Miasto Szklanych Słoni
Mariusz Sieniewicz
Znak, Kraków
To najbardziej wymagająca książka w dotychczasowym dorobku olsztyńskiego pisarza. Nic tu nie jest pewne, metafora goni metaforę.
Opowieść jest rozwijana z dwóch perspektyw, lecz nie w tradycyjnym rozumieniu dwugłosu narracyjnego. Jan Kwiecisty, główna postać "Miasta Szklanych Słoni", twierdzi: "Jestem opowiadany i jestem opowiadaczem". Rozwiązanie to nie jest jednak tożsame z sytuacją, w której jedna i ta sama postać mówi o sobie w pierwszej i trzeciej osobie. Może inaczej - tak mogłoby być pod warunkiem, że tytułowe Miasto byłoby częścią tzw. normalnego świata. A to nastąpi dopiero w finale powieści.
Właśnie w finale widzimy Kwiecistego, jak wraca do punktu wyjścia - ponownie staje się kloszardem. Zapewne był nim również wtedy, kiedy trafił do ni to przytułku, ni to szpitala. Tam został poproszony o prowadzenie dziennika (w celach terapeutycznych). W owym "dzienniku bajce" (sam go tak nazywa) nie opowiada jednak o sobie, lecz o pracy doktora okulistyki Jana Kwiecistego, który zresztą ze szczególną uwagą przygląda się jednemu ze swoich pacjentów - temuż Janowi.
Wszystko to dość skomplikowane. No ale rzecz dzieje się w Mieście Szklanych Słoni.
Dziwne to miejsce, na swój sposób magiczne. Zewsząd otoczone północnymi lasami i jeziorami, rządzi się własnymi prawami. Nazwę zawdzięcza słynnej na cały świat fabryce szklanych maskotek, z których najważniejsze są owe amulety szczęścia - szklane słonie z trąbą skierowaną ku górze. To miasto marzycieli. W tym rozumieniu, że każdy tam "zmyśla siebie", tkwi w jakiejś dziwnej i nieprzekładalnej nierzeczywistości.
Motywy i obrazy zawarte w powieści podszyte są pewną aluzyjnością, ale przecież nie do końca wiadomo, co to znaczy, że - dajmy na to - w Mieście Szklanych Słoni wystawiono pomnik butelce octu, a co piątek odbywają seanse spirytystyczne, w trakcie których przywoływany jest duch Władysława Gomułki. Jasne - aluzje polityczne. Ale jak je czytać? O co chodzi?
Wróćmy do Jana. Jego okulistyczna praktyka także jest metaforą. Jan likwiduje "złe widzenie" i postuluje "nową widzialność". Co to znaczy? Być może odpowiedź przynosi ten oto wyimek: "Świat ordynarnieje. Jest wydrążony z głębszych sensów. Stół okazuje się zwykłym stołem ( ). Każda rzecz, przedmiot to tylko przyciężkawa materia, oporna na konfabulację ( ). Pospolitość zwycięża". Tak działa stara, prostacka widzialność. Potrzebna jest nowa.
To zapadanie się świata w ordynarność następuje z chwilą, kiedy w szpitalu pojawia się postać nazwana wizytatorem. Figura ta jest kimś w rodzaju "wysłannika normalności", a "normalność" jest tu definiowana jako zbiór obcych i narzucanych nam opowieści, te z kolei są pojmowane jako normy zachowań, scenariusze społecznego funkcjonowania. Innymi słowy, mieszkańcy Miasta Szklanych Słoni byli sobą do czasu, kiedy mogli fantazjować na swój temat, przebywać w świecie wyobraźni.
Wszystko, co tutaj napisałem, jest niepewne i prowizoryczne, za to absolutnie zgodne z charakterem powieści Sieniewicza. Jednak czemu służy ta radykalna metaforyzacja i czy przypadkiem to, co miało stanowić o sile tej wypowiedzi, nie jest jej słabością?
Problem polega na tym, iż "Miasta " nie sposób skojarzyć z czystym kreacjonizmem. Owszem, jest to pisarstwo wyzwolonej wyobraźni, ale zarazem jest to proza na swój sposób ideowa i krytyczna. Najlepiej to widać w tych miejscach powieści, w których do głosu dochodzi - by tak rzec - kwestia kobieca.
Bohater Sieniewicza wymyśla kobiece bóstwo - Tęczową Wieloródkę. To "bogini płodnej widzialności", której Jan chce służyć. Co najmniej dwie sceny "Miasta " podporządkowane są potrzebie przemyślenia męskiego spojrzenia na kobiety: dramat wystawiony z okazji Dnia Kobiet oraz epizod rozgrywający się w sklepie mięsnym, gdzie na hakach wiszą kobiety i czekają na swych mężczyzn. Oczywiście można się domyślać, iż pisarz próbuje w tych miejscach zająć jakieś polemiczne stanowisko, zapewne chce być rozpoznany jako feminista, pragnie sformułować jakieś pouczenie. Rzecz w tym, że silna metaforyzacja nie sprzyja "sprawie", unicestwia perswazję.
Już w związku z wcześniejszą powieścią Sieniewicza ("Rebelia" sprzed trzech lat) Jerzy Jarzębski zauważył, że nie przez przypadek pisarzowi z Olsztyna fantastyka staje się coraz bliższa. Sieniewicz ucieka w fantazję i metaforę - sugerował krakowski krytyk - ponieważ nie potrafi rozwiązać fabularnych problemów na terenie świata realnego. Bardzo nie chce być "publicystyczny", kojarzony z prozą zaangażowaną, toteż skłania się ku temu, co odrealnione i wieloznaczne.
"Miasto Szklanych Słoni" to potwierdza. Podejrzewam, że z jednej strony Sieniewicz ma swoistą alergię na "publicystyczność", z drugiej zaś strony nie może się jej wyrzec. Chce być ideowy, ale nie chce być tendencyjny. Tkwi w rozkroku. Bardzo efektownym, jeśli chodzi o aspekt artystyczny, i zarazem bardzo ryzykownym, jeśli zależy mu na porozumieniu z odbiorcą.
Źródło: Gazeta Wyborcza