Gra w pochowanego
Przemysław Borkowski
Fabryka Słów, Lublin
Specyfiką fantastów jest zamiłowanie do klanowości - jakby sami chcieli żyć w świecie z "Nieśmiertelnego". Mamy swoje wydawnictwa, imprezy branżowe, ujawnił się nawet pewien kod stroju ze wskazaniem na wędkarską kamizelkę. Pisarze też są swoi, w kamizelki odziani, a statystyczny czytelnik spogląda na obcych z nieufnością. W próbie desantu na fantastyczny teren kryje się coś podejrzanego, bo taki nowy to jeszcze zacznie pisać o elfach, ale jak Masłowska, które to nazwisko jest największą obelgą środowiskową.
Rzeczywiście, większość dzisiejszych asów przebyło drogę od fana do fachury od pióra, czyli znają konwencję i wytykają błędy innym. A jest co, gdyż twórcy z zewnątrz pasjami podejmują trud odkrywania Ameryki i wyważania otwartych drzwi. Wymyślają więc takie nowości jak
podróże w czasie, historie alternatywne i androidy śniące o byciu człowiekiem. W tę rolę wszedł Przemysław Borkowski, na co dzień podpora Kabaretu Moralnego Niepokoju, tworząc sympatyczne czytadło z nazbyt dobrze znanych elementów. Nie musiał pisać "Gry w pochowanego", podejrzewam go raczej o rzadki w branży odruch serca.
Wszyscy już znamy taką przyszłość: Europa jest właściwie jednym wielkim miastem, multikulturowym tyglem w warszawskim sensie tego słowa, a że stare wyznania potraciły wyznawców, mnożą się najróżniejsze religijne dziwności. Na przykład tacy astronauci wracający po latach z kosmicznych kanikuł - dość ciężkich ze względu na samotność i brak grawitacji - odkrywają, że nikt ich nie potrzebuje, więc głoszą nowe ewangelie o kosmicznych stwórcach. Na ślad takiego ruchu natrafia dzielny gliniarz Frank, dołączając w ten sposób do szerokiego grona policjantów, którzy muszą uratować świat przed wysadzeniem w powietrze.
Sekta opisana przez Borkowskiego żywo przypomina ruch raelian, tych samych, którzy niedawno mieli sklonować człowieka i zajmują się budowaniem ambasady dla kosmicznych ojców. Aj, przecież właśnie ich opisał Houellebecq w "Możliwości wyspy". Teraz wiem już wszystko: Borkowski popełnił popularną wersję tamtej powieści, dostajemy Houellebecq pauperum, czyli jest się z czego cieszyć, zwłaszcza że autor wydaje się figurą optymistycznie nastawioną do świata. Przynajmniej na tle ponurego Francuza.
Świat jest niemal identyczny, pomysł również, za to już inne wartości, inna estetyka. Tam, gdzie Houellebecq rozpisywał się o kompulsywnych praktykach erotycznych, Borkowski proponuje filmową akcję i sympatycznego bohatera kochliwego jak nastolatek. Beznadzieja, fatalizm i totalna samotność u Francuza - po polsku okazuje się małym kłopotem, z którym przy dobrych chęciach można się uporać. Technologia czyni z ludzi autystyczne, nieszczęśliwe stworki? Gdzie tam. Jesteśmy ciągle tacy sami, żaden kosmita tego nie zmieni. Znamienne, że radość Borkowskiego wydaje się równie autentyczna co Huellebecqowskie przejęcie się sobą i własnym cierpieniem.
Ponieważ Houellebecq, choć uprawia literaturę fantastyczną, wcale nie uchodzi za fantastę, należało go przybliżyć w skrótowej formie, zakładając, że najważniejszy jest pomysł, nie wymowa książki, wpisać w akcję niemal hollywoodzką, a na koniec obciąć wszystko, co dzisiejszym czytelnikom może wydać się nieprzyjemne. Nie mam pojęcia, czy Borkowski uczynił to specjalnie, czy tylko tak mu się zgrało, szczęściem nie próbował szarżować, nie ogłosił się specem ani wybitnym autorem.
A samą metodę proponuję wykorzystać w przyszłości, jest przecież jeszcze Pynchon, Ellis, McCarthy, słowem, cała masa autorów, których będzie można spauperyzować i ufantastycznić. Tylko co z Masłowską, pytam, no co?