Tomasz Handzlik: Śpiewałeś w szkolnym chórku? Matt Dusk: Kiedy byłem mały rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej tylko po to, żeby uchować mnie z dala od kolegów, którzy - ich zdaniem - oznaczali same kłopoty. Wyobrażacie sobie nastolatka śpiewającego operowe kawałki? Dziewczyny nie chciały się ze mną umawiać, koledzy nazywali mięczakiem. Miałem tego dość! Znałem parę jazzowych piosenek i próbowałem je śpiewać. Oczywiście dla zabawy. Jeden z nauczycieli powiedział, że powinienem wystartować w konkursie dla młodych talentów. Odbywał się w szkole dla dziewcząt, więc nie mogłem tego przegapić. Zabrałem moje podkłady karaoke, zaśpiewałem, a dziewczyny oszalały na moim punkcie. Od tego czasu nie miałem już żadnych problemów z umawianiem się na randki. Skończyła się moja przygoda z muzyką poważną.
Ale rodzicie mieli nowy pomysł. Chcieli żebym w przyszłości przejął rodzinny biznes, więc posłali mnie na
studia ekonomiczne. Ojciec miał olbrzymią firmę produkującą opakowania. Już jako dzieciak, w każdy wolny dzień od szkoły musiałem pomagać mu w pracy. Wakacje, spotkania z kolegami, dziewczyny, wspólne wypady za miasto? Zapomnij! Ja pakowałem z ojcem pudełka.
Na ekonomii wytrwałem ledwie rok. Powiedziałem, że to koniec studiowania, więc ojciec postanowił zatrudnić mnie firmie. Matka przekonywała jednak, żebym spróbował na innym kierunku. Chciała, żebym skończył jakiekolwiek studia. Pomyślałem więc o muzyce, o jazzie.
Tuż po konkursie w żeńskiej szkole zacząłem śpiewać na weselach. Ludziom tak się podobało, że gotowi byli zapłacić za moje występy każde pieniądze. Założyłem więc zespół, bo śpiewanie z akompaniamentem karaoke nie wyglądało zbyt profesjonalnie. Z weselnych imprez przenieśliśmy się wkrótce do barów i jazzowych klubów Toronto. Bywało, że występowaliśmy nawet cztery razy w tygodniu. I wydawało mi się, że jestem młodym królem jazzu. Do parteru sprowadzili mnie wykładowcy z uniwersytetu. W porównaniu z innymi studentami, którzy mieli już za sobą profesjonalną naukę śpiewu byłem nikim. Naturszczykiem z niedoszkolonym głosem, marnym piosenkarzem karaoke.
Tam trafiłeś na Oscara Petersona? To był wspaniały nauczyciel. Z kim on nie grał! Żywa legenda amerykańskiego jazzu. Prawdziwą szkołę dał mi jednak Bob Fenton, były pianista
Billie Holiday. Zależało mu na tym, żebym nauczył się dobrze śpiewać. I miał na to pewien sprawdzony system. Nigdy nie pochwalił, nie powiedział dobrego słowa. Zawsze ostro krytykował, bo wierzył, że stać mnie na więcej. Chwilami było to bardzo frustrujące, ale miał rację.
Kiedy kończyłem studia, nagrałem debiutancką płytę "Two Shots". Usłyszeli ją ludzie z wydawnictwa Universal. Podpisałem kontrakt. Miałem 22 lata.
Niestety Bob jej nie usłyszał. Chorował na raka i był już wtedy w bardzo złym stanie. Ale myślę, że znów powiedziałby, że mogłem zaśpiewać lepiej. Był perfekcjonistą. I dążenia do perfekcji mnie nauczył.
I dziś krytycy nazywają cię nowym Frankiem Sinatrą. To wspaniały komplement. Ale Sinatra był największy. To geniusz wszechczasów. Mogę więc tylko pomarzyć o tym, żeby się nim równać.
Zresztą co to za porównania? Czy Tony Bennett jest lepszy od Harry'ego Connicka Juniora, a ten lepszy od Michaela Bublé'a. Każdy z nich jest inny. I ja też chcę się wyróżniać z tłumu wokalistów jazzowych. Zrezygnowałem więc z tradycyjnych piosenek na rzecz modern jazzu. I nie znajdziesz w moim repertuarze standardów w stylu "Fly Me to the Moon", ale raczej jazzowe wersje takich przebojów jak "Two Shots of Happy, One Shot of Sad" z repertuaru U2. Tak naprawdę marzę jednak o tym, żeby móc występować do końca życia. Niezależnie od tego czy na widowni będzie 20 osób czy 20-tysięczny tłum. Istotą jest to, żeby mieć publiczność, która chce cię słuchać, która chce się bawić.
Matt Dusk wystąpił już w w Warszawie, w Krakowie, Łodzi, Katowicach, a w piątek w Poznaniu.
Szczegóły na www.jazzrazporaz.pl