Gdy ktoś usłyszy, że Filip Bajon nakręcił "Śluby panieńskie" według sztuki Aleksandra Fredry (1832), gotów pomyśleć, że to klasyczny przykład kina lekturowego liczącego na to, że frekwencję na seansach napędzą szkolne wycieczki. Tak jednak na szczęście nie jest. Owszem, Bajon trzyma się tekstu Fredry, ale go jednocześnie modyfikuje.
Trzyma się, bo są tu dwie panny - Klara (Marta Żmuda-Trzebiatowska) i Aniela (Anna Cieślak), które przysięgają sobie, że za mąż nie pójdą, zorientowawszy się, że ich planowane mariaże to po prostu "interesa" rodzinne, a nie wybory podyktowane przez uczucia. O biznesowy charakter tego przedsięwzięcia dbają: Radost (Robert Więckiewicz), ktoś na kształt szlacheckiego stręczyciela, i Dobrójska, matka Anieli (Edyta Olszówka). Tu dodam, że na widok tej ostatniej oglądający ze mną "Śluby" ksiądz Andrzej Luter westchnął: - Boże, Olszówka grywa już matki.
A na czym polegają innowacje Bajona? Choćby na przemodelowaniu pary amantów przeznaczonych dla Klary i Anieli. Albina pamiętamy z teatru jako płaczliwego mięczaka. W interpretacji Borysa Szyca wciąż jest płaczliwym, tyle że chamem. To tępawy szlachciura, który trzyma dwóch służących: pierwszy ma obowiązek chlusnąć na niego wodą, gdy się wścieka, drugi - nadstawić policzek, by rozsierdzony Albin mógł zdzielić go po pysku. Gustaw, już u Fredry dość sprytny, u Bajona - w wykonaniu Macieja Stuhra - ma coś z cynicznego wicehrabiego de Valmont, wielkomiejskiego intryganta nudzącego się na wsi.
Fredro z komórką Ale film idzie jeszcze dalej. W pewnym momencie jedna z postaci wyciąga... telefon komórkowy. Okazuje się, że mamy tu do czynienia z kinem w kinie - są aktorzy grający postaci z Fredry i ci sami aktorzy prywatnie, również wchodzący ze sobą w relacje natury uczuciowej. Rozmawiając, używają czasem tekstów z Fredry (w tej roli Jan Nowicki), co tylko potwierdza, że te są ponadczasowe.
Zdjęcia do "Ślubów" zrobił Witold Stok, trochę w stylu angielskich ekranizacji prozy Jane Austen. Oglądałem je, nim muzykę do filmu napisał
Michał Lorenc. Bajon na próbę podłożył pod obraz znane kawałki - np. rozpaczy młodej kobiety towarzyszyła piosenka Miry Kubasińskiej "Gdybyś kochał mnie choć trochę". Szokujące? Skądże, pasowało jak ulał.
Premiera filmu Bajona 1 października.
Szkoła: seks i polityka W "Małej maturze 1947" Janusza Majewskiego znać wyraźnie motywy autobiograficzne. To historia 16-letniego Ludwika Taschkego (Adam Wróblewski), który po wojnie przyjeżdża z rodziną ze Lwowa do Krakowa (jego ojca gra Artur Żmijewski, matkę - Agnieszka Michalska). Podejmuje naukę w tamtejszym, zresztą wciąż istniejącym,
gimnazjum imienia Jana III Sobieskiego. Majewski (rocznik 1931) też do niego chodził, no i jest ze Lwowa.
"Małą maturę" skonstruowano wedle prostej zasady - w rolach uczniów Majewski obsadził 12 młodych debiutantów, ale otoczył ich gromadą świetnych aktorów (m.in.: Dorota Segda, Marek Kondrat, Wiktor Zborowski i Marian Opania) w rolach nauczycieli. "Mała matura" to film o przyspieszonym dojrzewaniu - bohaterów najpierw interesują głównie panienki (oglądamy, jak wybierają się gromadą do burdelu, a Ludwika pod pretekstem dawanych przez niego korepetycji z niemieckiego uwodzi niezaspokojona erotycznie 30-latka w wykonaniu Soni Bohosiewicz), rychło jednak wpadają w sidła spraw poważniejszych, np. polityki. Ludwik zostaje aresztowany po manifestacji towarzyszącej wizycie w Krakowie wicepremiera Stanisława Mikołajczyka, a jego starsi szkolni znajomi tworzą szczeniacko naiwną organizację antykomunistyczną. Gdy jednak spróbują rozbroić na ulicy milicjanta, przedsięwzięcie zyska tragiczny wymiar - będzie gwałtowna śmierć, proces i surowe wyroki.
Stylowe zdjęcia do "Małej matury" są autorstwa Adama Bajerskiego, muzykę pisze
Tomasz Stańko, który także kończył liceum Sobieskiego. Gdy Majewski szukał w Krakowie pieniędzy na film, chodził z księgą pamiątkową tej szkoły pod pachą. Największe wrażenie na ewentualnych kontrahentach robiła fotka poświadczająca, że w gronie jej absolwentów jest kardynał Franciszek Macharski.
"Mała
matura 1947" ma być gotowa na majowy festiwal w Gdyni, ale do kin wejdzie dopiero jesienią.
Witkacy żyje Za to już 26 marca obejrzymy "Mistyfikację" Jacka Koprowicza bazującą na prowokacyjnym pomyśle: Witkacy (Jerzy Stuhr) wcale nie popełnił samobójstwa 18 września 1939 r., gdy dowiedział się o wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich. Przeżył wojnę, a po niej ukrywał się w mieszkaniu swej ostatniej kochanki i muzy Czesławy Oknińskiej (Ewa Błaszczyk).
Na trop Witkacego wpada agent bezpieki Łazowski (Maciej Stuhr), gdy śledzi pisarza Jerzego Zawieyskiego (Piotr Różański), którego komunistyczne władze chcą zniszczyć po jego sejmowym wystąpieniu w obronie protestów studenckich 1968 r. Łazowski nakrywa zresztą Zawieyskiego z jego kochankiem i fotografuje z ukrycia.
Dlaczego Łazowski nie wierzy w śmierć Witkacego? Bo widzi jego kartki pocztowe wysłane w latach 50. i 60. do dawnej kochanki z Zakopanego - Zuzy (Karolina Gruszka), narzeczonej fryzjera Pinno (Wojciech Pszoniak). Bo odkrywa, że Oknińska odebrała od dentysty sztuczną szczękę Witkacego, której ten nie zdążył wziąć ze sobą we wrześniu 1939 r. A po co trupowi sztuczna szczęka? I wreszcie dlatego, że wciąż przybywa portretów Oknińskiej pędzla Witkacego, które ta korzystnie sprzedaje, choć przecież większość z nich miała spłonąć w Powstaniu Warszawskim.
Zaintrygowany Łazowski odwiedza oficjalną wdowę po Witkacym Jadwigę Witkiewiczową (Ewa Dałkowska). Tymczasem ukrywający się malarz i pisarz potrzebuje wciąż nowych podniet, by tworzyć. Aranżuje więc perwersyjne sytuacje erotyczne i podgląda małolaty bawiące się na dachu.
"Mistyfikacja" - ze zdjęciami Arkadiusza Tomiaka - to film nieco szalony (być może jest tylko fantazją Oknińskiej mającej guza mózgu), ze złamaną chronologią. Zaczyna się w latach 80., gdy Łazowski informuje śpiewaka i kuzyna Witkacego (Olgierd Łukaszewicz), że władze radzieckie zgodziły się na ekshumację szczątków jego szalonego krewnego i pochowanie ich w Zakopanem.
A o czym jest "Mistyfikacja"? W gruncie rzeczy o kłamstwie, które Witkacy nazywał kpiąco najpiękniejszą ze sztuk, wyliczając przy tym jej odmiany: na dudka wystrychizm, kłamizm, neonaciągizm, fałszyzm, nabieryzm i w pole wyprowadzizm.