http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Stasiuk: A jeśliby nawet to wszystko zmyślił

Andrzej Stasiuk
2010-03-02, ostatnia aktualizacja 2010-03-08 20:57

Andrzej Stasiuk
Andrzej Stasiuk
Fot. Adam Golec / AG

2 marca. Pisarz jest kłamcą, chociaż jemu samemu może się wydawać, że pisze prawdę. Pisze się zawsze we własnej sprawie, a nie w imię prawdy - o książce "Kapuściński non-fiction" pisze Andrzej Stasiuk

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



1

Jest gdzieś w "Hebanie" taka scena: Kapuściński i jego towarzysz podróży odkrywają w chacie, w której przyszło im nocować, dużego jadowitego węża. Nie mam egzemplarza pod ręką, może to była kobra, może coś innego. Z jakiegoś powodu muszą tego węża uśmiercić. Jako broni używają kanistra z benzyną. Przyciskają nim gada i próbują go zmiażdżyć. Obaj leżą na kanistrze i usiłują zimnokrwiste bydlę rozetrzeć na miazgę. Wąż nie daje za wygraną, czują, jak wciąż się pręży i próbuje uwolnić. Chwilami dźwiga i blaszany pojemnik, i dwa ludzkie ciała i jeszcze chwila, a wyrwie się i zaatakuje.

Dla mnie ta scena, te kilkanaście zdań, to jest najlepsza rzecz, jaką Kapuściński napisał. Myślę "Kapuściński" i widzę walkę z wężem. Nie dbam o to, czy wszystko wymyślił, czy tak było w istocie. Może i nie było. Wszak pomysł, by wejść w bezpośrednie zwarcie z czymś jadowitym jak diabli i szybkim jak błyskawica, jest pomysłem co najmniej ryzykownym. Ale obraz skręcającego się gadziego ciała, które potrafi unieść w walce dwóch dorosłych mężczyzn jest absolutnym zwycięstwem literatury. W wyobraźni szukam odgłosów, jakie mogły wydawać suche łuski trące o blachę kanistra.

2

No właśnie. Jak to z nim było? Czy poruszał nas prawdą swoich relacji, czy też umiejętnościami literackimi? Czy prawda podana w kulawy, nudny, pretensjonalny sposób w ogóle by nas obeszła, czy wpłynęłaby na sposób naszego myślenia? Czy, mówiąc wprost, dostarczyłaby nam rozrywki na tyle interesującej, by chociaż na chwilę przy niej pozostać? Czy przestalibyśmy go czytać, gdyby nam objawiono prawdziwe proporcje faktów i fikcji? Od jakiego stężenia, od jakiej procentowości tego lub owego roztwór uderzałby nam do głowy? Albo wywoływał mdłości. I czy w ogóle czysta, wydestylowana i przezroczysta prawda byłaby w stanie nas przejąć?

Co do mnie - chyba zawsze czytałem go dla samego czytania. Dla przyjemności lektury. Dla zdań, dla akapitów, dla fragmentów i dla historii, które potrafił tkać ze szczegółów, sekundowych obserwacji, okruchów. A czy to była prawda? Czy to była rzeczywistość jeden do jednego jak w raporcie policyjnym? Kompletnie mnie to nie zaprzątało. Zdolność lektury naiwnej - ten cud dzieciństwa i lat młodzieńczych - z czasem nas opuszcza. Pisarz jest kłamcą, chociaż jemu samemu może się wydawać, że pisze prawdę. Pisze się zawsze we własnej sprawie, a nie w imię prawdy.

3

A może Kapuściński przeczuwał nadejście nowych czasów, które unieważnią dotychczasowe formy przekazu? Przecież badał ten świat bardzo wnikliwie i wiedział, skąd wieje wiatr. Musiał zdawać sobie sprawę, że żyjemy w czasach pomieszania gatunków, w czasach hybrydycznych. Takie dziedziny jak powieść, reportaż, film radykalnie się zmieniają. Skoro zmieniła się powieść, dlaczego akurat reportaż miałby pozostać niezmieniony i skazany w końcu na anachroniczność? Musiał również dostrzec, że nasze życie radykalnie się odmienia. Staje się coraz bardziej fikcyjne. Widział przecież, że coraz częściej obcujemy z obrazami, fantomami, fatamorganami, a coraz rzadziej z rzeczywistością. W każdym razie z rzeczywistością w dawnym, staroświeckim znaczeniu. Czyli z taką, którą można poznać w bezpośrednim kontakcie. Na przykład w podróży. Albo w opowieści podróżnika. Prawda odeszła w przeszłość. Dlaczego wymagać jej akurat od reportera, skoro sami od siebie jej nie wymagamy, godząc się na osobiste, jednostkowe prawdy? Na prawdy całkowicie indywidualne i niepowtarzalne. Jest w tym pewna obłuda, gdy od dziennikarza żądamy tej jednej jedynej prawdy, podczas gdy sami zadowalamy się własnymi, doskonale przylegającymi do okoliczności.

Wszystko się zużywa, psuje, starzeje, bez przerwy mamy nowe modele rzeczy, nowe modele zachowań, nowe modele idei. Tak działa świat, który sobie stworzyliśmy. Prawda też musi być udoskonalana, tuningowana i fejsliftingowana, bo inaczej pies z kulawą nogą nie spojrzałby w jej stronę.

Kapuściński, jak każdy z nas, miał swoją prawdę. O Afryce, o Ameryce Południowej, o biednych i bogatych, o życiu. Robił wszystko, by nas przekonać do swoich racji. Jednocześnie jest dobrym prawem czytelnika nie wierzyć w ani jedno słowo autora. Albo też wierzyć autorowi częściowo, brać od niego to, co nam samym do układania się ze światem jest potrzebne. Można też wierzyć absolutnie, ale to najgorsze z wyjść.

I to właśnie w "Kapuściński non-fiction" jest dla mnie najbardziej fascynujące - to, jak powstaje pisarska wizja, jak nierzeczywiste miesza się z rzeczywistym, potem wychodzi z głowy pisarza w świat i ten świat jednak zmienia.

4

Ale to tylko jeden z aspektów, z którym mierzy się książka Artura Domosławskiego. "Kapuściński non-fiction", wielowątkowa, wyczerpująca opowieść nie tylko o człowieku, ale w równym stopniu o czasach, w których przyszło mu żyć, w mniej lub bardziej zamierzony sposób stała się także książką o nas, czytelnikach, i to jeszcze zanim się ukazała.

Jakiś czas temu rozmawiałem z pewnym profesorem od literatury, wiedziałem, że już ma tekst, więc zapytałem go, co sądzi. Odpowiedział: "Jeszcze nie przeczytałem, ale sądząc po tej wrzawie, jest bardzo dobra". Miał rację. Książka Domosławskiego jest świetna, bo opowiadając historię sławnego reportera, opowiada jednocześnie historię naszych urazów i kompleksów. Pokazuje, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani do spotkania z rzeczywistością, która niekoniecznie odpowiada naszym oczekiwaniom. Pokazuje, jak bardzo przywiązani jesteśmy do własnych szlachetnych rojeń, a jednocześnie pokazuje naszą dziecięcą bezradność wobec obrazu nieco bardziej złożonego niż nasze naiwne projekcje.

Bo cóż się dzieje - powszechnie uznawany za autorytet Władysław Bartoszewski, nie zhańbiwszy się lekturą, porównuje książkę Domosławskiego do przewodnika po burdelach, składając tym dowód nie tylko braku rozumu, ale wręcz zwykłej arogancji. Wdowa po pisarzu próbuje poprzez sąd udaremnić publikację. Gdy to się nie udaje, ucieka się do szantażu: grozi zagranicznym wydawcom, że jeśli opublikują "Non-fiction", ona nie zgodzi się, by wznawiali i publikowali książki Kapuścińskiego. Zamiast - jak sobie zapewne wyobraża - chronić pamięć męża, wystawia ją na śmieszność. Niedoszły krakowski wydawca biografii uderza w sentymentalno-faryzejskie tony pod tytułem, że nie mógłby przyjacielowi (Kapuścińskiemu znaczy) spojrzeć w oczy, gdyby taką rzecz opublikował. Należy się domyślać, że gdyby opublikował panegiryk, toby spojrzał. Pewien wydawca w rozmowie ze mną dramatycznie zawiesza głos: "A chciałbyś, żeby kiedyś twoja córka czytała o tobie takie rzeczy ".

5

Ryszard Kapuściński chciał być sławny. Był chłopcem z bagiennego Pińska i zyskał światowe uznanie. Jednak złościł się i cierpiał, gdy gazeta chciała opublikować jego zdjęcie bez Garc~i Márqueza, podczas gdy mogła opublikować zdjęcie z Gabrielem, ponieważ takie istniało jako dowód zażyłości pisarzy. Tak więc był sławny i chciał być sławny jeszcze bardziej. Sława wciąga, zawsze jest jej mało, ponieważ nie wiadomo, gdzie sława się kończy i teoretycznie może się ona powiększać w nieskończoność. W dzisiejszych czasach sława daje dużo, zwłaszcza chłopcu z Pińska. Sława otwiera mu cały świat. Ale nie ma nic za darmo. Sława upomina się o swoje. Dała ci bardzo dużo i dużo żąda w zamian. Nie można być sławnym tylko o tyle, o ile się chce. Nie można być sławnym tylko z jednego wybranego powodu. Albo tylko w jednej wybranej dziedzinie. Sława to jest pakiet, to jest usługa kompleksowa. Gdy jesteś bardzo sławny, to jesteś sławny i dla ludzi mądrych, i dla idiotów. Gdy jesteś bardzo sławny, to sławne robi się całe twoje życie, a nie tylko wybrane jego fragmenty. Tej lekcji nie potrafią odczytać obrońcy wyimaginowanej czci pisarza. Grzejąc się w cieple jego sławy - jak przyjaciel wydawca z Krakowa - naiwnie udają, że nie rozumieją mechanizmów zjawiska.

Książka Artura Domosławskiego kreśli głęboki, wieloznaczny, pociągający obraz pisarza i człowieka. Tylko na tle słabości, na tle kompromisów i upadków widać prawdziwą wielkość. Bohaterowie bez skazy są bohaterami dziecinnymi. Kiedy wybieramy właśnie ich zamiast postaci rzeczywiste, upupiamy samych siebie, upupiamy naszą zbiorową pamięć. Kapuściński był jak Polska: rozdarty, idący na kompromisy, pewnie przestraszony, pewnie egoistyczny, ale jednocześnie pełen siły i determinacji. Na przekór czasom i uwikłaniu snuł swoją niepowtarzalną i piękną opowieść.

W końcu, parafrazując stary kawał, nie cenimy go za to, że kolegował się z Ryszardem Frelkiem i latał za babami, ale za to, że oprócz Frelka i reszty zostawił "Cesarza", "Szachinszacha" i "Heban". A może nie "oprócz", tylko "mimo".

Jednocześnie "Kapuściński non-fiction" otwiera przestrzeń dyskusji o stanie naszej świadomości. Patrząc na reakcje, które wywołała jeszcze przed publikacją (a w jednostkowych wypadkach przed lekturą), widać, jak nieprzygotowani jesteśmy do istnienia we współczesnym, medialnym świecie. Nasza świadomość tkwi gdzieś w XIX wieku, gdy można było jeszcze rozróżniać wizerunki prywatne i oficjalne. Nie przyswoiliśmy sobie rzuconego mimochodem proroctwa Andy'ego Warhola o tym, że nadeszły czasy, gdy każdy, choćby i przez pięć minut, będzie sławny. Czyli publiczny, ogólnie dostępny.

Tyle tylko że ta sława nie zawsze będzie dotyczyła naszych osiągnięć. Często będzie zjawiskiem całkowicie autonomicznym i rządzącym się własnymi, dla wielu niezrozumiałymi prawami.

***

Z ostatniej chwili: debata staje się rzeczywiście ogólnonarodowa. Głos - przepełniony troską - zabrał sam biskup Życiński. Powołując się na obecność pisarza na II Kongresie Kultury Chrześcijańskiej, zgłasza coś w rodzaju poglądu o nietykalności jego osoby. O ile mnie pamięć nie myli, wysocy hierarchowie kościelni wypowiadali się karcąco w sprawach poszczególnych twórców niezbyt często - prymas Wyszyński w sprawie Teatru Laboratorium i prymas Glemp w sprawie Miłosza. Bardzo dobrze to wróży książce Artura Domosławskiego - co napełnia mnie spokojną radością.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 61 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    124 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':