby się z nią zmierzyć.
Prymas Wyszyński umarł 30 lat temu, ale do dziś nie ma porządnej biografii.
Jan Paweł II umarł pięć lat temu. Jego biografie powstały po angielsku, niemiecku, włosku. Po polsku hagiografia i ckliwe wspominki.
Jacek Kuroń nie żyje od blisko sześciu lat. I nic. Najwyżej przedruki. Panteon polskich
XX-wiecznych kolosów czeka, by ktoś się poważył poznać, przemyśleć i rzetelnie opisać ich doświadczenie. Ze współczesnych tylko ks. prof. Tischner ma porządną, napisaną przez Wojciecha Bonowicza nowoczesną biografię. Czy to nie jest miara kulturalnego regresu europejskiego narodu?
W tę narodową hałdę wyrzutów sumienia z powodu nienapisanych biografii naszych zmarłych i żyjących olbrzymów wchodzi Artur ze swoją niezwykłą książką. Niezwykła - nie znaczy dobra. Ani też zła. Żeby to ocenić, trzeba książkę przymierzyć do kulturowego standardu. A my go nie mamy. Do czego więc książkę Domosławskiego przymierzać? Do Zyzaka czy do hagiografii?
Kiedy nie ma miary ani narzędzi opisu, dyskusję zastępują okrzyki. Jedni się oburzają. Drudzy zachwycają. Jedni rwą włosy z głowy, a inni triumfują w nadziei na upadek "kolejnego lewicowego mitu". Wielkie pytania, które przed nami postawił Domosławski, zostają.
Myślę, że trzeba próbować na nie odpowiedzieć. Ta książka na to zasługuje. Kapuściński na to zasługuje. I my wszyscy.
Po pierwsze Co takiego w nas siedzi, że nie potrafimy poważnie się zmierzyć ze współczesnymi wielkimi i ich doświadczeniem? Nie twierdzę, że mam odpowiedź. Ale musimy jej szukać, żeby zrozumieć odmienność książki Domosławskiego. I żeby wytłumaczyć przyczyny odrzucenia jej przez dużą część czytelników, chociaż dotychczas żaden polski dziennikarz nie potraktował współczesnego bohatera tak pieczołowicie.
Stworzyliśmy standard biografii użytkowej. Ma być za albo przeciw. Opisuje wielkość. Albo obnaża małość. Paweł Zyzak obnażył małość Wałęsy. Aleksandra Klich ukazała wielkość Balcerowicza. "Kapuściński non--fiction" się w tym schemacie nie mieści. Domosławski nie pisze przeciw Kapuścińskiemu. Nie pisze też za nim. Pisze o nim. Szokuje to tych, co są za Kapuścińskim (np. Marka Beylina), i tych, co są przeciw niemu (np. Piotra Semkę). Jednych oburza lekkomyślna dekonstrukcja herosa polskiego reportażu. Drugich brzydzi pochopne usprawiedliwianie tego, co postrzegają jako jego miałkie kompromisy.
W dodatku Domosławski nie jest neutralny. Jest zaangażowany i emocjonalny - po obu stronach sporu o Kapuścińskiego. Z tych emocji rodzą się twarde pytania i sprzeczne odpowiedzi. A kultura biografii użytkowej wymaga jasnej odpowiedzi. Dobry był ten Kapuściński czy niedobry? Miał rację czy się mylił? Prawdę pisał czy kłamał? Nasz on czy ich?
A ludzie nie są jednoznaczni. I Domosławski nawet nie próbuje jednoznaczności szukać. Sami więc, z przyzwyczajenia, ją sobie dopisujemy. On kładzie na szalach, a my odczytujemy wskazanie. Nie wedle tego, co w książce, ale wedle tego, z czym siedliśmy do książki.
Po drugie Dlaczego wciąż nie możemy normalnie rozmawiać o przeszłości? Wszystkiego nie da się zrzucić na interesownych, powierzchownych biografów.
Problem Domosławskiego i Kapuścińskiego wynika z jałowości naszej dwudziestoletniej debaty, która wyjaśniła niewiele, za to nałożyła na nasze myślenie kagańce fałszywego języka i zdeformowanych obrazów przeszłości. Jedni triumfalnie, a drudzy z oburzeniem piszą, że Domosławski obnażył kompromisy Kapuścińskiego z peerelowską władzą. Jakim kompromisem jest dla komunisty przynależność do partii komunistycznej?
Dziś temu, kto Kapuścińskiego ceni, lubi, podziwia (jak Domosławski i większość jego krytyków), nie przejdzie przez usta nazwanie mistrza komunistą. Bo to się stało obelgą. Wygląda więc na to, że ludzie tacy jak Kapuściński zapisywali się do partii tylko po to, żeby zrobić karierę i czynić zło za judaszowe srebrniki.
W przypadku Kapuścińskiego trudno tę tezę obronić. Należał, bo wierzył. Nie w korzyści, jakie dawała partyjność, ale w ideały. Gdy zdawał sobie sprawę, że jego partia od nich odchodziła, bronił ich. Obnażając w latach 50. degrengoladę mitu Nowej Huty. Opisując Gierka w metaforze "Cesarza". Pisząc ze strajkującej stoczni list do władz popierający robotników. Rzucając legitymację i odmawiając poddania się weryfikacji po stanie wojennym.
Taka była droga wielu szlachetnych ludzi. Przez lata prowadzili walkę na dwa fronty. Jednym wrogiem był kapitalizm, imperializm, wyzysk, a drugim - aparat, który niszczył alternatywny dla kapitalizmu i imperializmu komunistyczny projekt.
W polityce walka na dwa fronty to sytuacja normalna. Dziś chcemy być w NATO. Czy to znaczy, że akceptujemy każdą popełnioną w Iraku czy Afganistanie zbrodnię amerykańskiego czy brytyjskiego zupaka? Czy każdy wyborca PO odpowiada za ekscesy Zbycha albo Mira? Nie. Jeśli jest uczciwy i mądry, jedną ręką walczy z wrogami PO, a drugą - o lepszą PO.
Co złego w tym, że Kapuściński przez lata spotykał się z tymi aparatczykami, którzy podobnie wyobrażali sobie uczłowieczanie systemu? Może te wyobrażenia były naiwne, nietrafne, szkodliwe, ale ludzie się przecież mylą. W demokracjach też.
A bezstronność? Tu nawet Artur wpada w pułapkę retroaktywnego myślenia. Cytuje wywiad z latynoskim komunistą, w którym Kapuściński mówi z pozycji współtowarzysza, czyli traci dziennikarską bezstronność. A czy dziś polski albo amerykański dziennikarz, rozmawiając z dowódcami NATO w Iraku lub Afganistanie, nie pyta: kiedy wreszcie wygramy tę wojnę? Większość z nas czuje, że jesteśmy stroną wojny z terroryzmem, tak jak Kapuściński czuł, że jest stroną w wojnie z imperializmem. Nie chodzi o stronniczość. Chodzi o tożsamość.