http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pollack: Nie przetłumaczę Domosławskiego

Martin Pollack
2010-03-01, ostatnia aktualizacja 2010-03-01 14:54

Mam wrażenie, że autor nie pisał tej biografii bez uprzedzeń, tak jak się ma prawo oczekiwać tego od biografa, ale że pisał ją z konkretnym zamiarem: żeby skompromitować, obnażyć Kapuścińskiego, zdemaskować jego uśmiech, "zawsze uśmiech, wszędzie uśmiech", jako wystudiowany i fałszywy

Tak, jak przypuszczalnie wielu innych tłumaczy Ryszarda Kapuścińskiego otrzymałem niedawno jego biografię, która wyszła spod pióra Artura Domosławskiego. Poproszono mnie o ocenę i informację, czy chciałbym ewentualnie dokonać jej przekładu. Przeczytałem więc książkę z dużym zainteresowaniem, ponieważ zawiera wiele nowego: ciekawe szczegóły z życia autora, którego znałem od wielu lat, ale także mało pochlebne dla niego rzeczy.

To mi nie przeszkadza, liczyłem się z tym. W życiu każdego da się coś znaleźć, co nie zawsze stawia go w najlepszym świetle, jednego bardziej, drugiego mniej to dotyczy - często nie zależy to tak bardzo od samego człowieka jak od czasu, w jakim przyszło mu żyć. Ryszard żył w ciężkich czasach, ukształtowanych totalitarnymi ideologiami, przełomami, nadziejami, rozczarowaniami i kłamstwami, pogmatwanych i splątanych ze sobą - to, że te zawirowania odcisnęły się na jego życiorysie, nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem.

Autorowi biografii udało się dość przekonująco przeanalizować trudności związane ze wzrastaniem w takich czasach i kształtowaniem własnej osobowości. Podziwiam ogrom pracy, jakiej dokonał Domosławski, objętość materiału, czasami wręcz przytłaczająca, pewnych rzeczy nie chce się chyba aż tak dokładnie wiedzieć - i nie mam tu na myśli osobistych epizodów, chociaż także niektóre z nich uważam za zbędne, ale to sprawa gustu.

Tak więc słowa uznania, szacunku dla autora: duża ważna praca. Mimo to podczas lektury zakradają się wątpliwości i - kiedy kończę czytać manuskrypt - decyzja już zapadła: Nie chcę tłumaczyć tej biografii.

*******

To osobista decyzja, której poza sobą samym nie muszę z nikim uzgadniać, mimo to chcę na podstawie dwóch przykładów wyjaśnić jej powody. Zaznaczam jeszcze raz: książkę czytałem z zainteresowaniem, czasami z przyjemnością, Domosławski zna się na fachu. Mimo to od początku coś mnie w niej irytowało, psuło radość lektury.

Mam wrażenie, że autor nie pisał tej biografii bez uprzedzeń, tak jak się ma prawo oczekiwać tego od biografa, ale że pisał ją z konkretnym zamiarem: żeby skompromitować, obnażyć Kapuścińskiego, zdemaskować jego uśmiech, "zawsze uśmiech, wszędzie uśmiech", jako wystudiowany i fałszywy.

Wrażenie to nie słabło podczas dalszej lektury, wręcz odwrotnie, nasilało się coraz bardziej. A szkoda, ponieważ w ten sposób biografia w moich oczach straciła na wartości, gdyby nie to, mogłaby być pewnie doskonała.

To, co mnie razi, to nie te być może kłopotliwe rewelacje, socrealistyczne wiersze, uwikłanie w polski stalinizm, czy osobiste słabości, które Domosławski wydobywa na światło dzienne. Uważam, że to dobrze, że poznajemy wielkiego autora z nieznanej do tej pory strony, być może wywoła to dyskusję, jak należy się obchodzić z przeszłością. Debatę taką musimy prowadzić spokojnie, w wyważony sposób, bez urągania, bez domniemań i spekulacji, które insynuują najgorsze - ale to właśnie robi Domosławski.

********

Oto przykład. Już na samym początku opowiada, że Kapuściński miał zamiar napisać książkę o swoim rodzinnym mieście Pińsku, projekt, którego - jak wiadomo - nie mógł już zrealizować. Ja także często z nim o tym rozmawiałem, nalegałem, żeby pisał, jego czytelnicy na nią czekają, także ci niemieckojęzyczni.

Domosławski cytuje rozmowy, w których Kapuściński tak przywołuje miasto swojego dzieciństwa: "Myślę, że tamten czas i klimat przyjaznej, współistniejącej i współpracującej wielokulturowości Pińska wart jest ocalenia we współczesnym i zestresowanym świecie". Mówi, że ten klimat go ukształtował i że: "To było miasteczko życzliwych ludzi i życzliwych ulic. Do czasu wybuchu wojny nie widziałem tam żadnego konfliktu".

Na to Domosławski: "Taka sielanka na pograniczu kilku narodów, religii, kultur? W tej części świata w latach trzydziestych XX wieku, gdy wszędzie wokół kipiało od nienawiści etnicznych, religijnych, klasowych?".

I tu go ma! Nakrył Kapuścińskiego! Bo rzeczywistość była naturalnie inna, ani śladu idylli, wprost przeciwnie, w latach trzydziestych w Pińsku mnożyły się konflikty etniczne, antysemityzm, polski szowinizm. Domosławski cytuje ówczesne źródła, lokalne gazety, z których bije po oczach nienawiść do Żydów, niechęć do innych, Białorusinów i Ukraińców. Pińsk, który przywołuje Kapuściński, to według Domosławskiego mit. Czy nie jest aby „składnikiem pisarskiej autokreacji? Mitologizacją, która spajała życiorys » tłumacza kultur «, jakim pragnął, by go widziano u kresu życia?”.

Sielankowa idylla nie była niczym innym jak wymyśloną przez Kapuścińskiego legendą, twierdzi Domosławski, oszustwem, tak jak i całe jego życie. Wielkim kłamstwem.

Ale przecież podczas tych rozmów Kapuściński opowiada o Pińsku, w którym mieszkał, będąc dzieckiem, jako sześcio-, najwyżej ośmioletni chłopiec. Być może w tym wieku nie odczuwał niczego z tej groźnej atmosfery, może do jego małego, strzeżonego przez rodziców świata nie przenikała tląca się wokół nienawiść? Czy to takie nieprawdopodobne? Nie sądzę. Domosławski natomiast zdaje się to wykluczać, z niewątpliwie nostalgicznych fragmentów wspomnień konstruuje zarzut, który rzuca cień na całe późniejsze życie Kapuścińskiego, na jego życiowy dorobek: wszystko jest mitologizacją, ucieczką przed rzeczywistością.

Jak Kapuściński przedstawiłby Pińsk w swojej książce - a o to, tak sądzę, naprawdę chodzi - nie wiemy. Nie możemy wiedzieć, Domosławski także nie. Ponieważ Ryszard nie napisał takiej książki. Została w jego głowie. Wspomniałem już, że rozmawiałem z nim o niej i poruszaliśmy przy tym drażliwe problemy antysemityzmu, nędzy, mrocznej atmosfery, która panowała w Pińsku. Czy jestem jedyny, z którym o tym rozmawiał? Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Nie odniosłem w każdym razie nigdy wrażenia, żeby chciał coś zaciemniać, tuszować, wprost przeciwnie, jestem pewny, że zająłby się wnikliwie tymi tematami w swojej książce.

Wydaje mi się nieuczciwe, żeby wytaczać insynuacje tej wagi, jak to robi Domosławski, w stosunku do książki, która nie została napisana, ponieważ autor przedwcześnie zmarł.

*******

Kolejny mit dotyczy ojca, który miał powrócić z rosyjskiej niewoli. Tutaj także mamy do czynienia ze wspomnieniami dziecka, Ryszard miał wtedy siedem lat. Opisuje to zdarzenie wielokrotnie, zawsze fragmentarycznie, najsugestywniej w "Imperium". Jest noc. Nagle pukanie do okna. Mały Ryszard budzi się, widzi, jak ojciec wchodzi do izby, ledwie go rozpoznaje. "Ma na sobie lnianą koszulę do kolan przewiązaną parcianym paskiem, a na nogach łykowe kapcie. Z tego, co mówi mamie, rozumiem, że dostał się do niewoli sowieckiej i że pędzili ich na wschód". Podczas marszu ojcu udaje się uciec i wrócić do Pińska.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 46 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    73 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':