Tomasz Handzlik: Próbowałeś kiedyś policzyć swoje gitary? Pat Metheny: A po co? To zwyczajne narzędzia pracy. Każda ma oczywiście jakieś konkretne przeznaczenie, ale znaczy dla mnie tyle, co śrubokręt. Miałem też sporo takich gitar, które rozdałem znajomym, bo ich po prostu nie używałem. Nie jestem więc specjalnie przywiązany do moich instrumentów. Myślę, że mam ok. 40
I nie ma tej jednej jedynej? - Jest - to mój stary Gibson ES-175. Moja pierwsza gitara. Jedyna i wyjątkowa. Wiążą się z nią niezwykłe wspomnienia, bo to właśnie z nią zaczynałem muzyczną karierę, tworzyłem brzmienie
Pat Metheny Group i wciąż ją zabieram na wszystkie ważne koncerty.
Byłeś jednym z tych fanatycznych fanów Hendrixa? - Kiedy miałem jedenaście lat i zaczynałem się uczyć grać na gitarze, Jimmy'ego Hendrixa nie było jeszcze na muzycznej scenie. Może też się dopiero uczył. Zresztą później też mnie wcale nie fascynował. Najśmieszniejsze jednak jest to, że zanim sięgnąłem po gitarę kochałem
rock'n'rolla. A kiedy wreszcie dostałem wymarzoną gitarę, zrządzenie losu sprawiło, że usłyszałem nagrania Milesa Davisa i zostałem prawdziwym jazzowym snobem. Przez kolejne cztery lata słuchałem tylko jazzu. Przegapiłem więc największe dokonania Hendrixa, bo moimi idolami byli Sonny Rollins, Ornette Coleman, Gary Burton, Wes Montgomery.
Nie wiedziałem, co się dzieje w świecie rocka, a ludzie nie mogli uwierzyć, że słucham jazzu. Bo przecież jazz to taki gatunek, o którym najpierw trzeba coś przeczytać, czegoś się nauczyć, do którego - tak jak do niektórych warzyw - nasz zmysł smaku musi dojrzeć. A ja miałem zaledwie jedenaście lat.
Wszystko to zawdzięczam mojemu bratu, bo to on zaraził mnie jazzem. Zbierał nagrania Davisa i włączył mi kiedyś płytę "Four and More". W ciągu dwóch sekund jazz stał się moją ulubioną muzyką. Pokochałem ideę improwizacji i tego wyjątkowego rodzaju muzycznej ekspresji. Pokochałem barwę, brzmienie i feeling jazzu. Tak czułem kiedy byłem dzieckiem, i tak jest dzisiaj, a mam już 55 lat na karku.
A pamiętasz Jaco Pastoriusa? - Wiem, że krąży o nim wiele barwnych historii. O narkotykach, alkoholu, bójkach i awanturach. To muzyk legenda. Ale dla mnie był zwyczajnym człowiekiem i jednym z najlepszych przyjaciół jakich kiedykolwiek miałem. Kiedy się poznaliśmy ja miałem 17 lat, on 19. Przyjaźniliśmy się i graliśmy razem przez wiele lat. Długo zanim jeszcze zaczęto o nas mówić "superstars". W muzyce rozumieliśmy się bez słów. To był rodzaj wzajemnej intuicji, którą najlepiej słychać na naszym pierwszym wspólnym nagraniu "Jaco" i moim autorskim debiucie "Bright Size Life".
Ale Jaco był wtedy zupełnie czysty. Nie pił, nie ćpał, nie balował. Zmienił się nagle, kilka lat później kiedy przystał do zespołu Weather Report. Zaczęły się te wielkie trasy i ciągłe imprezy. Nasze drogi się rozeszły. Jaco skończył tragicznie, zmarł w szpitalu, po tym jak stracił przytomność w czasie bójki z szefem Midnight Bottle Club.
Od naszego pierwszego spotkania czułem jednak, że to właśnie on zmieni bieg historii
gry na gitarze basowej.
Ty za to byłeś pierwszym najmłodszym wykładowcą w historii Uniwersytetu w Miami. - Miałem osiemnaście lat. Rok później zacząłem uczyć w Berklee College of Music. Wszyscy moi studenci byli ode mnie starsi! Ale na szczęście nikt za mną nie wołał: "Hej, co tu robi ten dzieciak?". Profesjonalnie na gitarze grałem wtedy od czterech lat. Nie byłem może gwiazdą, ale dość często koncertowałem w tamtejszych klubach. Muzycy wiedzieli kim jestem.
Wtedy też poznałeś Gary'ego Burtona. - Zanim przystałem do jego zespołu grałem już z wieloma znakomitymi, rozpoznawalnymi na całym świecie jazzmanami. Za sprawą Burtona zacząłem jednak nagrywać płyty i koncertować nie tylko w Stanach, ale też w Europie i Azji. Występowaliśmy z Keithem Jarrettem. I to był przełom. Nieocenione doświadczenie. Dzięki niemu podpisałem kontrakt z monachijską wytwórnią ECM Records.
Ale nie było ci z nią po drodze? - Dla ECM nagrałem ponad dziesięć płyt. I tam debiutował mój zespół Pat Metheny Group. Pracowałem pod ich egidą prawie osiem lat, ale w pewnym momencie poczułem, że aby się rozwinąć muszę iść swoją drogą. Bo kiedy jesteś w ECM-ie pracujesz według ich zasad. Najbardziej przeszkadzało mi szybkie tempo nagrywania płyt. Były takie projekty, nad którymi wolałbym posiedzieć trochę dłużej niż dwa dni, które chciałem zrealizować na spokojnie, by móc potem w pełni brać odpowiedzialność za to, co ukaże się na płycie. Taki styl pracy nie był jednak po drodze z polityką ECM-u. Dlatego odszedłem. Ale nie zapomniałem tych doświadczeń i wciąż zdarza mi się nagrywać płyty w ekspresowym tempie. Nasz ostatni album "Day Trip" zarejestrowaliśmy podczas jednodniowej sesji. Wolę jednak pracować w tempie, które sam sobie narzucam, tak żeby móc zawrzeć w mojej muzyce taką historię, jaką chcę w danej chwili opowiedzieć.
A jaką historię ma twój "Orchestrion"? - To powrót do marzeń z dzieciństwa. Dziadek trzymał w piwnicy starą pianolę, która tak mnie fascynowała, że ilekroć odwiedzaliśmy jego rodzinny dom, ja kierowałem się prosto do piwnicy by sprawdzić czy ona tam jeszcze stoi, czy jeszcze gra. Później czytałem coś o orkiestrionach, takich szafach grających ze strunami, bębenkami, dzwonkami, ale kiedy je usłyszałem zastanawiałem się dlaczego ich brzmienie jest takie ubogie. Czy nie można by tego ulepszyć?
To marzenie nigdy nie straciło swojej mocy. Przypomniało o sobie za sprawą kompozytora Steve'a Reicha, który w latach '80 zaproponował mi nagranie jego utworu "Electric Counterpoint" na gitarę solo i taśmę. Cztery lata temu zagrałem go ponownie podczas jubileuszu 70-lecia Reicha w Carnegie Hall. Grałem z tą taśmą, a przed sceną tysiące ludzi wariowało ze szczęścia. Patrzyłem i zastanawiałem się czy z nimi wszystko OK.? Czy świat oszalał? I właśnie wtedy pomyślałem, że zrobię to. Skonstruuję współczesny orkiestrion. Zacząłem się więc rozglądać za konkretnymi instrumentami, które chciałbym użyć oraz za konstruktorami, których pomocy potrzebowałem. Potem zacząłem rezerwować terminy tras koncertowych, a w wydawnictwie powiedziałem, że chcę to nagrać na płycie. Nie było chyba osoby, która nie powiedziałaby, że zwariowałem. Nawet moja żona nie mogła w to uwierzyć.
Dlaczego? - Bo mój orkiestrion to 400 instrumentów - głosów elektromagnetycznych i 150 pneumatycznych - napędzanych powietrzem. Wszystkie skonstruowane zostały specjalnie do tego projektu, poza dwoma disklavierami (mechanicznymi pianolami) Yamaha. Mam też oczywiście klasyczny wibrafon, marimbę, dzwony czy gitarę. Ale to bardziej hybrydy niż tradycyjne instrumenty. Czasem wręcz trudne do opisania słowami. Można więc powiedzieć, że to orkiestra robotów.
W latach '70 Stevie Wonder zrealizował podobny projekt - album "Music of My Mind", na którym sam gra na wszystkich instrumentach. Ale to efekt pracy studyjnej. Instrumenty nagrywane były pojedynczo, jeden po drugim. A ja używam wszystkich naraz. Sam. I wszystkie zabieram w trasę, mimo że to prawdziwa ściana instrumentów szeroka na 4 metry, a wysoka na 11. I waży 8,5 tony.
Masz dość prawdziwych, żywych muzyków? - Prawda o mnie jest taka, że nigdy niczego nie przerwałem. Na początku kariery grałem w trio i nadal gram w tym składzie, miałem też większy zespół i wciąż z nim występuję, choć oczywiście zmieniają się w tych formacjach poszczególni muzycy.
Projekt "Orchestrion" to zupełnie inna bajka. Inny rodzaj emocji, ekspresji. To bardzo wyjątkowe przedsięwzięcie, bo o każdym dźwięku, brzmieniu, frazie decyduję ja sam. Mam pełną kontrolę. Czegoś takie w muzyce wykonywanej na żywo jeszcze nie było.