http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pat Metheny i jego Orchestrion

Tomasz Handzlik
2010-02-25, ostatnia aktualizacja 2010-02-26 10:06

Krytycy oskarżają go o megalomanię i komercjalizację jazzu. Fani ślepo wierzą w jego muzyczne idee. A on robi swoje: - Grunt to spokój ducha - mówi i bije kolejne rekordy. Ma na koncie 17 nagród Grammy, 10 z nich otrzymał pod rząd, co roku. Pat Metheny zaprezentuje projekt "Orchestrion" podczas Wrocławskiego Festiwalu Jazzowego "Jazz nad Odrą" (28 lutego) i koncertu w warszawskiej Sali Kongresowej (1 marca).

Pat Metheny
Pat Metheny

Przeczytaj rozmowę z Patem Methenym


Tak naprawdę jego przeznaczeniem miała być trąbka. Podobnie jak w przypadku wszystkich członków rodziny. - Ojciec jest wspaniałym trębaczem, na trąbce gra matka i mój brat też jest znakomitym, koncertującym trębaczem. Nie mogło więc być inaczej, ja również musiałem nauczyć się grać na tym instrumencie. I nawet dzisiaj, kiedy od dobrych czterdziestu lat gram już na gitarze, wciąż oddycham tak, jakbym miał tłoczyć powietrze do ustnika. Nie ma więc wątpliwości, że w moich żyłach płynie dźwięk trąbki - przyznaje Pat Metheny.



Po gitarę sięgnął jako dwunastolatek. I po kilku zaledwie latach nauki zaliczył swój pierwszy rekord. Na lokalnym przeglądzie talentów zwrócił na niego uwagę ówczesny wirtuoz gitary Chuck Lorre. Słysząc biegłość i pomysłowość młodego Pata doszedł do wniosku, że sam nigdy nie osiągnie tak rewelacyjnych wyników i na zawsze porzucił muzykowanie. Wkrótce stał się gwiazdą telewizji.

Metheny opuścił rodzinne Lee's Summit w stanie Missouri i przeniósł się na Florydę, by rozpocząć studia na Uniwersytecie w Miami. Rok później zmienił szkołę na Berklee College of Music - najsłynniejszą kuźnię jazzowych talentów. Ale nie sprawdzał się jako uczeń. Był geniuszem, który zdolnościami przerastał wielu swoich profesorów. Zaproponowano mu więc stanowisko wykładowcy, najmłodszego w historii bostońskiej uczelni.

Do studia nagrań po raz pierwszy wszedł kiedy miał dwadzieścia lat. Do współpracy zaprosił go ceniony amerykański pianista Paul Bley. To właśnie w jego zespole Pat poznał genialnego basistę Jaco Pastoriusa, z którym dwa lata później zrealizował swój debiutancki, autorski album "Bright Size Life". Minęły kolejne dwa lata kiedy wraz z pianistą Lyle Maysem oraz Pastoriusem powołał do życia słynną formację Pat Metheny Group. Ich pierwszy album nie ukazał się jednak w rodzinnej Ameryce. Stylem gry młodego gitarzysty zainteresował się bowiem niemiecki łowca talentów Manfred Eicher. I to właśnie pod szyldem jego prestiżowej wytwórni ECM Records ukazał się album "Pat Metheny Group" rozpoczynający działalność istniejącego dziś elektrycznego zespołu o tej samej nazwie.

Top of pop

Metheny był rozchwytywany. Obok pracy w zespole realizował projekty solowe, nagrania w duetach, triach, a wśród jego muzycznych towarzyszy pojawiały się takie gwiazdy jak pianiści Chick Corea i Herbie Hancock, awangardowy saksofonista Ornette Coleman, gitarzysta John Scofield, kontrabasista Dave Holland, perkusista Jack DeJohnette, jazzowa diwa Abbey Lincoln czy zafascynowana brzmieniem jego gitar wokalistka Joni Mitchell.

Notowania Pat Metheny Group też rosły. Elektryczne brzmienie Gibsona ES-175 Metheny'ego i syntezatorów Maysa stały się znakiem rozpoznawczym grupy. Ich druga płyta - "American Garage" - wspięła się na sam szczyt notowań amerykańskiej listy przebojów Billboard Jazz Chart, a także na listy przebojów rozgłośni popowych. Podobnie było z muzyką do filmu "The Falcon and the Snowman". Pochodząca z tej ścieżki piosenka "This Is Not America", którą Metheny nagrał wspólnie z Dawidem Bowie, zawojowała listę przebojów British Top.

I tu zaczęły się problemy. Problemy z tym, do jakiej kategorii przyporządkować muzykę Metheny'ego. Artysta balansował na granicy popu, folku, jazzu, rocka i brazylijskich rytmów. Szczytem muzycznego melanżu okazała się wydana w 1992 roku płyta "Secret Story", na olbrzymi zespół jazzowy, z symfoniczną orkiestrą i chórem. Fani gitarzysty uważali ją za dowód aranżacyjnego geniuszu, zaś konserwatywni krytycy piętnowali jej twórcę za miałkość i komercjalizację jazzu.

Jakby w odpowiedzi na słowa krytyki Metheny nagrał solowy album "Zero Tolerance for Silence". Już sam tytuł najlepiej oddaje charakter muzyki. To kakofonia gitarowych przesterów, charczących dźwięków i kaskady dysonansów. Najbardziej radykalna i zaskakująca produkcja artysty. Czy zamknął krytykom usta? Raczej nie. Ale na pewno odreagował, bo nigdy nie powrócił już do podobnej temu nagraniu koncepcji. Kolejne albumy były znacznie bardziej łagodne, klasyczne, złośliwi mówili nawet "ugłaskane". To jednak nie do końca prawda. Metheny nie zaprzestawał poszukiwań. Próbował pożenić jazz z hip-hopem, dawał dowody kapitalnej formy free improwizacji, sięgał też po najlepsze wzorce muzyki klasycznej.

Metheny i Jopek

Miał też polski epizod. Na zaproszenie Marcina Kydryńskiego i jego żony Anny Marii Jopek zgodził się wziąć udział w sesji nagraniowej, a potem w koncercie promującym album artystki "Upojenie". - Zrobiłem to przede wszystkim dla polskiej publiczności, którą kocham od czasu mojego pierwszego występu w Polsce. Poza tym Anna Maria jest wspaniała. To nie tylko świetna wokalistka, ale też rozumiejąca wszelkie tajniki jazzowego grania artystka. Nieczęsto zdarza się spotkać tak wytrawnych muzyków - podkreśla Metheny.

Ostatnie lata działalności Pat Metheny Group, a także kameralne projekty lidera, nie przyniosły mu zbyt wielu nagród ani rozgłosu. Nie wychodziły poza kanon jego dotychczasowych dokonań.

Przełomowym może się natomiast okazać najnowszy, solowy album "Orchestrion". A właściwie nie solowy, bo Metheny'emu towarzyszy tu pięćsetgłosowa orkiestra. Orkiestra instrumentów napędzanych energią elektryczną i pneumatyczną. Obok klasycznych instrumentów (marimba, gitara, fortepian), mamy tu gabloty wypełnione dzbankami i butelkami, na których gra się przy użyciu podmuchów powietrza. Są też zadziwiające konstrukcje zaprojektowane przez Kena Caulkinsa - słynnego magika pracującego dla fabryki Disneyland. Mechaniczne instrumenty albo roboty - jak nazywa je sam artysta - reagują na polecenia z komputera Metheny'ego bądź na sygnały wysyłane za pomocą impulsów wychodzących z szarpnięcia w struny gitary czy uderzenia w klawisze syntezatorów i fortepianu. Podobno potrafią zagrać wszystko. - Tylko swing nie najlepiej im wychodzi - twierdzi Metheny.

240 koncertów na rok

Wirtuoz czy hochsztapler, geniusz czy raczej magik? Do dziś wśród miłośników jazzu Metheny ma tyleż zaciętych wrogów co i wiernych fanów. Jedni uważają, że jest gigantem, rewolucjonistą i wizjonerem jazzowej gitary, drudzy odsądzają go od jazzowej czci i wiary, a jego muzykę szufladkują między lekkim popem, a mało ambitnym smooth jazzem.

Jak by go jednak nie oceniano, Metheny odniósł olbrzymi, komercyjny sukces. Jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych muzyków jazzowych na świecie. Na koncie ma 17 nagród Grammy (10 z nich otrzymał pod rząd, z roku na rok) oraz niezliczoną ilość tytułów najlepszego gitarzysty roku. Ale - jak sam twierdzi - wciąż marzy o tym, by być lepszym muzykiem.

- To sprawa spokoju ducha. Po koncercie siedzę w hotelowym pokoju i analizuję czy wszystko poszło dobrze. Czy nie można było zagrać lepiej. Jeśli stwierdzam, że nie, jestem szczęśliwy. Wszystko inne, pieniądze, sława i nagrody są dla mnie bez znaczenia - podkreśla gitarzysta.

Na przełomie lat '80 i '90 dawał ponad 240 koncertów rocznie. Od pięciu lat ograniczył je o połowę. - Mam rodzinę, żonę, trójkę małych dzieci. Muszę trochę posiedzieć z nimi w domu. Ale w trasy też trzeba jeździć. Z tego żyjemy. Wiem jednak, że jestem wielkim szczęściarzem. W końcu robię to, co kocham.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów