Tomasz Łubieński. Uczeń Kapuścińskiego?
03.03.2010
, aktualizacja: 03.03.2010 11:24
3 marca. "Gazeta Wyborcza". W książce jest kilka stron, które z pewnością zwiększą sprzedaż, ale dowodzą, że Domosławski nie był dobrym uczniem Kapuścińskiego, człowieka eleganckiego. Dotyczą one życia prywatnego autora "Cesarza". Są niepotrzebne i całą książkę przenoszą w świat magla oraz kolorowych okładek
Był Ryszard Kapuściński pierwowzorem głównego bohatera filmu Andrzeja Wajdy "Bez znieczulenia". Oto wybitny dziennikarz (Zbigniew Zapasiewicz) pada ofiarą intryg młodego, cynicznego karierowicza (Andrzej Seweryn). Służył Kapuściński za pierwowzór, jednak tylko do pewnego stopnia, do pewnego miejsca akcji, bo w rzeczywistości nic podobnego Ryśkowi się nie przydarzyło. I nikt w żadnej redakcji, w której pracował, nie chciałby odebrać mu przywileju czytania "Newsweeka", co w filmie miało być pierwszym złowieszczym znakiem, że dobro przegrywa. Przywileju dwuznacznego jak wiele innych, którymi dysponowała wobec dziennikarzy władza mieniąca się ludową.
W książce Domosławskiego występuje Kapuściński już pod własnym imieniem i nazwiskiem. Jest bohaterem reportażu na temat swojego życia bardziej niż twórczości. W trzy lata po śmierci mistrza Domosławski próbuje odmalować jego portret psychologiczno-moralny na tle epoki. A więc przy całej ostentacyjnie dokumentalnej skrupulatności portret literacki. Czyli subiektywny i polemiczny. "Kapuściński non-fiction" byłby zatem innym Kapuścińskim niż ten, którego znaliśmy i czytaliśmy? Kto sięgnie po tę książkę, znajdzie materiał potwierdzający wcześniejsze odczucia: najpewniej podziwu i sympatii, ale zdarzyć się może też satysfakcja z odkrycia nieprzyjemnych szczegółów biografii, których Domosławski nie ukrywa.
Autor tropi sprzeczności między tym, co Kapuściński powiedział czy napisał, a tym, jak było naprawdę. Nie chodzi tylko o wpadki erudycyjne. Mój profesor Jan Kott strzelał gafę za gafą, jednak jego eseje o Szekspirze i greckich tragediach podbiły świat. Ale bywa, że w książkach Kapuścińskiego nie zgadza się czas i miejsce, a także samo zdarzenie i zachowanie się Kapuścińskiego w oczach innych jego uczestników.
Co z tego wynika? Nie bardzo wiadomo. Komu wierzyć? Przez całą książkę przewija się odwieczna dyskusja o prawach reportera do konfabulacji, kreowania reportażu bardziej z prawdopodobnych niż prawdziwych elementów. Wciąż reportażu jednak. Pamiętam, jak Marian Brandys, klasyk gatunku, denerwował się, kiedy wybitni reporterzy Hanna Krall i Krzysztof Kąkolewski uciekali z dziennikarstwa w literaturę, w powieść. Brandys uważał to za zdradę zawodu, skutek snobizmu i kompleksów. Ale o Kapuścińskim nic nie mówił, bo Kapuściński wypracował własny patent pisarski: być może uważał za swoich reporterskich poprzedników Melchiora Wańkowicza i Curzio Malapartego, dla których liczył się efekt, wrażenie, szczegół o sile metafory. Ale dla praktyka Domosławskiego teoria reportażu nie jest tematem szczególnego zainteresowania.
"Kapuściński (...) w rewolucjach i powstaniach w Trzecim Świecie szuka ideału w moralnej czystości i nadziei nowego życia - także swojej młodości" - i to powołanie się na młodość Kapuścińskiego wydaje się dla jego pamięci bardzo nietrafne, sprzeczne z poglądami, które aż do śmierci były mu bliższe. W Trzecim Świecie mógł latami rzeczywiście czuć się, jak tego chciał, po stronie skrzywdzonych i poniżonych, ale w swoim wczesnym zetempowsko-stalinowskim okresie życia było odwrotnie. Wybrał, tak wyszło, stronę silniejszych, zwycięzców, przemocy i kłamstwa, nawet jeśli uznać za dobrą monetę piękne złudzenia. Autorytarna władza, podkreśla Domosławski, "wypacza najwznioślejsze idee, przemienia szlachetnych idealistów w bezdusznych biurokratów, narkomanów władzy, nierzadko okrutników" - ale że w Polsce wzięła się ona z obcego nadania, przy okazji tej retorycznej wyliczanki Domosławski już nie przypomina.
I jeszcze jedno zdanie, które brzmi osobliwie: "Stalinizm w Polsce jest pierwszą rewolucją, jaką obserwuje" - Rysiek oczywiście. Słowo "rewolucja" ma dla autora, miało również dla Kapuścińskiego, innych korespondentów z Trzeciego Świata, a także wielu lewicujących intelektualistów Zachodu narkotyczny urok. Rewolucyjny październikowy brzask sławił Majakowski, zanim popełnił samobójstwo. Pięknie o rodzącej się rewolucji pisał również Trocki, zamordowany z polecenia rewolucyjnego rywala. Zamiast o stalinowskiej rewolucji przystałoby mówić o stalinowskiej nocy. Co było rewolucyjnie romantycznego w zniewalaniu zrujnowanego kraju, sowietyzacji pod skrzydłami policji i bratnich doradców? Promocji donosicielstwa, łamania kręgosłupów, jeśli trzeba dosłownie? Oczywiście próbowano robić swoje, jakby nic się nie działo, ale rewolucjonistów drażniła taka bezideowość. Jako siedemnastoletni halabardnik w STS-ie (mam taki epizod) recytowałem w chórze (koryfeuszem był Andrzej Drawicz), łypiąc groźnie na widownię: "Towarzysze, czy w waszej krwi nie za mało czerwonych ciałek". I nie był to bynajmniej, jak chce Domosławski retoryczny wolny żart, tylko lewacka groźba. Nie tylko ziemianie (choć lubią tak mówić) cierpieli od tej importowanej rewolucji, ale całe społeczeństwo. Poprzez bitwę o handel, walkę z Kościołem, kolektywizację. Skrzywdzony został prosty człowiek, o czym pisze Miłosz w słynnym wierszu. Aż klasa robotnicza, w imieniu której władza latami spijała szampana dostępnego za żółtymi firankami, wreszcie skutecznie podniosła głowę. Pisał Kapuściński: "sierpniowy strajk był (...) zmaganiem się o swoje prawa. Świętem Wyprostowanych Ramion, Podniesionych Głów". I również sam Kapuściński, począwszy od sierpniowego strajku, prostował ramiona i podnosił głowę.
Po nocy stalinowskiej przychodzi wreszcie odwilż. Ale krytykować, buntować się mogą tylko swoi, to też przywilej. Wrogowi nie wolno nic. A kierownictwo patrzy na młodych, zagniewanych, niecierpliwych jak na swoją progeniturę ideową. Z rozczuleniem (nasze młode lata), rozbawieniem, stopniowo rozdrażnieniem. A po dwóch latach koniec karnawału, milicja pałuje na placu Narutowicza wiec studencki przeciwko zamknięciu "Po prostu". Jeszcze wcześniej zaczyna Kapuściński z Polski wyjeżdżać. I swoją wiarę w rewolucję będzie konserwował w dalekich krajach. Tam ominął go marzec i sierpień 1968 roku, wypadki na Wybrzeżu roku 1970, Radom i Ursus sześć lat później. Wstrząsy, które otwierały ludziom oczy. I dopiero od sierpnia 1980 roku, czyli późno, rozpocznie się ewolucja Kapuścińskiego. Staje się innym człowiekiem.
Myślę, że dziwi się i wstydzi swojej młodości, skoro nigdzie się na nią nie powołuje.
Bo w samej rzeczy dziwne, że młody człowiek, który jako dziecko w 1939 roku widział, jak marynarze z czerwoną gwiazdą na czapce grożą bagnetami kobietom i dzieciom (w tym Rysiowi, jego matce i siostrze), a potem enkawudzista popycha matkę i wrzeszczy na nią, bo szuka jej męża oficera, że po takich doświadczeniach mógł wierzyć w komunizm. Jak to możliwe? Możliwe. Ten problem dotyczy ludzi, którym władza radziecka dała lekcję na całe życie, a przynajmniej na ileś tam lat. Od byłego zesłańca, potem generała Jaruzelskiego począwszy. Nieużyty minister kultury Żygulski był dzielnym oficerem lwowskiego AK. Ale potem spędził 11 lat w łagrach i tam go nauczono, że z historią nie ma żartów. Metodą tak zwanej pierekowki przekłuwano charaktery i poglądy i nie każdy był, jak profesor Barbara Skarga, bohaterem niezłomnym, a potem wspaniałomyślnym wobec słabszych od siebie.
Domosławskiego wcale nie zastanawia ta długoletnia wiara Ryśka w ideę komunizmu. Chociaż przytacza ów piński epizod z 1939 roku zamieszczony w "Ćwiczeniach z pamięci". Tak, wiara, nie konformizm, pozytywizm, mrożkowy prześmiech, nawet cynizm, które pomagały ludziom zapominać i żyć. Nikt, kto nie był w podobnej jak tamci ludzie sytuacji, nie powinien sądzić, aby nie był sądzony. Domosławski oczywiście nie sądzi, nie wypomina, ale chyba jeszcze gorzej - przypomina Kapuścińskiemu jego grzeszną wiarę młodości, której Kapuściński się wyparł.
Myślę, że bardziej niż teczki wstydził się tej wiary. Domosławski zresztą referuje rzeczowo teczkową zawartość. Istotnie nieprzyjemna lektura. Miał oczywiście Kapuściński i musiał mieć określone kontakty i na zdrowy rozum starał się je ograniczać. Fatalne wrażenie robi marcowy donos na panią Marię Sten, tłumaczkę emigrantkę z 1968 roku. Ale jak śpiewał mądry Okudżawa, w naturze nie spotyka się bezgrzesznych. Stalin od dawna bawił już na tamtym świecie, ale jego zwycięstwo na polskiej ziemi wciąż rodzi zatrute owoce i jeszcze dziś do końca nie potrafimy sobie z tym poradzić. "Gdy Kazimierz Wolny-Zmorzyński - dziś profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawca literatury i badacz środków przekazu - informuje Kapuścińskiego w ostatnich latach jego życia, że w jednej z poświęconych mu książek znajdą się fragmenty biograficzne, dotyczące między innymi ewolucji jego poglądów politycznych, ten wybucha: - Nie będzie pan grzebał w moim życiorysie! Wieloletniemu badaczowi swojej twórczości Kapuściński grozi sądem".
Domosławskiemu już nie zagrozi, wiadomo, choć na pewno denerwowałoby go to ciągłe powoływanie się na uniesienia młodości. A może Ryśkowi by się książka spodobała? Kilkaset stron trudnej dziennikarskiej roboty o nim, podróże prawie dookoła świata jego śladami. Ale Kapuściński był człowiekiem mądrym, a poza tym jest tu kilka stron, które z pewnością zwiększą sprzedaż, ale dowodzą, że Domosławski nie był dobrym uczniem Kapuścińskiego, człowieka eleganckiego. Dotyczą one życia prywatnego autora "Cesarza". Są po prostu niepotrzebne i całą książkę przenoszą w świat magla oraz kolorowych okładek. Nie wiadomo, po co rozwodzi się, nie szczędząc szczegółów, nad bolesnymi stosunkami Kapuścińskiego z córką. Pisząc o jego powodzeniu u kobiet, dziwi się, że nie zaistniały one w twórczości pisarza. Ale tak już było, Kapuścińskiego pasjonował świat, życie prywatne było jego prywatną sprawą. Królową Kapuścińskiego według źródeł autora może zostać "sekretarka, ekspedientka, studentka, intelektualistka, poetka, cenzorka, konspiratorka". Istna aria katalogowa z Don Juana. Wynika z książki, że Kapuścińskiemu było właściwie wszystko jedno: "brunetki, blondynki, wysokie, niskie, szczupłe, puszyste, panny, mężatki, rozwódki". Ale Don Juan Mozarta czy Moliera był zawodowcem. Kapuściński wychodzi w porównaniu z nim niepoważnie, na jakiegoś pospolitego amatora erotomana.
Ale naprawdę drastyczna jest relacja z rozmowy z tajemniczą przez trzydzieści trzy lata przyjaciółką Kapuścińskiego, odkrytą przez autora królową jego podwójnego życia. Nie wiadomo, czy naprawdę istnieje, czy to nie mitomanka. Ale wiadomo już, że wdowie po pisarzu została wyrządzona dotkliwa przykrość, tym większa, że nie ma na to dobrego paragrafu. Przeciwko swojej pamięci ma lansowaną książkę, potężne wydawnictwo, ludzkie domysły, hasła wolności słowa.
Ale nie bez racji Dante umieścił w niskim kręgu piekła tych, co nadużyli zaufania swoich przyjaciół, a za przyjaciela domu państwa Kapuścińskich uważał się podczas pracy nad książką Artur Domosławski.
W książce Domosławskiego występuje Kapuściński już pod własnym imieniem i nazwiskiem. Jest bohaterem reportażu na temat swojego życia bardziej niż twórczości. W trzy lata po śmierci mistrza Domosławski próbuje odmalować jego portret psychologiczno-moralny na tle epoki. A więc przy całej ostentacyjnie dokumentalnej skrupulatności portret literacki. Czyli subiektywny i polemiczny. "Kapuściński non-fiction" byłby zatem innym Kapuścińskim niż ten, którego znaliśmy i czytaliśmy? Kto sięgnie po tę książkę, znajdzie materiał potwierdzający wcześniejsze odczucia: najpewniej podziwu i sympatii, ale zdarzyć się może też satysfakcja z odkrycia nieprzyjemnych szczegółów biografii, których Domosławski nie ukrywa.
Autor tropi sprzeczności między tym, co Kapuściński powiedział czy napisał, a tym, jak było naprawdę. Nie chodzi tylko o wpadki erudycyjne. Mój profesor Jan Kott strzelał gafę za gafą, jednak jego eseje o Szekspirze i greckich tragediach podbiły świat. Ale bywa, że w książkach Kapuścińskiego nie zgadza się czas i miejsce, a także samo zdarzenie i zachowanie się Kapuścińskiego w oczach innych jego uczestników.
Co z tego wynika? Nie bardzo wiadomo. Komu wierzyć? Przez całą książkę przewija się odwieczna dyskusja o prawach reportera do konfabulacji, kreowania reportażu bardziej z prawdopodobnych niż prawdziwych elementów. Wciąż reportażu jednak. Pamiętam, jak Marian Brandys, klasyk gatunku, denerwował się, kiedy wybitni reporterzy Hanna Krall i Krzysztof Kąkolewski uciekali z dziennikarstwa w literaturę, w powieść. Brandys uważał to za zdradę zawodu, skutek snobizmu i kompleksów. Ale o Kapuścińskim nic nie mówił, bo Kapuściński wypracował własny patent pisarski: być może uważał za swoich reporterskich poprzedników Melchiora Wańkowicza i Curzio Malapartego, dla których liczył się efekt, wrażenie, szczegół o sile metafory. Ale dla praktyka Domosławskiego teoria reportażu nie jest tematem szczególnego zainteresowania.
"Kapuściński (...) w rewolucjach i powstaniach w Trzecim Świecie szuka ideału w moralnej czystości i nadziei nowego życia - także swojej młodości" - i to powołanie się na młodość Kapuścińskiego wydaje się dla jego pamięci bardzo nietrafne, sprzeczne z poglądami, które aż do śmierci były mu bliższe. W Trzecim Świecie mógł latami rzeczywiście czuć się, jak tego chciał, po stronie skrzywdzonych i poniżonych, ale w swoim wczesnym zetempowsko-stalinowskim okresie życia było odwrotnie. Wybrał, tak wyszło, stronę silniejszych, zwycięzców, przemocy i kłamstwa, nawet jeśli uznać za dobrą monetę piękne złudzenia. Autorytarna władza, podkreśla Domosławski, "wypacza najwznioślejsze idee, przemienia szlachetnych idealistów w bezdusznych biurokratów, narkomanów władzy, nierzadko okrutników" - ale że w Polsce wzięła się ona z obcego nadania, przy okazji tej retorycznej wyliczanki Domosławski już nie przypomina.
I jeszcze jedno zdanie, które brzmi osobliwie: "Stalinizm w Polsce jest pierwszą rewolucją, jaką obserwuje" - Rysiek oczywiście. Słowo "rewolucja" ma dla autora, miało również dla Kapuścińskiego, innych korespondentów z Trzeciego Świata, a także wielu lewicujących intelektualistów Zachodu narkotyczny urok. Rewolucyjny październikowy brzask sławił Majakowski, zanim popełnił samobójstwo. Pięknie o rodzącej się rewolucji pisał również Trocki, zamordowany z polecenia rewolucyjnego rywala. Zamiast o stalinowskiej rewolucji przystałoby mówić o stalinowskiej nocy. Co było rewolucyjnie romantycznego w zniewalaniu zrujnowanego kraju, sowietyzacji pod skrzydłami policji i bratnich doradców? Promocji donosicielstwa, łamania kręgosłupów, jeśli trzeba dosłownie? Oczywiście próbowano robić swoje, jakby nic się nie działo, ale rewolucjonistów drażniła taka bezideowość. Jako siedemnastoletni halabardnik w STS-ie (mam taki epizod) recytowałem w chórze (koryfeuszem był Andrzej Drawicz), łypiąc groźnie na widownię: "Towarzysze, czy w waszej krwi nie za mało czerwonych ciałek". I nie był to bynajmniej, jak chce Domosławski retoryczny wolny żart, tylko lewacka groźba. Nie tylko ziemianie (choć lubią tak mówić) cierpieli od tej importowanej rewolucji, ale całe społeczeństwo. Poprzez bitwę o handel, walkę z Kościołem, kolektywizację. Skrzywdzony został prosty człowiek, o czym pisze Miłosz w słynnym wierszu. Aż klasa robotnicza, w imieniu której władza latami spijała szampana dostępnego za żółtymi firankami, wreszcie skutecznie podniosła głowę. Pisał Kapuściński: "sierpniowy strajk był (...) zmaganiem się o swoje prawa. Świętem Wyprostowanych Ramion, Podniesionych Głów". I również sam Kapuściński, począwszy od sierpniowego strajku, prostował ramiona i podnosił głowę.
Po nocy stalinowskiej przychodzi wreszcie odwilż. Ale krytykować, buntować się mogą tylko swoi, to też przywilej. Wrogowi nie wolno nic. A kierownictwo patrzy na młodych, zagniewanych, niecierpliwych jak na swoją progeniturę ideową. Z rozczuleniem (nasze młode lata), rozbawieniem, stopniowo rozdrażnieniem. A po dwóch latach koniec karnawału, milicja pałuje na placu Narutowicza wiec studencki przeciwko zamknięciu "Po prostu". Jeszcze wcześniej zaczyna Kapuściński z Polski wyjeżdżać. I swoją wiarę w rewolucję będzie konserwował w dalekich krajach. Tam ominął go marzec i sierpień 1968 roku, wypadki na Wybrzeżu roku 1970, Radom i Ursus sześć lat później. Wstrząsy, które otwierały ludziom oczy. I dopiero od sierpnia 1980 roku, czyli późno, rozpocznie się ewolucja Kapuścińskiego. Staje się innym człowiekiem.
Myślę, że dziwi się i wstydzi swojej młodości, skoro nigdzie się na nią nie powołuje.
Bo w samej rzeczy dziwne, że młody człowiek, który jako dziecko w 1939 roku widział, jak marynarze z czerwoną gwiazdą na czapce grożą bagnetami kobietom i dzieciom (w tym Rysiowi, jego matce i siostrze), a potem enkawudzista popycha matkę i wrzeszczy na nią, bo szuka jej męża oficera, że po takich doświadczeniach mógł wierzyć w komunizm. Jak to możliwe? Możliwe. Ten problem dotyczy ludzi, którym władza radziecka dała lekcję na całe życie, a przynajmniej na ileś tam lat. Od byłego zesłańca, potem generała Jaruzelskiego począwszy. Nieużyty minister kultury Żygulski był dzielnym oficerem lwowskiego AK. Ale potem spędził 11 lat w łagrach i tam go nauczono, że z historią nie ma żartów. Metodą tak zwanej pierekowki przekłuwano charaktery i poglądy i nie każdy był, jak profesor Barbara Skarga, bohaterem niezłomnym, a potem wspaniałomyślnym wobec słabszych od siebie.
Domosławskiego wcale nie zastanawia ta długoletnia wiara Ryśka w ideę komunizmu. Chociaż przytacza ów piński epizod z 1939 roku zamieszczony w "Ćwiczeniach z pamięci". Tak, wiara, nie konformizm, pozytywizm, mrożkowy prześmiech, nawet cynizm, które pomagały ludziom zapominać i żyć. Nikt, kto nie był w podobnej jak tamci ludzie sytuacji, nie powinien sądzić, aby nie był sądzony. Domosławski oczywiście nie sądzi, nie wypomina, ale chyba jeszcze gorzej - przypomina Kapuścińskiemu jego grzeszną wiarę młodości, której Kapuściński się wyparł.
Myślę, że bardziej niż teczki wstydził się tej wiary. Domosławski zresztą referuje rzeczowo teczkową zawartość. Istotnie nieprzyjemna lektura. Miał oczywiście Kapuściński i musiał mieć określone kontakty i na zdrowy rozum starał się je ograniczać. Fatalne wrażenie robi marcowy donos na panią Marię Sten, tłumaczkę emigrantkę z 1968 roku. Ale jak śpiewał mądry Okudżawa, w naturze nie spotyka się bezgrzesznych. Stalin od dawna bawił już na tamtym świecie, ale jego zwycięstwo na polskiej ziemi wciąż rodzi zatrute owoce i jeszcze dziś do końca nie potrafimy sobie z tym poradzić. "Gdy Kazimierz Wolny-Zmorzyński - dziś profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawca literatury i badacz środków przekazu - informuje Kapuścińskiego w ostatnich latach jego życia, że w jednej z poświęconych mu książek znajdą się fragmenty biograficzne, dotyczące między innymi ewolucji jego poglądów politycznych, ten wybucha: - Nie będzie pan grzebał w moim życiorysie! Wieloletniemu badaczowi swojej twórczości Kapuściński grozi sądem".
Domosławskiemu już nie zagrozi, wiadomo, choć na pewno denerwowałoby go to ciągłe powoływanie się na uniesienia młodości. A może Ryśkowi by się książka spodobała? Kilkaset stron trudnej dziennikarskiej roboty o nim, podróże prawie dookoła świata jego śladami. Ale Kapuściński był człowiekiem mądrym, a poza tym jest tu kilka stron, które z pewnością zwiększą sprzedaż, ale dowodzą, że Domosławski nie był dobrym uczniem Kapuścińskiego, człowieka eleganckiego. Dotyczą one życia prywatnego autora "Cesarza". Są po prostu niepotrzebne i całą książkę przenoszą w świat magla oraz kolorowych okładek. Nie wiadomo, po co rozwodzi się, nie szczędząc szczegółów, nad bolesnymi stosunkami Kapuścińskiego z córką. Pisząc o jego powodzeniu u kobiet, dziwi się, że nie zaistniały one w twórczości pisarza. Ale tak już było, Kapuścińskiego pasjonował świat, życie prywatne było jego prywatną sprawą. Królową Kapuścińskiego według źródeł autora może zostać "sekretarka, ekspedientka, studentka, intelektualistka, poetka, cenzorka, konspiratorka". Istna aria katalogowa z Don Juana. Wynika z książki, że Kapuścińskiemu było właściwie wszystko jedno: "brunetki, blondynki, wysokie, niskie, szczupłe, puszyste, panny, mężatki, rozwódki". Ale Don Juan Mozarta czy Moliera był zawodowcem. Kapuściński wychodzi w porównaniu z nim niepoważnie, na jakiegoś pospolitego amatora erotomana.
Ale naprawdę drastyczna jest relacja z rozmowy z tajemniczą przez trzydzieści trzy lata przyjaciółką Kapuścińskiego, odkrytą przez autora królową jego podwójnego życia. Nie wiadomo, czy naprawdę istnieje, czy to nie mitomanka. Ale wiadomo już, że wdowie po pisarzu została wyrządzona dotkliwa przykrość, tym większa, że nie ma na to dobrego paragrafu. Przeciwko swojej pamięci ma lansowaną książkę, potężne wydawnictwo, ludzkie domysły, hasła wolności słowa.
Ale nie bez racji Dante umieścił w niskim kręgu piekła tych, co nadużyli zaufania swoich przyjaciół, a za przyjaciela domu państwa Kapuścińskich uważał się podczas pracy nad książką Artur Domosławski.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
- Wszystko
- PŁATNE
Polecamy
Dodatki i kolekcje Gazety Wyborczej
Zamów na adres e-mail newslettera z najnowszymi wiadomościami kulturalnymi!
Przykładowy newsletter
















