Krzysztof Kwiatkowski: Dlaczego jeden z najbardziej cenionych twórców światowej animacji decyduje się zrobić film aktorski? Piotr Dumała: W moich filmach animowanych zawsze pojawiały się księżyce, muchy, zegary. Nagle zdałem sobie sprawę, że już nie wiem, dlaczego tam są, że rysuję je z przyzwyczajenia. A artysta musi poszukiwać. Tak jak Guy Maddin, Matthew Barney, Patrick Bokanowski czy bracia Quay. Jak niegdyś pionierzy przychodzący do kina z innych dziedzin - Marcel Duchamp czy Fernand Léger. Inaczej staje się wyrobnikiem.
Pan wolał poczuć się - jak sam pan to określa - filmowym amatorem. - Dzięki statusowi debiutanta mogłem nie bać się błędów. Zanim zrobiłem "Las", Agnieszka Holland poradziła mi: "Weź się za projekt, który tylko ty możesz zrobić". Dlatego chciałem łączyć różne techniki. Operator Jerzy Wójcik też mi mówił: "Nikt panu tego tak nie zagra. W kinie aktorskim jaszczurka nie ma twarzy - nie uśmiechnie się ani nie zdziwi". W końcu jednak zrezygnowałem z animacji.
Opowiedział pan bardzo osobistą historię. - Przemijanie zawsze było tematem mojego kina. Ale tym razem nie brnąłem w metafory i alegorie. Przeniosłem na ekran prawdziwe zdarzenia. Może dlatego wybrałem bardziej dosłowny film aktorski? Patrzyłem jak Stanisław Brudny gra mojego ojca na łożu śmierci, a Mariusz Bonaszewski mnie. Mieszkanie, w którym rosłem, stało się jednym z bohaterów "Lasu". Moi rodzice żyli w nim 50 lat, ja dwadzieścia kilka. To było bardzo żywe miejsce, stale ktoś nas odwiedzał. Ale ci ludzie umarli, zostałem tylko ja. Dlatego, kiedy po skrzypiących deskach podłogi krzątała się cała ekipa, miałem wrażenie, że dawny świat ożył. Kilka tygodni później cała kamienica miała zostać zburzona.
Kino to dla pana mierzenie się z czasem? - Mam poczucie, że dopiero teraz, w wieku 52 lat, znalazłem się w punkcie zero. Wcześniej pytałem o swoje korzenie - intelektualne, kulturowe, rodzinne, narodowe. Po "Lesie" nie chcę więcej opowiadać o sobie. Interesuje mnie wspólnota z widzami.
Odchodzi pan od animacji w momencie jej rozkwitu. Powstają pełnometrażowe dzieła jak "Persepolis" albo "Walc z Baszirem". - Bo animacja jest sztuką. Mam dwuznaczny stosunek do takich konkursów jak World Press Photo. Łowy na przerażający widok wzbudzają we mnie moralny sprzeciw. A animacja odziera rzeczywistość z sensacji. Jak "Guernica", w której Picasso przedstawił wojnę nie dosłownie, za to z głębią.
W Stanach, Japonii, Korei, a nawet we Francji i w Anglii animacja jest przemysłem. Chciałbym choć raz tworzyć w takich warunkach jak Miyazaki. Zrobić film dla dzieci, przy którym pracuje 300 rewelacyjnych animatorów. W Polsce zebrałoby się może 50, drugie tyle dałoby się sprowadzić i miałbym jedną trzecią tego, co on. Ale to tylko pobożne życzenia. Każdy kraj ma swoją specyfikę. Mnie wystarcza piwnica, w której wydłubuję rysunki na płycie z gipsu. Przy "Zbrodni i karze" zdarzało się, że jedną trzecią sekundy rysowałem 18 godzin.
Zdarzyło się panu kiedyś po dwóch latach pracy nad filmem uznać, że wszystko jest nie tak? - Po takim czasie już nie ma odwrotu. Ale zwątpienie dopadało mnie wielokrotnie. Poczucie, że wysysam samego siebie. Kiedy oglądam swoje stare filmy, widzę momenty, w których sobie odpuszczałem. Na przykład, kiedy ujęcie twarzy jest zupełnie nieruchome. Nie chciało mi się zrobić jakiegoś małego ruchu, choćby gałki ocznej.
Niemal wszystkie pańskie filmy są na YouTubie. Nie ma pan nic przeciwko temu? - Przecież ja osobiście nie mam żadnych praw do tych filmów. Żałuję tylko, że internauci oglądają je w złej jakości. Obrazy skrobane na gipsach mają mnóstwo detali, które docenić można dopiero na dużym ekranie, z dobrej kopii 35 mm. Ale poza tym cieszę się, że ludzie oglądają moje prace. Sprawdzam, jak widzowie je komentują, cieszę się, gdy ktoś napisze: "my favorite" albo da któremuś z nich pięć gwiazdek. To darmowe badanie, czy idę w dobrym kierunku. Zwłaszcza że poczułem potrzebę dotarcia do zwykłego widza. Do kogoś, kto chce wieczorem pójść do kina. Fabuła miała mi pomóc wyjść z rozkosznego getta animacji.
Tyle, że "Las" jest hermetyczny. - Nie ma w nim seksu, bijatyk ani pościgów samochodów. Są za to: specyficzne, nieco teatralne aktorstwo i statyczne kompozycje. Wiem, że nie wejdę na filmowe salony. A jeśli nawet, to jako kuriozum - dziwak, z którym inni nie za bardzo chcą się bawić, bo nosi absurdalny strój i mówi niezrozumiałym językiem. Co całkiem by mi odpowiadało.
Napisał pan kiedyś opowiadanie o naukowcu, który 25 lat uczy mrówkę używać sztućców. Gdy po raz pierwszy idzie z nią do restauracji, kelner zabija ją ścierką. Czy pod postacią mrówki nie kryła się sztuka? - Historia uczonego to tylko stary dowcip. Ale wszystko ulega zniszczeniu. Rosłem, patrząc jak po szczeblach kariery wspinali się piękna Farah Fawcett i Michael Jackson. Dzisiaj oboje nie żyją. A jeśli ludzie odchodzą, nie można płakać po rzeczach. Moje prace to tylko papier, kawałki gipsu, celuloid. Niedawno zalało mi pracownię, w której przechowywałem swoje najlepsze rysunki. Wcześniej miałem włamanie do
mieszkania. Zginęły pamiątki, które moja matka gołymi rękami zakopała w ziemi, aby przetrwały wojnę. Złodziej pewnie sprzedał je na złom i kupił sobie piwo. Ale za to niedawno odnalazłem film sprzed lat, na którym rodzice ze znajomymi świętują czyjeś imieniny. Dzięki 16-milimetrowym taśmom moja córka zobaczy dziadków. I to jest cenniejsze niż
zegarki, futra i precjoza z Wileńszczyzny.